Wpisy archiwalne w kategorii
50-100
| Dystans całkowity: | 96036.50 km (w terenie 1710.50 km; 1.78%) |
| Czas w ruchu: | 3524:10 |
| Średnia prędkość: | 26.63 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 92.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 1040163 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 202 (103 %) |
| Maks. tętno średnie: | 179 (89 %) |
| Suma kalorii: | 2006710 kcal |
| Liczba aktywności: | 1405 |
| Średnio na aktywność: | 68.35 km i 2h 33m |
| Więcej statystyk | |
Trening 2
Sobota, 2 stycznia 2021 Kategoria Zima 2021, Zima, Trening 2021, teren, Szosa, Samotnie, 50-100
| Km: | 60.00 | Km teren: | 8.00 | Czas: | 02:23 | km/h: | 25.17 |
| Pr. maks.: | 54.00 | Temperatura: | 3.0°C | HRmax: | 160160 ( 82%) | HRavg | 147( 75%) |
| Kalorie: | 1870kcal | Podjazdy: | 310m | Sprzęt: Hercules | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nowy rok rozpocząłem w dobry sposób od treningu poza domem. Przed jazdą miałem bardzo mało czasu na przygotowanie sprzętu i decyzję o wyjeździe podjąłem w zasadzie w jednej chwili, nie zastanawiając się nad niczym. Przygotowanie sprzętu na szybko wpłynęło na kilka drobiazgów które sprawiły, że jazda nie należała do przyjemności. Tym razem nie popełniłem błędów w przygotowaniu do jazdy i nie zapomniałem niczego. Wyjechałem dokładnie o tej godzinie kiedy planowałem przy całkiem niezłej pogodzie. Już po starcie czułem, że nogi są całkiem dobre ale widząc tętno w okolicy 130 już po kilkuset metrach mogłem myśleć inaczej. Jechałem jednak swoje trzymając się wskazań mocy i przede wszystkim kadencji. Z tym nie było problemu, utrzymywanie 90-100 obrotów na minutę jeszcze kilka miesięcy temu było problemem a teraz nawet bez pilnowania jechałem na takiej kadencji. Tętno utrzymywało się na przełomie 2 i 3 strefy, moc zazwyczaj w 2 strefie. Krajobraz na trasie się zmieniał, raz było mokro, raz sucho, raz mgła, potem chmury, słońce, raz dało się oddychać bez maski by chwilę później mieć problem z swobodnym oddychaniem. Nie miałem zaplanowanej trasy i chciałem się trzymać raczej bocznych dróg, ostatni wyjazd sprzed 7 tygodni wyrzuciłem już z pamięci ale mimo to nie czułem się bezpiecznie. W pewnym momencie skręcając w zapomniane kompletnie drogi pogubiłem się i wybrałem złą dróżkę, dojechałem do zamkniętej bramy i musiałem zawrócić. Wiązało się to z dwukrotnym przejazdem przez głęboką kałużę w której za drugim razem koło straciło przyczepność. Wybrnąłem z tej sytuacji dosyć sprawnie i trafiłem na właściwą ścieżkę. Dojeżdżając do wału nad Wisłą zauważyłem problem z siodełkiem, okazało się, że sztyca opadła o kilka centymetrów i jechało się bardzo niekomfortowo. Poprawiłem to ustawienie ale liczyłem się, z faktem, że z tego powodu jeszcze kilka razy będę musiał się zatrzymać. Wał nad Wisłą był najtrudniejszym technicznie odcinkiem, na tym rowerze przejechałem całkiem sprawnie ale niezbyt szybko. Mimo braku pieszych i innych rowerzystów kilka razy musiałem zwalniać i raz nawet się zatrzymać. Nie jestem zwolennikiem postojów po drodze a dzisiaj było ich całkiem sporo. Ścieżka do Ochab okazała się na kilku odcinkach bardzo zatłoczona i raz nawet zjeżdżając na pobocze utraciłem przyczepność, ratując się przed upadkiem. Później przez wiele kilometrów nie minął mnie żaden samochód. Gdyby nie kolejny przymusowy postój byłoby całkiem znośnie. Cały czas mimo wysokiego tętna trzymałem wysoką kadencję i moc w 2 strefie mocy. Po kolejnym postoju przez 5 kilometrów jechało się komfortowo a później coraz gorzej i mniej więcej 10 kilometrów było dystansem jaki pokonywałem bez postoju. Jestem daleki od formy i nawet droga prowadząca lekko w górę przez Mazańcowice okazała się wymagająca. Trudniejszy podjazd ominąłem jadąc najkrótszą drogą z kilometrowym odcinkiem rozmokniętej drogi terenowej gdzie koło buksowało kilkukrotnie. Po około 2 godzinach miałem już dość i mimo redukcji mocy nie zwiększył się komfort jazdy. Niby nie było źle ale z taką jazdą nie mam czego szukać na treningach grupowych gdzie nawet najsłabsi jeżdżą 2 klasy lepiej ode mnie. Nie stać mnie na razie na więcej ale mając wybierać miedzy przyjemną jazdą w zimie czy formą latem wybieram tą drugą opcję. Już z głębszego dna wychodziłem na wysokie szczyty formy i dlatego uważam, że może być tylko lepiej.








