Mogłem wyjechać dopiero po 10 i nie miałem specjalnego planu na trasę. Zapowiadali całkiem wiosenną temperaturę, jednak wolałem ubrać się cieplej niż wskazywał termometr. Zamontowałem miernik mocy, z jednym czujnikiem niby kalibracja udana a wartości jakieś niskie. Chodziło mi o kadencję, moc miała drugorzędne znaczenie. Spodziewałem się większego ruchu pieszych i rowerzystów w często obleganych miejscach, z tego powodu też minąłem zaporę w Goczałkowicach. Za Czechowicami minąłem grupkę kolarzy ze Skoczowa. Na deptaku w Centrum Goczałkowic nie było wcale lepiej i musiałem bardzo uważać. Po przejechaniu dwupasmówki było już lepiej. Jechałem przed siebie i za Miedźną minąłem sporą około 20 osobową grupę kolarzy z Tychów, jechali dosyć szybko i nawet nie myślałem by do nich dołączyć. Kawałek dalej spotkałem dwóch Andrzejów i zawróciłem. Tempo jakim jechaliśmy było zbliżone do mojego i czas szybko leciał. Po 15 kilometrach wspólnej jazdy odłączyłem się i pojechałem na Wolę. Znowu przypomniałem sobie kilka dawno nie odwiedzanych dróg i obrałem kierunek Wilamowice. Drugi raz spotkałem kolarzy z Tychów, tym razem jechali jeszcze szybciej i już dosyć mocno podzieleni. Za Wilamowicami już czuć było wiaterek a na termometrze prawie 18 stopni. Było mi za ciepło i nie rozbierałem się, bo ta pogoda jest zdradliwa. Pomimo zwracania większej uwagi na jedzenie i picie znowu po 3 godzinach miałem podwyższone tętno. Po tych dwóch dniach jazdy na szosie, stwierdzam, że jest nieco lepiej niż rok temu. Nie wiem jak na podjazdach i ile w tym jest zasługi dodatkowych 2 kilogramów, przekonam się już za 2-3 tygodnie. Wyszedł bardzo dobry tydzień treningowy, jeszcze jeden podobny i będę mógł zmniejszyć objętość podnosząc intensywność treningów.
Pierwsza jazda na szosie od ponad 2 miesięcy, całkiem inna jazda niż na ciężkiej zimówce. Największą różnicę robią koła. Nie byłem całkiem pewny pogody i nie przełożyłem pomiaru mocy. Wyjechałem dosyć późno bo dopiero o 10 i planowałem około 3 i pół godziny jazdy. Wiał słaby wiatr więc kierunek dla mnie był bez znaczenia. Nie miałem informacji o kadencji, ale starałem się jechać miękko, największej tarczy użyłem zaledwie kilka razy. Jechało się bardzo dobrze, z czasem okazało się, że wiatr jest nieco silniejszy i później był to niewielki problem z którym jakoś sobie poradziłem. Cały czas jechałem równym tempem, bez zbędnych przyśpieszeń, kilka spowolnień było, m.in. w Żorach, Pszczynie czy Brzeszczach. Z Pszczyny miałem jechać prosto na Brzeszcze, pojechałem jednak w nieco innym kierunku i nadłożyłem trochę dystansu. Zbadałem fajną drogę którą dojechałem prawie do Brzeszcz i jest to ciekawy skrót. Brzeszcze też minąłem znaną już trasą rowerową i później przez ostatnio często odwiedzane rejony Kaniowa do Bestwiny. Pary starczyło na 3 godziny, chyba niezbyt dobrze dawkowałem jedzenie i picie. Nie był to jakiś duży kryzys ale tętno było dużo wyższe niż wcześniej. Inną przyczyną może być fakt, że jeszcze nie jestem gotowy na dłuższe jazdy. Na koniec zafundowałem sobie dwa podjazdy które pokonałem w dobrym tempie. Na koniec zrobiło się trochę za ciepło.
