Zmotywowałem się
do wcześniejszego wstania z łóżka i wyjazdu z domu. Było zimno, wiec musiałem
ubrać dodatkową warstwę ubrań. Pogoda dużo lepsza, wiatr jakby słabszy i
bezchmurne niebo, nie obawiałem się o opady deszczu. Zaplanowałem prawie 3
godzinny trening i trasa sama narodziła się w głowie. Po wyjechaniu z domu od
razu wiatr w twarz i tak miało być aż do Cieszyna. Dodatkowo sporo krótkich
podjazdów czekało na mnie na trasie. Jechałem dokładnie tak jak planowałem i
nawet dziury w drogach których ostatnio przybyło sporo nie były dużym
problemem. Przed Cieszynem niebezpieczna sytuacja, na zjeździe przy prawie 50
km/h jadący tir z przeciwka zrobił taki wir, że wybiło mnie z toru jazdy,
dziury w drodze też nie pomogły w utrzymani toru jazdy, nie wiem jakim cudem
udało mi się uratować przed upadkiem i na strachu i wytraceniu prędkości się
skończyło. Podjazd do Cieszyna poszedł słabo, zwykle do połowy udawało się
wjechać z rozpędu. Cieszyn przejechałem lepiej niż się spodziewałem, bez
żadnych postojów i zbędnych spowolnień. Za miastem skręciłem w boczną nieznaną
drogę, po drodze dwa fajne podjazdy i znalazłem się na głównej, remontowanej
drodze. Miałem szczęście, że udało mi się przejechać, chociaż komfortowo nie
było. Po wyjechaniu z obszaru robót drogowych miało być lepiej, tylko
teoretycznie. Stan drogi do ronda „Na Wygodzie” to jest katastrofa, tam jest
konieczny remont. Za rondem już jest lepiej i jazda była przyjemniejsza. Po
skręcie na Dębowiec znowu gorsza jakość nawierzchni. W Dębowcu zrobiłem postój
w sklepie, krótki ale potrzebny. Chciałem sprawdzić jedną drogę i skręciłem o
jedną za wcześnie, nie miałem zbyt dużo czasu do namysłu i dopiero po wjechaniu
spowrotem na główną zorientowałem się że nie skręciłem tam gdzie trzeba. Nie
chciałem już kombinować i pojechałem inną trasą. Najpierw fajnym podjazdem do Iskrzyczyna
i dalej na Miedzyświeć. Przejazd przez Skoczów to tragedia, zapomniałem o
czwartkowym targu. Po przejechaniu tych utrudnień już było lepiej. Wiatr w
plecy sprzyjał szybkiej jeździe i na koniec dołożyłem sobie jeszcze jeden
podjazd. Niecałe 3 godziny jazdy zaliczone.
Kolejny niespełna
2 godzinny trening. Tempo podobne, trasa trudniejsza oraz warunki pogodowe
gorsze. Mocniejszy wiatr, brak słońca i niska temperatura. Na drogach znowu
wariactwo, nie wiem skąd nagle tyle nerwowych kierowców, nigdy tyle nie było,
nawet w okresie wakacyjnym. Im bliżej Skoczowa tym mocniejszy wiatr,
wystarczyło zmienić przełożenie, zmniejszyć prędkość i jechać dalej z tym samym
wysiłkiem. Pagórkowaty odcinek do Goleszowa poszedł jako tako, trochę jazdy w 3
strefie, kilka spowolnień. Od Goleszowa było z wiatrem i fajnie pojechałem
fragment do Ustronia. Dosyć szybko przejechałem przez miasto, zacząłem podjazd
do Lipowca. Dojechałem do jakiegoś kolarza, od razu złapał moje koło i wiózł
się. Im bliżej końca podjazdu tym bardziej męczył się, jego oddech wskazywał,
że jedzie bardzo mocno i zaraz będzie miał dosyć. Odpadł na końcowym fragmencie
i nie był w stanie dojechać do mnie na wypłaszczeniu. Do Brennej jechałem
bardzo spokojnie, zatrzymałem się na skrzyżowaniu. Jak ruszałem to dojechał ale
nie złapał koła. Z kilku metrów różnicy z czasem zrobiło się kilkaset i
zgubiłem go z pola widzenia. Na podjeździe wyprzedziłem kolejnego kolarza a na
szczycie jeszcze jednego. Dosyć dużo rowerzystów jak na tą godzinę, popołudniu
pewnie byłoby ich więcej. Sekcje pagórków w Grodźcu przejechałem z marszu,
przed Jasienicą małe utrudnienia wybiły mnie z rytmu. Myślałem, że będzie
cieplej ale chwila postoju i było mi zimno. Chciałem sobie jeszcze dołożyć na
deser jeden podjazd ale w Jaworzu zaczęło padać wiec podkręciłem lekko tempo i
po przyjeździe do domu, oberwanie chmury. Zdążyłem w ostatniej chwili.
Po dniu przerwy,
szybki trening. Czasu nie za dużo, wcześniej wstać się nie chciało i musiałem
zadowolić się około 50 kilometrową trasą. Warunki niemal idealne do jazdy,
ciepło, praktycznie bezwietrznie i bez ryzyka opadów deszczu. Mogłem skupić się
na jeździe i tak było przez pierwszy kilometr. Później sporo bezmyślnych akcji
kierowców i pieszych i jazda była dosyć szarpana. Wydawało mi się, że dobrze jadę
a na ponad 45 kilometrowej trasie na której kiedyś często trenowałem straciłem prawie
5 minut, zwykle na skrzyżowaniach i innych utrudnieniach nie traciłem więcej jak
2 minuty. Czas samej jazdy był lepszy niż dotychczasowy rekord. Różnica jest
taka, że od czasów w których często jeździłem po tej trasie minęło już parę lat,
na drogach przybyło sporo samochodów oraz to, że wtedy jeździłem mocnym tempem
a teraz jechałem cały czas w strefie 2. Pod koniec trochę mocniejszej jazdy i
rozjazd.