Trening 1
Sobota, 21 listopada 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa, Zima, Trening 2021
| Km: | 50.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:54 | km/h: | 26.32 |
| Pr. maks.: | 54.00 | Temperatura: | 3.0°C | HRmax: | 163163 ( 83%) | HRavg | 144( 73%) |
| Kalorie: | 1438kcal | Podjazdy: | 350m | Sprzęt: Hercules | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dokładnie po 22 dniach przerwy wsiadłem na rower, ostatnio tylko kilka krótkich jazd do pracy ale również po kilkunastu dniach zastoju. Sezonowy rower przygotowałem już do zimy a raczej do tego, że będzie stał przynajmniej do początku marca, treningowa szosa która służyła głównie jako rower dojazdowy do pracy lub rezerwowy w przypadku jakiś awarii lepszego sprzętu, czeka obecnie na przegląd więc w ruch poszedł rower zimowy. Zastanawiałem się nad zakupem roweru MTB, przełajowego lub gravela ale obecne ceny nawet rowerów używanych odstraszyły mnie skutecznie, bardzo trzyma mnie budżet i wolałem zrobić z tego co mam jakiś rower niż inwestować w kolejny. Ściągnąłem więc ze strychu rower który kiedyś przerobiłem na szosę po zniszczeniu pierwszej jaką posiadałem. Ma dokładnie 40 lat i stał co najmniej 8. Trochę trwało zanim doprowadziłem go do ładu, z poprzedniej zimówki w której stale odkręcał się suport wziąłem kilka rzeczy takich jak prowadnica do linek bo przerzutka która tutaj była miała zupełnie inne a musiałem ją wymienić. Tak naprawdę wymieniłem sporo rzeczy. Na początek korba, aby zastosować starą musiałem wymienić cały suport i oś korby. Znalazłem w sieci dokładnie taki suport jak potrzebuję z gwintem włoskiem ale osi odpowiedniej długości nie było nawet używanej. Kiedyś kupiłem omyłkowo suport z gwintem włoskim przystosowany do korb Hollowtech 2 i teraz się przydał. Wrzuciłem więc starą korbę trzyrzędową, tarcze przejechałem pilnikiem bo były już trochę zjechane. Wymieniałem łańcuch, koła nie nadawały się do niczego więc włożyłem jedne z tych które miałem w zapasie z 9 rzędową kasetą. Manetki na ramie spokojnie obsługiwały pełen zakres biegów i nie było problemów z regulacją. Do tego musiałem wymienić wszystkie linki i pancerze, tego akurat mam zawsze pod dostatkiem i nie musiałem nic dokupować, nasmarowałem stery, założyłem opony które kilka lat leżały w garażu o szerokości 32 mm, spokojnie do tej ramy weszłoby nawet 40 mm. Na starych kolach rower ważył prawie 16 kilogramów z błotnikami i bagażnikiem, nie wyrzucałem go bo dodatkowo stabilizował błotnik. Nie pozbyłem się dynama ale nie byłem w stanie go uruchomić bo nie znalazłem w domu żarówek. Po założeniu lepszych kół waga spadła o kilkaset gram i może wynosi teraz 15 kilogramów. Ten rower ma również jedną wadę, brak mocowania koszyków na bidon, mi to akurat nie przeszkadza bo zimą nigdy nie korzystam z bidonów. Pierwszy krótki test wypadł pomyślnie ale schody zaczęły się na dłuższej trasie. Przed jazdą wymieniłem jeszcze pedały na zatrzaskowe, miernik mocy nie był mi dzisiaj niezbędny i wolałem go nie ruszać. Uchwyt na licznik nie pasował do tego roweru ale poradziłem sobie z tym stosując adapter do kierownicy. Kolejny dylemat to montaż torebki podsiodłowej, nijak nie pasowała a nie wiem gdzie schowałem pozostałe wśród których była pasująca do tego roweru. Schowałem więc do plecaka w którym znalazł się m.in. bukłak z wodą. Plecak jak zwykle schowałem pod kurtkę, ubrałem się na około 0 stopni zabierając cieplejsze rękawiczki do plecaka. Samo ubieranie się i przygotowanie zajęło około 20 minut ale o tej porze roku inaczej być nie może. Chęć jazdy była tak duża, że w niczym to nie przeszkodziło. Upewniłem się czy wszystko mam i wyjechałem. Już na starcie problemy z przełożeniami, dopiero po chwili udało mi się dojść do tego jak je zmienić, zapomniałem już o tym, że gorzej zmienia się biegi przy pomocy manetek na ramie niż klamkomanetek bo trzeba to robić z wyczuciem a nie liczyć kliknięcia. Chwilę zajęło rozkulanie roweru ale jak już się udało to trzymanie prędkości