Mimo słabej regeneracji po Równicy już następnego dnia wyjechałem na kolejny trening tym razem w tlenie. Już zapomniałem o bólu pleców i dlatego nie zwracałem uwagi na to w jakiej pozycji jadę, źle jechało mi się przez miasto bo zdecydowałem się jechać przez centrum co nie było najlepszym posunięciem. Później już było jednak tylko lepiej, nawet kolejne remonty dróg i zwężenia nie robiły na mnie wrażenia. Po godzinie jazdy dojeżdżając do Międzybrodzia znowu poczułem ból pleców, nie minął przez kolejną godzinę i walczyłem z tym do samego końca. Na podjeździe nie byłem w stanie złapać rytmu a na zjeździe przybrać odpowiedniej pozycji. Powoli zaczyna mnie to irytować, nie mogę skupić się na treningu tylko muszę kalkulować i uzależniać wszystko od zdrowia. Noga podaje coraz lepiej ale jak nie współpracuje z resztą ciała to dobrych efektów nie będzie.
Jeden z ostatnich konkretnych treningów przed końcem sezonu. Pojechałem na moją ulubioną Równicę gdzie dosyć dawno mnie nie było. Mimo tego, że znów mało spałem i odczuwałem zmęczenie noga podawała całkiem nieźle. Nie znalazłem czasu na to aby wjechać trzy razy na Równicę więc ograniczyłem się do dwóch mocniejszych wjazdów. Mimo bardzo chłodnego poranka udało się dobrze rozgrzać przed pierwszym podjazdem, trochę przesadziłem z ciuchami i już po kilku minutach wspinaczki na Równicę było mi ciepło. Byłem zaskoczony dyspozycją dnia, noga podawała bardzo dobrze a Garmin pokazywał dobre Waty, każdy kolejny odcinek w określonej strefie pokonywałem mocniej i na sam koniec zafiniszowałem. Warunki pogodowe zmusiły mnie do tego by się zatrzymać, ubrałem się na zjazd i ruszyłem w dół, udało się nie zmarznąć co było dla mnie najważniejsze. Przed drugim podjazdem znów rozbieranie się i tym razem pozbyłem się rękawków które przeszkadzały już podczas pierwszego podjazdu. Drugi wjazd był równiejszy, powtarzałem moce na powtórzeniach nie będąc w stanie nic dołożyć, wjechałem jednak szybciej i nie finiszowałem na końcówce. Nie było ani czasu ani ochoty by wjechać na Skibówkę więc zjechałem w dół znowu ubrany cieplej. Do domu jechałem już spokojnie ale sił brakło na ostatnie kilometry. Z treningu jestem jednak bardzo zadowolony, szczególnie z tego, że udało się uzbierać zaplanowaną ilość TSS co przy odpuszczeniu jednego podjazdu nie było łatwe.
Przez dwa dni nie udało się wyjechać z domu, głownie ze względu na złą pogodę więc wykorzystałem okazję i mając wolne popołudnie pojechałem na dłuższą trasę w tlenie. Myślałem jechać w kierunku Oświęcimia ale przez Przegibek. W Bielsku jednak pojawiły się problemy, na jednym skrzyżowaniu stwierdziłem, że ciężko będzie przejechać a w kierunku Szczyrku była wolna droga więc bez zastanowienia ruszyłem i postanowiłem po raz kolejny przejechać Pętlę Beskidzką, tym razem w przeciwnym kierunku. Z wiatrem jechało się przyjemnie, bez problemów przejechałem przez Buczkowice, interwałowy odcinek przez Lipową a nawet Węgierską Górkę. Dobre tempo utrzymałem do Milówki gdzie jednak zaczęły się trudności, wybrałem jeden z łatwiejszych wariantów podjazdu na Ochodzitą chociaż mogłem ją okrążyć przez Kosarzyska. Podjazdy pokonałem w całkiem niezłym tempie ale na zjazdach musiałem hamować przez sporą ilość samochodów. Kiedyś bardzo lubiłem jeździć przez Istebną a szczególnie bocznymi dróżkami w okolicy Stecówki więc pojechałem najkrótszą drogą do Wisły, podjazd znowu wyglądał nieźle a zjazd po raz kolejny na klamkach. Lepiej było dopiero za zaporą w Czarnem gdzie mogłem wreszcie puścić hamulce. Ostatni podjazd na trasie dał mi nieco w kość, zrobiło się już strasznie zimno ale jakoś dałem radę. Liczyłem na to, że uda się przełamać słabość na zjazdach ale znowu się nie udało, samochody jadące w obu kierunkach zrobiły swoje, przynajmniej nie zmarzłem jadąc nieco wolniej. W Szczyrku mogłem pozwolić sobie na więcej, niestety już plecy zaczęły dawać o sobie znać, nic nie dały zmiany pozycji na podjazdach, masaże na plecy i staranie się ich oszczędzać i plecy nie wytrzymują dłuższych jazd niż 3 godziny. Do końca już walczyłem z tym problemem, bałem się, że nie wrócę do domu przed zmrokiem ale się udało. Ten rok już taki będzie do końca. Zdrowie cały czas daje o sobie znać i muszę stale weryfikować swoje plany, nic nie jest warte utraty zdrowia i dlatego jeżeli będę musiał odpuścić treningi i jeździć tylko rekreacyjnie zrobię to bez zbędnego zastanawiania się.
