Ciężki dzień, nie mogłem się skupić na jeździe i myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. Nie sprawdziłem dokładnie roweru przed jazdą i miałem przez to później problem. Początek był obiecujący, równa jazda pod wiatr do momentu gdy zauważyłem problem z tylnym błotnikiem, mocowanie popuściło a takiego klucza nie wożę ze sobą, dokręciłem ile mogłem ręcznie i wystarczyło na kilka kilometrów. Gdy sytuacja uległa powtórzeniu zdecydowałem się na powrót do domu. Po drodze mocowanie całkiem puściło i bałem się, że będzie haczyć o koło. Znalazłem w kieszeni plastikową opaskę zaciskową i prowizorycznie przymocowałem błotnik, nie było to zbyt trwałe. Jak już jechałem w stronę domu to nie chciało mi się zawracać i pojechałem w kierunku Rudzicy a następnie Pierśćca. Pokrążyłem po bocznych dróżkach, przez około 10 kilometrów nie spotkałem żadnego samochodu. Drogi częściowo mokre i brudne, jednak na tym rowerze to nie ma znaczenia. Później przyjemna jazda z wiatrem, można było trochę odpocząć, zrobiłem jeden odcinek testowy, nie chodziło o moc, prędkość czy tętno, skupiłem się na trzymaniu kadencji około 95 i na odcinku 11 minutowym udało się osiągnąć zamierzony cel. Miałem w planie jeszcze pojechać podjazd z zamierzoną kadencją, w najgorszym możliwym momencie błotnik o sobie przypomniał i musiałem drugi raz użyć opaski zaciskowej. Ostatni odcinek to walka z wiatrem i lekkim nachyleniem i ponad 10 minut luźnej jazdy do domu. Miernik mocy znowu nie działał jak trzeba, nie chciało mi się z nim bawić, dokładnego pomiaru będę potrzebował później przy konkretnych ćwiczeniach. Solidnie przepracowane trzy dni, treningi nie były zbyt mocne ale dobra podstawa pomoże zbudować lepszą i trwalszą formę. W weekend jak będzie sucho to wyciągam szosówkę.
Wreszcie jakaś jazda na powietrzu, czy było świeże to nie wiem bo jechałem w kominiarce. Wyjechałem o 10 i -8 stopni a później stopniowo coraz cieplej. Nie wiedziałem czego się spodziewać, w okolicy drogi oblodzone, a dalej mogły być mokre i dlatego wybrałem najgorsze ciuchy jakie mam i ubrałem się nawet za ciepło. Na początek miałem 200 metrowy spacer, nie dało się po tym lodzie jechać i później już dużo lepiej, sucho. Drogowcy nie szczędzili soli i sporo dróg białych, dziur też przybyło i nie żałowałem, że szosa została w domu. Nie zamontowałem pomiaru mocy i jazda była " bez cyferek ". Ruch niewielki i bez problemu przez całe Bielsko, podjazd poszedł nieźle. Za miastem już wiatr był odczuwalny i nieco więcej samochodów. Temperatura powoli rosła, za Kaniowem krótki postój by wyjąć coś do jedzenia. Do Brzeszcz walczyłem z wiatrem by do Pszczyny korzystać z podmuchów w plecy. Po drodze suport zaczął coraz bardziej hałasować, na skrzyżowaniu sprawdziłem i zauważyłem lekki luz. Kolejna rzecz do wymiany w tym rowerze. Miałem jechać już prosto do domu, zrobiło się na tyle ciepło, że jazda była bardzo przyjemna i zrobiłem dodatkową pętelkę w Pszczynie. Fajna droga bez samochodów z dobrym asfaltem skończyła się na głównej i w sumie ponad 6 kilometrów dodatkowej jazdy wyszło. Za rondem spora grupa kolarzy, chyba wszyscy na szosach, jechali w przeciwną stronę, pewnie i tak bym się z nimi nie utrzymał i pojechałem na Goczałkowice. Ścieżka też sucha i bez żwiru. Nie potrzebnie władowałem się na wał przy zaporze w Goczałkowicach, ludzi jak mrówek i mały problem z przejazdem. Kolejny odcinek z bocznym wiatrem nie należał do najprzyjemniejszych. Wydłużyłem lekko jazdę skręcając na Mazańcowice. Zaliczyłem dobrym jak na ten okres tempem, dawno nie pokonywany podjazd i znaną drogą do Bielska. Siły cały czas były, nie miałem zamiaru wydłużać bardziej jazdy i skończyłem po 3 godzinach. Pogoda coraz lepsza, forma idzie ku lepszemu i kolejny dobry tydzień zaliczony. Następny będzie mam nadzieję podobny, trzy jazdy przed weekendem i dwa długie treningi w weekend. Trenażer chyba się już nie przyda.