nie było tak trudne. Szukałem punktu odniesienia ale brak miernika mocy nie ułatwiał zadania, trzymając się tętna powinienem znacznie zwolnić bo wartości były już wysokie. Nie mogłem skupić się na tego typu duperelach tylko musiałem orientować się co dzieje się na drodze. Bezpiecznie to było może na kilku odcinkach a tak to cały czas musiałem mieć ręce na klamkach hamulcowych. Pierwsza sytuacja już po kilku kilometrach gdy z pobocza wyjechał samochód wprost pod moje koła, gdyby kierowca z tyłu nie zahamował to uderzyłby w ten samochód a przy okazji zgniótł mnie i mój rower. Jedną taką sytuację idzie przeboleć i o niej zapomnieć ale chwilę później kolejna bardzo podobna. Po zjeździe na którym się rozpędziłem musiałem hamować niemal do zera bo z bocznej drogi wyjechał samochód który nie miał zamiaru się zatrzymywać, miałem jednak czas na reakcję i zwolniłem do zera przy okazji tracąc orientację przy zmianie przełożeń co skończyło się spadniętym łańcuchem. Przy okazji dowiedziałem się, że na kilku koronkach łańcuch przeskakuje a z małej tarczy 30 nie mogę korzystać bo również przeskakuje łańcuch. Miałem wiec do dyspozycji dwie tarcze z przodu i 6 koronek z tyłu co jednak w pełni mi wystarczyło i jechałem na dosyć dużej kadencji mimo tego, że czujnik który zamontowałem nie działał. Ta sytuacja wybiła mnie nieco z rytmu ale później już było lepiej. Nie czułem się bezpiecznie na drodze, przed każdym niewidocznym łukiem zwalniałem, nie puszczałem maksymalnie roweru na zjeździe, na nielicznych odcinkach byłem w stanie jechać równym tempem. Nie czułem zmęczenia ani żadnych oznak słabości które zwykle towarzyszyły mi podczas pierwszych jazd po przerwie. Myślałem, że najgorsze sytuacje mam już za sobą ale pomyliłem się, dojeżdżając do Landka na dosyć widocznym odcinku wyprzedzał mnie samochód który jednak od razu odbił maksymalnie w prawo, ja również ale miałem obok siebie rów pełny wody, aby nie wpaść do wody wykonałem najbardziej bezpieczny z możliwych manewr czyli zamortyzowałem upadek kładąc się na lewą stronę, rower wpadł do wody ale ja byłem suchy ale o centymetry od samochodu który wciąż się poruszał. Było mega niebezpiecznie ale żaden z nas nie był odpowiedzialny za tą sytuację, z przeciwka jechał samochód na czołówkę któremu gdzieś się śpieszyło. Po tym wszystkim chwilę dochodziłem do siebie, odjechało mi się dalszej jazdy ale jakoś musiałem dojechać do domu. Na ostatnich 8 kilometrach miały miejsce dwie kolejne podobne sytuacje. Po kilku spokojnych kilometrach gdzie walczyłem z wiatrem i często także przeskakującym łańcuchem znowu przeżyłem moment grozy. Na ostatnim szybkim zjeździe postanowiłem przełamać się i nieco rozpędzić ale znowu musiałem hamować aby uniknąć czołowego zderzenia z samochodem wyprzedzającym na trzeciego. Musiałem uciec z drogi, straciłem panowanie nad rowerem przy niemal zerowej prędkości i poleciałem na pobocze, wybrudziłem i tak brudne już ciuchy, poczułem lekki ból barku ale nic poważnego i szybko się pozbierałem. Ostatniej na trasie czołówki uniknąłem w podobny sposób ale miałem czas na reakcje i udało się utrzymać równowagę, nie chcę myśleć co byłoby gdybym jechał na karbonowej szosie z węższymi i bardziej łysymi oponami. Na moje szczęście wyszedłem z tych sytuacji ciało, roweru nie szkoda, ciuchy się wypierze, z głowy wyrzuci wszystkie myśli a ewentualne bóle szybko miną. Co rok jest mniej bezpiecznie na drogach, gdy mogę to uciekam na ścieżki lub boczne drogi ale nie zawsze się da. Niektórzy ludzie chyba stracili umiejętność myślenia bo pewnych sytuacji nie da się logicznie wytłumaczyć. Egoizm i zaspokojenie własnego ego bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i bezpieczeństwem. Wszystkich decyzji i własnych błędów nie da się zwalić na Rząd co próbuje się robić w obecnej sytuacji. Od tego marasu medialnego i rządkowego staram się trzymać z daleka ale czasami nie da się tego uniknąć. Dobrze na tym Świecie już było, nie umieliśmy tego docenić i mamy to na co zasłużyliśmy.