W tym roku udało się dojechać na start Górskich Mistrzostw Jas-Kółek mimo napiętego grafiku dnia. Przed jazdą niezbyt dokładnie sprawdziłem rower a konkretnie przez myśl mi nie przeszło aby przygotować rezerwowy zestaw kół. Ruszyłem więc na najlepszych jakie posiadam i już po kilku kilometrach pierwsze problemy, najpierw na stromym podjeździe zgubiłem zawartość torebki podsiodłowej którą zapomniałem zapiąć. Później wpadłem w jedną z wielu dziur w drodze i zauważyłem, że koło bije na boki, nie był to jednak największy problem, jechało się ciężko ale nie zauważyłem aby koło ocierało o klocki hamulcowe. Całą drogę do Istebnej zastanawiałem się w czym tkwi problem. Dojechałem jednak na start i postanowiłem jechać mimo wszystko. Z kołem nic nie dało się zrobić więc liczyłem, że nie będzie to utrudniało jazdy. O lepszej rozgrzewce mogłem zapomnieć, nie liczyłem na wiele mając z tyłu głowy niesprawny sprzęt. Ruszyłem jednak z przodu trzymając cały czas pozycję gdy zaczął się pierwszy podjazd znalazłem się w 3 osobowej czołówce, miałem jeszcze rezerwy i czułem, że jestem w stanie pojechać z najlepszymi, do czasu. Po kilkuset metrach trzymając równą i wysoką moc zacząłem tracić dystans, koło skrzypiało coraz bardziej, nie byłem w stanie normalnie jechać, utrzymałem się między dwóją na czele a goniącą grupką na pierwszym podjeździe ale na zjeździe już się nie udało, nie straciłem również kontaktu w Istebnej. Na podjeździe jechałem cały czas z przodu ale niezbyt mocnym tempem, moja walka ze sprzętem trwała dalej i w Koniakowie koło już tak tarło, że nie byłem w stanie jechać dalej, zatrzymałem się, stwierdziłem, że na drodze jic z tym nie zrobię więc już spokojnie dowlokłem się na Ochodzitą i zrezygnowałem z dalszej jazdy. Ten weekend jest dla mnie pechowy, tak czasem bywa, najważniejsze, że byłem w stanie chociaż przez chwilę pojechać z najlepszymi na co innych nie było stać. W domu gdy na spokojnie przyjrzałem się problemowi z kołem, stwierdziłem, że do wymiany jest kilka szprych i piasta, która była przyczyną wszystkich problemów, dwa wewnętrzne łożyska padły, jedno udało się wyjąć a drugie zostało w środku i nie opłaca się go wyciągać bo na tej pieśćcie nie warto już zaplatać nowego koła. Mimo problemów jestem zadowolony, bo im bliżej jesieni tym jestem mocniejszy a pech kiedyś się musi skończyć.
Kolejna zmiana o 180 stopni. Znowu wyjazd bardzo spontaniczny, nie byłem pewny czy uda się znaleźć czas. Pojechałem tym razem w kierunku Goleszowa, chociaż miałem ochotę na Przegibek. Wiało jednak sakramencko z zachodu więc postanowiłem się trochę pomęczyć aby później wracać z wiatrem w plecy. Po raz kolejny wybrałem drogi którymi nie jeżdżę zbyt często, momentami było bardzo wąsko a nawierzchnia pozostawiała do życzenia. W Ustroniu odkryłem ciekawą przecinkę do Cisownicy aby nie jechać Wiślanką, na mapie jednak ta droga wyglądała lepiej niż w rzeczywistości. Powrót mimo, że szybszy przyniósł niespodzianki, jedną z nich był spadnięty łańcuch na podjeździe w Górkach. Chwilę się z nim mocowałem zanim wskoczył spowrotem na korbę. Noga jednak podawała całkiem nieźle, mimo braku czasu i małej ilości treningu nie jest ze mną tak źle jak przez większą część sezonu.
Wyjazd z zupełnie inną nogą niż dzień wcześniej, planowałem konkretny trening ale brak czasu i dobrego samopoczucia zweryfikował po raz kolejny moje plany. Pojechałem więc znów w kierunku Przegibka który zaliczyłem dwa razy. Postanowiłem nadrobić zaległości w strefie 6 i takie właśnie powtórzenia zafundowałem sobie. Był to trening bardzo wymagający, na granicy możliwości i test dla głowy, już przy trzecim powtórzeniu miałem dość, wymęczyłem jednak czwarte a po krótkiej przerwie i zjeździe zmotywowałem się na kolejne, tutaj już mocy zaczęło brakować, ostatni akcent już robiłem na oparach ale wytrzymałem na założonej mocy do końca, trzeci podjazd byłby już zabójczy wiec wróciłem do domu. Po sczepieniu jakie miało miejsce 2 tygodnie temu wciąż nie mogę dojść do siebie, końcem lipca już naprawdę jeździło się fajnie i powtarzalnie a teraz znowu duże dzienne wahania dyspozycji, mimo to wiele wskazuje na to, że najlepszy okres tego roku przypadnie na końcówkę sezonu, w ostatnich latach zwykle jestem mocny jesienią i myślę, że teraz też tak będzie.