Wyjazd bardzo
wcześnie rano, później nie miałem czasu a chciałem zrobić przynajmniej 3
godzinny trening. Największy plus tej sytuacji to niemal zerowy ruch na
drogach. Nie wiedziałem jak się ubrać i przez to wyjechałem 5 minut później.
Już po starcie problem z licznikiem, bateria w czujniku prędkości przestała
działać i przy przełączeniu na prędkość z GPS coś poszło nie tak i pomimo tego,
że widziałem wszystkie dane to po zapisaniu ich nie było. Nie jestem
niewolnikiem liczb, ale zaliczyłem fajną trasę z kilkoma nie jechanymi jeszcze
odcinkami.
Po kilku
spokojnych jazdach, najwyższa pora wrócić do treningów. Na początek kilka
treningów tlenowych, wytrzymałościowych a później dopiero mocniejsze treningi.
Nie miałem czasu jechać rano i dopiero po 15 byłem w stanie wyjechać z domu. Nie
miałem ustalonej trasy, chciałem jeździć przynajmniej 3 i pół godziny. Po
wyjechaniu z domu trasa ustaliła się sama, dawno nie byłem w niektórych
miejscowościach i pojawiły się miejsca z robotami drogowymi, przy sobocie udało
się przejechać bez postojów. Przed Kaczycami znowu fragment nowej nawierzchni,
po takich drogach to można jeździć. Jak wjechałem do Czech to szybko wjechałem
na ścieżkę rowerową i te kilka kilometrów „Za Olzą” przejechałem ścieżkami
rowerowymi. Noga się rozkręciła i dosyć dobrym tempem przejechałem aż do
Pruchnej. Tam spore utrudnienia, dużo pieszych i kilka razy musiałem zwalniać.
W bidonach zrobiło się sucho i postój w sklepie był konieczny. Obrałem kierunek
Goczałkowice i nawet przeciwny wiatr nie był aż taką dużą przeszkodą. W
Pszczynie wjechałem na ścieżkę rowerową, szybko zrezygnowałem z jazdy ciągiem
pieszo-rowerowym, ciągłe hamowanie i przedzieranie się przez tabuny pieszych
nie sprzyjało równej jeździe. Mogłem jechać przez zaporę, ale pojechałem przez
Centrum. Nie był to najlepszy pomysł i trafiłem na zamknięty przejazd kolejowy,
czekałem kilka minut na przejazd, zawracać mi się nie chciało a za mną był
radiowóz i nie chciałem mijać zamkniętych rogatek. Za Goczałkowicami wreszcie
trochę luźniej i tak się rozluźniłem, że skręciłem o jedną drogę za wcześnie i
musiałem zawrócić. Później już bez problemów mogłem jechać dalej. Na koniec
jeden podjazd i kolejna niespodzianka. Krótki odcinek zupełnie nowej drogi i
dużo bezpieczniejsza jazda niż wcześniej z niewidocznym skrzyżowaniem na którym
trzeba było ustąpić pierwszeństwa. Pod koniec już mnie brakowało.
Trzeci wyjazd
regeneracyjny. Pogoda wręcz upalna i tym razem bufet był już w połowie
treningu. Żeby na niego zasłużyć pojechałem do końca drogi asfaltowej w
Brennej. Nie czułem nachylenia jadąc w górę, dopiero na zjeździe jak się
rozpędziłem to zobaczyłem, że końcówka podjazdu jest dosyć stroma. W centrum
Brennej zasłużony postój i odpływ sił. Powrót do domu był ciężki, zwłaszcza
podjazdy szły bardzo topornie. Po drodze niespodzianka, nowa nawierzchnia w
Górkach Wielkich, przybywa wyremontowanych dróg. Tętno z każdą jazdą wyższe, byłem jednak mocno zmęczony treningami i taki tydzień luzu dobrze mi zrobił.
Druga jazda
typowo regeneracyjna, wyjazd dwie godziny wcześniej i przy innej pogodzie.
Kilka stopni cieplej i więcej słońca, dlaczego takiej pogody nie było na Pętli
Beskidzkiej, byłoby na pewno ciekawiej. Trasa trochę dłuższa, tempo podobne a
na koniec napój regeneracyjny i powrót do domu.
Połowa sezonu
minęła, przyszła pora na odpoczynek. Zwykle o tym zapominałem i prędzej czy
później przychodziło zmęczenie i ostatnie kilka tygodni sezonu były ciężkie a
dyspozycja poniżej oczekiwań. W tym roku postanowiłem to zmienić, luka w
kalendarzu startów i trochę mniej czasu na trening idealnie się z tym zgrały.
Pierwszy tydzień
typowo regeneracyjny. Jazda na zupełnym luzie, bez patrzenia na licznik. Po
drodze sporo utrudnień, chciałem sprawdzić jedną drogę która na mapie wyglądała
obiecująco. Jak tylko wjechałem w nieznany teren to pojawiły się płyty i spore
nachylenie, po około 100 metrach dałem sobie spokój i wróciłem na znaną drogę.
90 minut jazdy minęło szybko, po powrocie czułem się lepiej niż przed wyjazdem.