Roztrenowanie 7
Czwartek, 29 października 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 67.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:37 | km/h: | 25.61 |
| Pr. maks.: | 70.00 | Temperatura: | 9.0°C | HRmax: | 163163 ( 83%) | HRavg | 141( 72%) |
| Kalorie: | 1832kcal | Podjazdy: | 1400m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Chciałbym napisać, że jaki sezon taki jego koniec ale tak niestety nie było. Na zakończenie bardzo dobrego sezonu trafił się słabszy dzień albo trasa jaką wybrałem okazała się za trudna. Chciałem ten sezon zakończyć z przytupem i zdecydowałem się na dosyć wymagającą trasę z podjazdami. Wyjechałem już o 8 rano, nie liczyłem na to, że później będzie wiele lepiej i cieplej wiec 10 stopni na termometrze i zmienny wiatr uznałem za optymalne warunki do których dostosowałem swój ubiór. Jakoś specjalnie nie chciało mi się jechać, mój organizm dzisiaj był wyjątkowo słaby i nieprzygotowany na wysiłek. Od wyjazdu z domu czułem zmęczenie ale nie chciałem zawracać ani zmieniać trasy bo to chyba ostatnia okazja aby pojechać w góry. Przejazd przez Bielsko tym razem zajął mi więcej czasu niż zwykle, na zjazdach nie było dobrej techniki i szybkości a najczęściej powtarzanym zachowaniem było hamowanie w najmniej spodziewanych momentach. Mimo wczesnej pory duży ruch na drogach utrudniał wyraźnie jazdę. Gdy wjechałem w boczne dróżki i ścieżki rowerowe przed Straconką musiałem uważać na służby porządkowe usuwające nadmiar liści z chodników i jezdni. Pieszych nie było i mogłem skupić się na jeździe a nie rozpraszać uwagi na rozglądanie się wokół. Schody pojawiły się gdy zacząłem podjazd na Przegibek. Długo szukałem optymalnego przełożenia i pozycji na rowerze. W końcu się udało ale podjazd nie dawał mi tyle przyjemności jak zwykle, mocy w nogach wyraźnie brakowało a dodatkowa warstwa ciuchów też robiła swoje. Jakoś przemęczyłem podjazd i skupiłem się na zjeździe, poza dwoma momentami zrobiłem wszystko jak trzeba i nie był to najgorszy zjazd w moim wykonaniu, w Międzybrodziu mimo starań jechałem wolno, południowy wiatr utrudniał jazdę. Mimo wszystko biorąc pod uwagę wszystkie składowe w dobrym tempie dojechałem do Międzybrodzia. Najtrudniejsze momenty jeszcze były przede mną, drugi podjazd na trasie to Góra Żar którą chciałem zaliczyć po raz 10 w tym roku. Przed podjazdem krótka przerwa, później drobne utrudnienia na drodze i zupełnie wolne od przeszkód ponad 7 kilometrów podjazdu. Zwykle ten podjazd mnie meczy, łapie mnie kryzys którego nie ma na innych podjazdach, tym razem czułem się nie gorzej niż na Przegibku. Jeszcze nigdy nie było takich pustek na Górze Żar, zupełnie odwrotna sytuacja niż ostatnio na Białym Krzyżu. Wykorzystałem to na krótki postój, był jednak za długi bo rozpoczynając zjazd czułem chłód. Mimo to puściłem się odważnie w dół, gdyby nie wiatr w twarz mógłbym powiedzieć, że był to mój najlepszy zjazd z tej góry, technicznie wszystko było w porządku ale brakowało szybkości i przełożenia aby dokręcać na prostych. Po zjeździe przez moment jechało się odrobine lepiej ale gdy tylko skierowałem się na Bielsko i Przegibek znów brakowało mocy a zmęczenie brylowało. Lepszy chyba brak mocy niż bolące mięsnie z którymi walczyłem w ostatnim czasie i szukałem przyczyny dolegliwości. Podjazd na Przegibek znów przemęczyłem licząc na szybki zjazd. Wycinając pierwsze 700 metrów gdzie bezskutecznie próbowałem wyprzedzić ciężarówkę która minęła mnie na początku zjazdu gdy nie zdążyłem nabrać jeszcze prędkości to zjazd wyglądał dobrze. Do domu wróciłem już najkrótszą drogą bo kończył mi się wolny czas. Fajna trasa na koniec sezonu ale z tak słabymi nogami nie była dzisiaj przyjemnością, słabość odczuwalna byłaby nawet na płaskim i chyba ostatecznie wygrałem z pokusą która często u mnie występowała czyli w słabszych momentach starałem jak najbardziej ułatwić sobie trasę, w tym roku tak nie było i nawet na roztrenowaniu gdy skupiałem się tylko na ułamku ważnych rzeczy i elementów nie wróciłem do starych nawyków i błędów. To dobry znak przed kolejnym sezonem. Na razie jednak czas na zasłużony odpoczynek , domowe zabiegi i masaże oraz przygotowanie miejsca na zimowy trening. Jak nic nie stanie na przeszkodzie to 11 listopada startuje misja 2021.