Ciężki dzień, nie mogłem się skupić na jeździe i myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. Nie sprawdziłem dokładnie roweru przed jazdą i miałem przez to później problem. Początek był obiecujący, równa jazda pod wiatr do momentu gdy zauważyłem problem z tylnym błotnikiem, mocowanie popuściło a takiego klucza nie wożę ze sobą, dokręciłem ile mogłem ręcznie i wystarczyło na kilka kilometrów. Gdy sytuacja uległa powtórzeniu zdecydowałem się na powrót do domu. Po drodze mocowanie całkiem puściło i bałem się, że będzie haczyć o koło. Znalazłem w kieszeni plastikową opaskę zaciskową i prowizorycznie przymocowałem błotnik, nie było to zbyt trwałe. Jak już jechałem w stronę domu to nie chciało mi się zawracać i pojechałem w kierunku Rudzicy a następnie Pierśćca. Pokrążyłem po bocznych dróżkach, przez około 10 kilometrów nie spotkałem żadnego samochodu. Drogi częściowo mokre i brudne, jednak na tym rowerze to nie ma znaczenia. Później przyjemna jazda z wiatrem, można było trochę odpocząć, zrobiłem jeden odcinek testowy, nie chodziło o moc, prędkość czy tętno, skupiłem się na trzymaniu kadencji około 95 i na odcinku 11 minutowym udało się osiągnąć zamierzony cel. Miałem w planie jeszcze pojechać podjazd z zamierzoną kadencją, w najgorszym możliwym momencie błotnik o sobie przypomniał i musiałem drugi raz użyć opaski zaciskowej. Ostatni odcinek to walka z wiatrem i lekkim nachyleniem i ponad 10 minut luźnej jazdy do domu. Miernik mocy znowu nie działał jak trzeba, nie chciało mi się z nim bawić, dokładnego pomiaru będę potrzebował później przy konkretnych ćwiczeniach. Solidnie przepracowane trzy dni, treningi nie były zbyt mocne ale dobra podstawa pomoże zbudować lepszą i trwalszą formę. W weekend jak będzie sucho to wyciągam szosówkę.
Wreszcie jakaś jazda na powietrzu, czy było świeże to nie wiem bo jechałem w kominiarce. Wyjechałem o 10 i -8 stopni a później stopniowo coraz cieplej. Nie wiedziałem czego się spodziewać, w okolicy drogi oblodzone, a dalej mogły być mokre i dlatego wybrałem najgorsze ciuchy jakie mam i ubrałem się nawet za ciepło. Na początek miałem 200 metrowy spacer, nie dało się po tym lodzie jechać i później już dużo lepiej, sucho. Drogowcy nie szczędzili soli i sporo dróg białych, dziur też przybyło i nie żałowałem, że szosa została w domu. Nie zamontowałem pomiaru mocy i jazda była " bez cyferek ". Ruch niewielki i bez problemu przez całe Bielsko, podjazd poszedł nieźle. Za miastem już wiatr był odczuwalny i nieco więcej samochodów. Temperatura powoli rosła, za Kaniowem krótki postój by wyjąć coś do jedzenia. Do Brzeszcz walczyłem z wiatrem by do Pszczyny korzystać z podmuchów w plecy. Po drodze suport zaczął coraz bardziej hałasować, na skrzyżowaniu sprawdziłem i zauważyłem lekki luz. Kolejna rzecz do wymiany w tym rowerze. Miałem jechać już prosto do domu, zrobiło się na tyle ciepło, że jazda była bardzo przyjemna i zrobiłem dodatkową pętelkę w Pszczynie. Fajna droga bez samochodów z dobrym asfaltem skończyła się na głównej i w sumie ponad 6 kilometrów dodatkowej jazdy wyszło. Za rondem spora grupa kolarzy, chyba wszyscy na szosach, jechali w przeciwną stronę, pewnie i tak bym się z nimi nie utrzymał i pojechałem na Goczałkowice. Ścieżka też sucha i bez żwiru. Nie potrzebnie władowałem się na wał przy zaporze w Goczałkowicach, ludzi jak mrówek i mały problem z przejazdem. Kolejny odcinek z bocznym wiatrem nie należał do najprzyjemniejszych. Wydłużyłem lekko jazdę skręcając na Mazańcowice. Zaliczyłem dobrym jak na ten okres tempem, dawno nie pokonywany podjazd i znaną drogą do Bielska. Siły cały czas były, nie miałem zamiaru wydłużać bardziej jazdy i skończyłem po 3 godzinach. Pogoda coraz lepsza, forma idzie ku lepszemu i kolejny dobry tydzień zaliczony. Następny będzie mam nadzieję podobny, trzy jazdy przed weekendem i dwa długie treningi w weekend. Trenażer chyba się już nie przyda.