Pogoda gorsza niż dzień wcześniej. Brak słońca, drobne opady śniegu i wiatr. Nie zdecydowałem się na jedną dłuższą pętlę i pojechałem na rundy w okolicy Bronowa. Tam wiatr nie był tak odczuwalny i całkiem dobrze szła jazda. Było ciężko jak to zwykle u mnie bywa w takich warunkach, jestem takim typem człowieka, że im jest cieplej tym dla mnie lepiej. Po 4 rundach spokojniejszym tempem pojechałem do domu zaliczając jeszcze jeden podjazd. Kolejny dobry trening, kiedyś w takich warunkach nie ruszałbym się z domu i sam wyjazd to już sukces. Szwankował za to pomiar mocy. Przy w miarę równej jeździe pokazywał, że ponad 70% mocy jest z lewej nogi. Przekłamało to pomiar i moc wyszła za wysoka.
Pogoda w miarę nadająca się do jazdy, sporo słońca, niezbyt mocne podmuchy wiatru, tylko spory mróz który jednak nie przeszkadzał. Wyjechałem dosyć późno i nie miałem zbyt dużego zapasu czasowego. Za miastem jeszcze chłodniej i trochę mocniejszy wiatr. Jechało się dobrze, przed Pszczyną minimalny kryzys który szybko minął. Najprzyjemniejszy był odcinek do Strumienia, z wiatrem, pokonałem go na tyle szybko na ile pozwalał rower. Ostatnia godzina trochę spokojniejsza, w Rudzicy musiałem pokonać podjazd, poszedł nieźle jak na luty. Tempo spokojne i dosyć wysoka kadencja. Ostatnie kilometry już pod silniejszy wiatr. Fajny trening, może nie tak wydajny jak przy wyższych temperaturach ale ważne, że założone tętno i moc zostały osiągnięte. Miałem spory problem ze zgraniem treningu, po kilku próbach się udało, liczby się zgadzają, ślad GPS wyszedł strasznie dziwny.
Całkiem przyjemny trening, nie za szybki, nie za mocny, zupełnie w sam raz. Wygospodarowałem nieco ponad 3 godziny i fajna trasa wyszła. Na początku problem z blokami, później duży ruch na drodze i uspokoiło się o dziwo dopiero na Wiślance i do końca jazdy już samochodów było mało. Jakość powietrza nawet dobra, trochę wiało i pojawiło się słońce. Drogi częściowo mokre i trzeba było uważać. Po drodze zrobiłem dwa postoje, pierwszy w sklepie i drugi na dokręcenie błotnika, mocowanie się poluzowało i stukało. Na koniec jeden podjazd i ciężko było go pokonać. Do pełni szczęścia brakło większej ilości czasu na dłuższą jazdę. Jutro być może powtórka, jak pogoda nie pozwoli to kolejne 3 godziny trenażera.
Krótki test roweru po centrowaniu koła. Jest lepiej niż wcześniej. Jechało się źle, mokro, ślisko i zimno. Jak wyjeżdżałem to były 3 stopnie, jak wróciłem - 3 stopnie. Jechałem w zwykłych ciuchach, bez spd i spokojnie na tyle ile mogłem. Trochę za twardo, ale przy tych wszystkich czynnikach inaczej się nie dało. W weekend w planie dwie jazdy po 3-4 godziny. Minimum jedna na powietrzu.