Roztrenowanie 5
Niedziela, 25 października 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 65.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:26 | km/h: | 26.71 |
| Pr. maks.: | 71.00 | Temperatura: | 11.0°C | HRmax: | 173173 ( 88%) | HRavg | 135( 69%) |
| Kalorie: | 1590kcal | Podjazdy: | 1098m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nieco dłuższy wyjazd niż w ostatnich dniach. Nie miałem konkretnego planu na trasę ale bardzo ciągnęło mnie w góry. Wyjeżdżając z domu postanowiłem jechać do Lipowej i doliny Zimnika gdzie jeszcze nie dotarłem. Miałem jechać z samego rana ale warunki pogodowe nie zachęcały do wyjścia z domu przed południem. Ubrałem się ciepło, zabrałem duży zapas jedzenia i ruszyłem w drogę. Nie czułem się najlepiej o czym świadczyło wiele rzeczy, m.in. bardzo nierówna i szarpana jazda i problemy z utrzymaniem kadencji. Nie było to jednak najważniejsze i starałem się czerpać przyjemność z jazdy. Zwykle odpuszczałem jazdy w niedzielne popołudnia z bardzo prostego powodu, na ulicach, chodnikach i w parkach jest znacznie więcej ludzi niż przed południem czy w inne dni tygodnia i tak też było tym razem. Mimo utrudnień starałem się jak najlepiej zjeżdżać i pierwszy zjazd na trasie wyszedł bardzo dobrze, musiałem w pewnym momencie zwolnić ale nie wybiło mnie to z rytmu jak zazwyczaj. Niestety kolejne zjazdy już tak fajnie nie wyglądały, musiałem w głównej mierze jechać na klamkach i często używać hamulców. Przed wyjazdem z Bielska nie było już wiele przeszkód na drodze. Za miastem już zacząłem kombinować jak sobie urozmaicić trasę. W Bystrej skręciłem w prawo i zupełnie nieznaną mi drogą dojechałem do Mesznej, na mapie było jeszcze kilka dróg którymi dałoby się ominąć główną drogę na Szczyrk. W Buczkowicach podjąłem decyzje o zaliczeniu po raz kolejny podjazdu na Salmopol, być może po raz ostatni w tym roku. Jadąc przez Szczyrk strasznie męczyłem się, nie tylko droga mi się dłużyła ale i warunki na trasie nie należały do najłatwiejszych. Zupełnie odzwyczaiłem się od jazdy w grubych ciuchach i na podjeździe strasznie mi to przeszkadzało, w sumie sam sobie jestem winien bo wszyscy których mijałem byli ubranie jeszcze w letnie stroje. Z drugiej strony jednak czułem komfort termiczny i nie żałowałem, że ubrałem ciepłą bluzę i nogawki. Na Salmopol wjechałem w równym tempie ale nie wiem po co. Widok jaki zobaczyłem na przełęczy zaskoczył mnie bardzo. Jeszcze nigdy nie widziałem tyle samochodów na przełęczy a podobną ilość ludzi chyba tylko na TDP. Oczywiście większość z nich nie miała masek i nie zachowywała odległości. To jest typowe dla Polaków, jak czegoś zakażą to nie trzeba się stosować do przepisów ale jak zwolnią z pełnienia obowiązków to od razu wszyscy się stosują. Przez chwile szukałem miejsca na krótki postój, znalazłem go dopiero na zjeździe do Wisły miedzy zaparkowanymi wzdłuż drogi samochodami. Nie zabawiłem tam długo i ruszyłem w drogę powrotna, po słabym początku zjazdu jechałem stopniowo coraz lepiej, najpierw poprawiłem technikę a w końcówce pojawiła się jeszcze szybkość. Nie byłbym sobą gdybym poprzestał na jednym podjeździe i zaliczyłem jeszcze drugi, krótki, z kilkoma ściankami podjazd w kierunku Malinowa. Z rytmu wybijały mnie rynny odprowadzające wodę, jechałem spokojnym tempem ale i tak musiałem się postarać aby nie poprawić swojego najlepszego czasu na tym podjeździe. Wyjeżdżałem całe 2 sekundy dłużej niż poprzednim razem, nie zależało mi na kolejnym rekordzie. Zjazd bardzo asekuracyjny i wolny i szybka ucieczka ze Szczyrku, udało się sprawnie przejechać kilkanaście kilometrów aż do Bystrej. Tam postanowiłem zafiniszować na krótkim podjeździe, można powiedzieć, że powtórzyłem sprint sprzed 2 dni, przez 30 sekund wygenerowałem dokładnie taką samą moc. Najlepsi generują podobne na finiszach ale przy pomocy jednej nogi, tyle brakuje do sprinterów. Jestem po prostu słaby i każdy kolejny sprint to potwierdza. Do domu wróciłem już spokojniejszym tempem, dołożyłem dwa krótkie podjazdy. Warunki też robiły się trudniejsze, coraz gorsza widoczność i niższa temperatura były wystarczającym powodem aby wrócić do domu. Być może było to pożegnanie z górami na kolejne 4-5 miesięcy. Formy już nie ma, męczę się coraz szybciej, idealny moment na koniec sezonu.