Pogoda gorsza niż dzień wcześniej. Brak słońca, drobne opady śniegu i wiatr. Nie zdecydowałem się na jedną dłuższą pętlę i pojechałem na rundy w okolicy Bronowa. Tam wiatr nie był tak odczuwalny i całkiem dobrze szła jazda. Było ciężko jak to zwykle u mnie bywa w takich warunkach, jestem takim typem człowieka, że im jest cieplej tym dla mnie lepiej. Po 4 rundach spokojniejszym tempem pojechałem do domu zaliczając jeszcze jeden podjazd. Kolejny dobry trening, kiedyś w takich warunkach nie ruszałbym się z domu i sam wyjazd to już sukces. Szwankował za to pomiar mocy. Przy w miarę równej jeździe pokazywał, że ponad 70% mocy jest z lewej nogi. Przekłamało to pomiar i moc wyszła za wysoka.
Pogoda w miarę nadająca się do jazdy, sporo słońca, niezbyt mocne podmuchy wiatru, tylko spory mróz który jednak nie przeszkadzał. Wyjechałem dosyć późno i nie miałem zbyt dużego zapasu czasowego. Za miastem jeszcze chłodniej i trochę mocniejszy wiatr. Jechało się dobrze, przed Pszczyną minimalny kryzys który szybko minął. Najprzyjemniejszy był odcinek do Strumienia, z wiatrem, pokonałem go na tyle szybko na ile pozwalał rower. Ostatnia godzina trochę spokojniejsza, w Rudzicy musiałem pokonać podjazd, poszedł nieźle jak na luty. Tempo spokojne i dosyć wysoka kadencja. Ostatnie kilometry już pod silniejszy wiatr. Fajny trening, może nie tak wydajny jak przy wyższych temperaturach ale ważne, że założone tętno i moc zostały osiągnięte. Miałem spory problem ze zgraniem treningu, po kilku próbach się udało, liczby się zgadzają, ślad GPS wyszedł strasznie dziwny.
Całkiem przyjemny trening, nie za szybki, nie za mocny, zupełnie w sam raz. Wygospodarowałem nieco ponad 3 godziny i fajna trasa wyszła. Na początku problem z blokami, później duży ruch na drodze i uspokoiło się o dziwo dopiero na Wiślance i do końca jazdy już samochodów było mało. Jakość powietrza nawet dobra, trochę wiało i pojawiło się słońce. Drogi częściowo mokre i trzeba było uważać. Po drodze zrobiłem dwa postoje, pierwszy w sklepie i drugi na dokręcenie błotnika, mocowanie się poluzowało i stukało. Na koniec jeden podjazd i ciężko było go pokonać. Do pełni szczęścia brakło większej ilości czasu na dłuższą jazdę. Jutro być może powtórka, jak pogoda nie pozwoli to kolejne 3 godziny trenażera.
Krótki test roweru po centrowaniu koła. Jest lepiej niż wcześniej. Jechało się źle, mokro, ślisko i zimno. Jak wyjeżdżałem to były 3 stopnie, jak wróciłem - 3 stopnie. Jechałem w zwykłych ciuchach, bez spd i spokojnie na tyle ile mogłem. Trochę za twardo, ale przy tych wszystkich czynnikach inaczej się nie dało. W weekend w planie dwie jazdy po 3-4 godziny. Minimum jedna na powietrzu.