Ciężki dzień. Trochę przygód na trasie i w nagrodę wydłużona jazda do 4 godzin. Wyjeżdżając było -2 i słońce. Z czasem przejrzystość powietrza stawała się coraz gorsza. Chciałem sprawdzić kilka nowych dróg i udało się nawet pobłądzić. Pierwsza z dróg którymi jeszcze nie jechałem była w Kaniowie. Po wjeździe na nią nie wiedziałem, czy jadę po szosie czy terenie, niby mam błotniki i nie powinno być problemu to jednak zawróciłem i pojechałem inną także nową drogą. Później ciekawą trasą rowerową do Brzeszcz gdzie się zgubiłem i chcąc jechać bocznymi drogami musiałem skapitulować i wylądowałem na głównej. Skręciłem na Harmęże i od razu lepsza jazda, brak samochodów i nawet kiepska nawierzchnia nie przeszkadzała. Przegapiłem jeden skręt za co później zapłaciłem jazdą ruchliwą trasą na Tychy. Kiedy mogłem to zjechałem na ścieżkę rowerową. Myślałem, że przygody się skończyły. Kawałek za Bieruniem na prostej drodze strzeliła szprycha w przednim kole. Koło nie mieściło się w widełkach. Miałem dwie opcje, dzwonić po wóz serwisowy lub wymienić szprychę. Na szczęście miałem jedną szprychę pasującą do przedniego koła i dwie na tył. Wymiana była szybka i koło lekko biło. Dało się jechać i mogłem kierować się w kierunku Woli. Jazda od tego momentu była asekuracyjna. Przed Pszczyną zjechałem na mniej ruchliwą drogę i ominąłem całe miasto. By uniknąć problemów jakie spotkały mnie tydzień temu zatrzymałem się w sklepie i uzupełniłem zapasy jedzenia. Jechało się cały czas bardzo dobrze. Praktycznie nie wiało co miało swoje konsekwencje w postaci złej jakości powietrza. Najgorzej to wyglądało po "ciemnej" stronie Wisły. Na koniec czekał mnie podjazd, potwierdził on tylko, że forma jest w lesie. Z drugiej strony na treningi podjazdów i jazdę po górach przyjdzie dopiero czas. Przed domem 10 minutowa luźna jazda w strefie 1. Fajna jazda, awarie się zdarzają, zwłaszcza w takim byle jakim sprzęcie. Szosy szkoda na takie warunki a przesiadka będzie dodatkową przyjemnością. Był to ostatni wyjazd w ten weekend. Wraca zima i w niedzielę pozostanie tylko trenażer. Minimum 2 godziny i kolejny dobry cykl zaliczony.
Ciężki dzień. Planowałem wyjechać skoro świt, czyli o 7. Jakoś nie mogłem wstać wcześniej z łóżka i wyjechałem godzinę później, odbiło się to później w końcówce. Wiedziałem, że ma wiać ale nie sądziłem, że tak mocno. Jechało się całkiem dobrze, utrzymanie w miarę równego tempa nie było możliwe, więc po kilkunastu minutach przestałem zwracać uwagę na inne parametry niż tętno. Znowu skorzystałem z nawigacji i wyrysowałem ciekawą trasę, trochę nowych dróg, pojawił się też odcinek terenowy. Końcówka miała być z wiatrem i tak było, jednak pojawił sie zapowiadany deszcz z którym musiałem jechać przez godzinę. Nie padało mocno i ciuchy dopiero na sam koniec zaczęły przepuszczać wodę. Brakło tej godziny na początku i wróciłbym zupełnie bez deszczu. Trzy solidne jazdy i powoli forma idzie w górę. Z czystym sumieniem mogę rozpocząć kolejny cykl siły.