Roztrenowanie 1
Niedziela, 18 października 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 51.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:53 | km/h: | 27.08 |
| Pr. maks.: | 60.00 | Temperatura: | 8.0°C | HRmax: | 182182 ( 93%) | HRavg | 140( 71%) |
| Kalorie: | 1298kcal | Podjazdy: | 820m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Pierwszy wyjazd od tygodnia. W sumie byłem już gotowy aby wyjechać przed południem ale kolejna dawka deszczu zniechęciła mnie skutecznie. Wyjechałem przed 14 gdy główne drogi były już zupełnie suche, na termometrze było 8 stopni, na więcej nie było już co liczyć, we znaki dawał się wiatr ale lepsze to niż deszcz. Już po kilku minutach żałowałem, że czyściłem rower, po przejechaniu przez pierwszą kałużę znowu rower był cały brudny. Później było lepiej ale samochody robiły swoje i nie czułem się zbyt bezpiecznie, zapomniałem lampki z którą zawsze jeżdżę w dzień. Z Bielska wyjechałem możliwie szybko ale pierwszy podjazd na trasie zweryfikował moje obecne możliwości. Z ostatniej czasówki nic w nogach nie zostało, bardzo męczyłem się na krótkim i stosunkowo łatwym podjeździe. Liczyłem, że jak zazwyczaj w drugiej połowie jazdy nogi pozwolą na więcej. Przed jazdą przygotowałem sobie ekran na liczniku na którym była tylko godzina, czas jazdy, temperatura, prędkość oraz kadencja. Wszystkie dane o mocy czy tętnie były na kolejnych ekranach na które nie zajrzałem podczas jazdy. Pierwszy zjazd na trasie był szybki ale głownie dzięki pomocy wiatru. Na podjeździe nawet wiatr w plecy mi nie pomógł, znowu męczyłem się jakbym dawno nie jeździł podjazdów. Po niezbyt dobrym podjeździe podobnie wyglądał zjazd, niby początek był szybki ale końcówka wolna, na klamkach, po mokrej drodze. Na płaskim czułem się nieco lepiej, liczyłem, że trzeci podjazd będzie już dobry ale okazał się najgorszy z pierwszych trzech. Dalej męczyłem się już nie tylko na podjazdach ale i łatwiejszych odcinkach. Coś ewidentnie nie grało ale nie szukałem przyczyn słabszej dyspozycji bo już jest po sezonie i dobra noga wiele by nie zmieniła. Nie byłbym sobą gdybym szukał ułatwień i maksymalnie utrudniłem sobie trasę, dokładając kilka podjazdów a zarazem nie jechałem po kilka razy tymi samymi drogami. Na jednym z podjazdów przepaliłem nieco nogę, krótki podjazd, niezbyt trudny ale cały pod silny wiatr. Lekka rezerwa jeszcze była ale nie na wybranym przełożeniu z którego wycisnąłem niemal wszystko. Na ostatnich 15 kilometrach wskoczyło ponad 300 metrów w pionie. Większość jednak z wiatrem i dosyć szybko poszło. Najważniejsze, że po tygodniu w domu udało się pojeździć na zewnątrz. Do domu wróciłem akurat na finisz Flandrii i ostatnie 15 kilometrów Giro. Było co oglądać.




Trening 126
Sobota, 10 października 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 74.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:05 | km/h: | 24.00 |
| Pr. maks.: | 62.00 | Temperatura: | 15.0°C | HRmax: | 170170 ( 87%) | HRavg | 125( 64%) |
| Kalorie: | 1723kcal | Podjazdy: | 1040m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po czasówce musiałem zjechać z Równicy do Ustronia. Zjazd wyglądał podobnie jak zwykle, momentami szybko a czasami bardzo wolno jechałem. W połowie przyblokowały mnie samochody i chwila minęła zanim je wyprzedziłem. To kolejny krok naprzód, zwykle bałem się wyprzedzać i odpuszczałem. Musze walczyć ze starymi, niekoniecznie dobrymi nawykami bo właśnie w takich elementach są największe rezerwy. Najważniejszy cel zjazdu został osiągnięty, zjechałem bezpiecznie i nie wychłodziłem się co było bardzo ważne. Po posiłku regeneracyjnym i dekoracji wróciłem w spokojnym tempie do domu. Jechało się całkiem nieźle i żałowałem, że czas nie pozwala mi na dłuższą jazdę.