Nieplanowany wyjazd, pojawiły się dwie godziny wolnego czasu więc pojechałem na trening. Dla całkowitej odmiany wybrałem bardzo płaską trasę co okazało się dużym błędem. Za cel postawiłem sobie utrzymanie równej, wysokiej kadencji na płaskim i dynamiczną jazdę na podjazdach. Początkowo wszystko się udawało, wiatr próbował zmienić sytuację ale tak się nie stało. Cieszyłem się, że szybko znalazłem się w Chybiu, nie zatrzymały mnie przejazdy kolejowe ale później pojawiły się sytuacje na których straciłem sporo czasu. Jeszcze nie skończył się remont jednej z głównych dróg do Pszczyny a już rozkopali następną, ruch wahadłowy wybił mnie z rytmu i od tego momentu szło już znacznie gorzej. Drogowcy przeszli jednak samego siebie w Zabrzegu, rok temu był zamknięty przejazd z powodu remontu linii kolejowej, jesienią warunkowo puszczono ruch wahadłowy aby znowu zamknąć przejazd. Aby tego było mało, nie ma żadnego znaku informującego o braku przejazdu i objeździe dla samochodów a jest tylko mała tabliczka z informacją o przejściu dla pieszych. Krążyłem w kółko przez kilka minut, niszcząc to co wypracowałem na początku jazdy. Gdy w końcu dostałem się na drugą stronę linii kolejowej już bez motywacji dojechałem do domu. Był to jednak całkiem szybki przejazd z niezłą nogą więc nie mam na co narzekać.
Drugi dzień rywalizacji na górskich trasach w okolicy Rajczy wyglądał gorzej niż pierwszy. Rano odezwały się plecy z którymi co jakiś czas mam problem. Przyczyny wszystkie znam i niestety nie jestem w stanie zrezygnować z rzeczy które bardzo obciążają mój kręgosłup. Noga była nieco lepsza, byłem wypoczęty ale plecy dyktowały swoje warunki. Było mniej czasu na rozgrzewkę więc ją skróciłem ale mięśnie były odpowiednio rozgrzane aby cisnąć już od samego startu. Ruszyłem tym razem z dalszej pozycji ale ją utrzymałem do podjazdu który zaczynałem z okolicy TOP 20. Wiedziałem, że muszę starać się szukać optymalnego toru jazdy aby nie tracić kontaktu z czołówką co jednak nastąpiło dosyć szybko, ktoś puścił koło i nie byłem w stanie przeskoczyć do czołówki która nie jechała zbyt mocno. Plecy już dawały o sobie znać i nie wiedziałem czy jechać na stojąco czy siedząco, zostałem z tyłu i po podjeździe miałem niewielką stratę do grupy osób z którymi jechałem wczoraj. Nie udało się jednak doścignąć i jechałem sam. Nie byłem w stanie przyjąć pozycji na zjeździe, próbowałem dokręcać ale nic to nie dało. Przed Milówką już odpuściłem i czekałem na kolejną grupę która szybko mnie dogoniła, nie wiem ile było osób bo całą Kamesznicę jechałem z przodu. Na podjeździe mimo przeciętnej jak na mnie jazdy nadrobiłem sporo by później stracić na zjeździe. Drugi raz w Kamesznicy już jechaliśmy po zmianach i dalszy przebieg rywalizacji stał się przewidywalny. Każda kolejna runda dzieliła bardziej grupę, po 3 podjeździe już bardzo mnie bolało i zdecydowałem się zatrzymać i ulżyć tym cierpieniom. W tym czasie dojechało kilka osób ale współpraca już nie układała się jak wcześniej. Z każdym kolejnym podjazdem szło mi gorzej, moc cały czas była ale ciągłe zmiany pozycji i próba przeniesienia bólu w inne miejsce odbiła się na jakości podjazdów. Z ulgą wjechałem na ostatnią rundę którą już jednak przecierpiałem, na zjazdach nie byłem w stanie utrzymać się za innymi, na podjeździe pod metę nie byłem w stanie nic nadrobić. Nie było skurczy ale znowu nie przejechałem przez metę w stylu jakiego oczekiwałem. Był to bardzo trudny dzień, trasa nudna i trening nie był już tak dobry jak w sobotę. Założyłem jednak koszulkę finiszera więc mogę być z siebie zadowolonym, nieznacznie poprawiłem najwyższe miejsce Open na tym wyścigu co jednak nie było celem.