height='405' width='590' frameborder='0' allowtransparency='true' scrolling='no' src='https://www.strava.com/activities/4175734339/embed/31e582d8baffc7d7836537fa0c9368043d271d1e'>
height='405' width='590' frameborder='0' allowtransparency='true' scrolling='no' src='https://www.strava.com/activities/4175735031/embed/2f9c730bbd91a77048460dc2b6a3aa9b0a123f2c'>



height='405' width='590' frameborder='0' allowtransparency='true' scrolling='no' src='https://www.strava.com/activities/4175734339/embed/31e582d8baffc7d7836537fa0c9368043d271d1e'>
height='405' width='590' frameborder='0' allowtransparency='true' scrolling='no' src='https://www.strava.com/activities/4175735031/embed/2f9c730bbd91a77048460dc2b6a3aa9b0a123f2c'>
Trening 125
Czwartek, 8 października 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 60.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:18 | km/h: | 26.09 |
| Pr. maks.: | 60.00 | Temperatura: | 13.0°C | HRmax: | 156156 ( 80%) | HRavg | 137( 70%) |
| Kalorie: | 1416kcal | Podjazdy: | 910m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po kolejnym dniu wolnym spowodowanym głownie brakiem czasu wyjechałem na około 2 godzinny trening po okolicznych hopkach. Zrobiło się chłodno wiec w ruch poszły cieplejsze ciuchy. Nie planowałem trasy którą miałem określać na bieżąco. Postanowiłem sprawdzić odcinki z nową nawierzchnią których pojawiło się kilka w okolicy Skoczowa. Na start jednak dobrze znana mi droga pod górami w Jaworzu i Bierach, po krótkim fragmencie prowadzącym główną drogą znów zjechałem w boczne, tym razem w Grodźcu. Jechało się ciężko ale powód był jeden, zachodni wiatr utrudniający mocno jazdę. Noga podawała całkiem nieźle i po pierwszych podjazdach na trasie czułem satysfakcje. Przed kolejnymi czekało mnie sporo zjazdu i płaskiego i wykorzystałem to do równej i szybkiej jazdy z wysoką kadencją, zwykle w takich momentach odpuszczałem. Szybko byłem w Skoczowie gdzie znowu korek do ronda, objechałem utrudnienia bocznymi drogami, sporo czasu zajęło mi przejechanie przez centrum Skoczowa. Wtedy zdecydowałem się na zaliczenie kilku zapomnianych podjazdów m.in. Wiślicy. Zanim tam dojechałem zaliczyłem dwa inne podjazdy. Jeden z nich dobrze znam a drugiego dawno nie jechałem. Pamiętałem tylko tyle, że w końcówce jest bardzo zły asfalt i nic się od tego czasu się nie zmieniło. Zaliczając te dwa podjazdy minąłem dookoła prawie cały Skoczów a przynajmniej jego najbardziej zatłoczoną cześć. Na zjeździe znów miałem pecha i trafiłem na moment z dużym ruchem i musiałem się zatrzymać przed skrętem na Wiślicę. Sam podjazd poszedł mi nieźle chociaż do najłatwiejszych nie należy. W końcówce podjazdu już pojawił się nowy asfalt który pokrył także bardzo złą nawierzchnie na zjeździe. Puściłem się odważnie w dół i przestrzeliłem jeden zakręt, cudem się wybroniłem przed upadkiem. Po zjeździe czekało mnie kilka płaskich kilometrów ale po złych nawierzchniach. Rzadko jeżdżę bocznymi drogami w okolicy Ochab i zwykle w przeciwną stronę, jadąc przez Kiczyce przegapiłem skręt w lewo i dołożyłem sobie kilka dodatkowych, nudnych, płaskich kilometrów. W Kowalach zaliczyłem kolejny podjazd po którym znowu musiałem swoje odstać na skrzyżowaniu. Doszło do niebezpiecznej sytuacji w której nie było wiadomo kto ma pierwszeństwo. Gdy się uspokoiło pojechałem alej w kierunku Łazów. Tego podjazdu nie zaliczyłem jeszcze w tym roku. Jechało się całkiem dobrze i postanowiłem dodać kilka podjazdów a chciałem już do domu wrócić najkrótszą drogą. Ostatecznie wróciłem dobrze znaną mi trasą dokładając kolejne 150 metrów przewyższenia i dwa dobre zjazdy. Noga na tym treningu podawała dużo lepiej niż przez ostatnie 2 tygodnie.
Trening 124
Wtorek, 6 października 2020 Kategoria 50-100, blisko domu, Samotnie, Szosa
| Km: | 51.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:56 | km/h: | 26.38 |
| Pr. maks.: | 67.00 | Temperatura: | 13.0°C | HRmax: | 180180 ( 92%) | HRavg | 136( 69%) |
| Kalorie: | 847kcal | Podjazdy: | 1000m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ostatni mocny trening w tym roku oparty na powtórzeniach w 5 strefie mocy. Najlepiej wykonuje się takie akcenty na podjeździe pod Przegibek wiec po raz kolejny obrałem ten kierunek. Zmieniłem nieco rozgrzewkę i wziąłem dokładnie taki trening jaki zalecany jest przez autorów książek o treningu z pomiarem mocy. Bardzo mi się nie chciało wyjeżdżać z domu ale ostatni cel tego sezonu okazał się wystarczającą motywacją. Po dwóch dniach w których raczej odpoczywałem spodziewałem się tego, że nogi nie będą dobrze kręcić. Było jednak lepiej i już od startu złapałem dobry rytm. Pierwszy podjazd na trasie poszedł dobrze, później było szybko bo z wiatrem i dotarłem do momentu w którym miałem zaaplikować większe obciążenie. Wybrany odcinek idealnie nadawał się na 4 minuty równej, mocnej jazdy. Wiatr w twarz był umiarkowany, halny wydłużyłby podjazd i może była by szansa na 5 minut ciągłej, intensywnej jazdy. Ostatecznie po 4 minutach odpuściłem. Wygenerowana w tym czasie moc była wyznacznikiem tego co powinienem trzymać na 8 minutowych powtórzeniach, Zanim jednak dojechałem do Straconki minęło kilkanaście minut. Pierwszy Przegibek poszedł źle, nie umiałem złapać rytmu, generowałem o kilka Wat za mało, według planu często zmieniałem pozycje i rytm pedałowania. Początek zjazdu odpuściłem kompletnie, dopiero gdy przyjąłem dawkę węglowodanów skupiłem się na technice. Pod tym względem było dobrze ale szybkości brakowało, nie miałem zamiaru dokręcać i spokojnie zjechałem do pierwszej bocznej uliczki po prawej stronie. Tam krótki postój i nawrót na drugi podjazd. Tym razem było już lepiej, łatwiej było utrzymać moc przy zmiennej kadencji. Pierwotnie miałem zjeżdżać na Straconkę ale lepiej podjeżdżało się z Międzybrodzia więc po raz drugi zjechałem w tym kierunku. Zjazd wyglądał podobnie jak pierwszy, słabszy początek, lepsza końcówka. Po krótkim postoju ruszyłem po raz trzeci i dokładnie 99 w tym roku na Przegibek, jechało się lepiej niż wcześniej i wygenerowałem o 5 Wat więcej niż za drugim razem i o ponad 10 niż podczas pierwszego powtórzenia. Sam byłem zaskoczony, że moc nie spadła w odniesieniu do ostatniego takiego treningu który miał miejsce ponad miesiąc temu. Zjazdu do Bielska już nie odpuściłem, pokonałem go na luzie i z automatu wchodziłem w zakręty, bez hamowania ale i nadmiernej szybkości, jedynie przed tzw. Patelnią zwolniłem i słusznie bo z przeciwka jechał samochód ścinający łuk i zajmujący połowę mojego pasa. Dwa ostatnie łuki gdzie zwykle zwalniałem pokonałem bardzo pewnie i szybko, nie dokręcając na prostych nie miałem szans na szybki zjazd i mogę go zaliczyć do średnich. Powrót do domu już spokojniejszy, niewiele brakowało do 1000 metrów w pionie i wydłużyłem nieco trasę. Przy domu jeszcze brakowało i dopiero gdy dojechałem do kolejnego skrzyżowania licznik pokazał magiczne 1000 metrów przewyższenia. Po treningu nie byłem specjalnie ujechany co oznacza, że wciąż stać mnie na mocne akcenty i mogę być spokojny przed sobotnią czasówką, ostatnią w sezonie. Podczas jazdy korzystałem znów z rezerwowego licznika ponieważ Bryton był rozładowany do zera. Garmin wytrzymał cały trening ale bateria spadła z 100 do zaledwie 8 %.






Trening 120
Piątek, 25 września 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 87.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:37 | km/h: | 24.06 |
| Pr. maks.: | 67.00 | Temperatura: | 17.0°C | HRmax: | 185185 ( 94%) | HRavg | 140( 71%) |
| Kalorie: | 2435kcal | Podjazdy: | 2030m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Prognozy pogody na kolejne dni nie były zbyt optymistyczne i piątek zapowiadał się na ostatni dzień w którym mogłem pojechać na kolejną górską trasę. Od pewnego czasu w piątki pracuje w domu i udało się wygospodarować cztery godziny między 8 a 12. Przed jazdą wymyśliłem, że pokręcę się po Szczyrku i zaliczę wszystkie znane mi podjazdy z Salmopolem od Wisły na deser. Trochę długo się zbierałem i wyjechałem kilka minut po 8. Przed jazdą zmieniłem koła na aluminiowe na których dużo pewniej się czuje co w takim terenie ma duże znaczenie. Wziąłem także duży zapas jedzenie i dwa duże bidony aby nie tracić czasu na postoje w sklepach. Warunki pogodowe były niezłe, trochę wiało ale nie było ciemnych chmur a temperatura całkiem przyjemna do jazdy. Najtrudniejszy był dla mnie przejazd przez miasto, jak zwykle zresztą. Moje obawy okazały się słuszne, już pierwsze większe skrzyżowanie na trasie przytrzymało mnie na dłuższą chwile a później lepiej nie było. Na pierwszym podjeździe stwierdziłem, że nogi są równie słabe jak w poprzednich dniach. Skupiłem się na pierwszym zjeździe i naprawdę nieźle technicznie go pokonałem ale w końcówce musiałem przyhamować. Drugi krótki podjazd pokonałem dosyć mocnym tempem, chcąc przepalić nieco nogę. Czy to był dobry pomysł to nie wiem, liczyłem, że to pomoże ale tak nie było. Dalej skupiłem się znów na technice ale ćwiczyłem raczej umiejętne używanie hamulców niż szybkie wchodzenie w zakręty. Z trzech technicznych odcinków zadowolony być mogę tylko z jednego. To i tak dużo jak na warunki panujące na drodze. Gdy miałem już najgorszy odcinek za sobą musiałem mocno zwolnić na bardzo niebezpiecznym skrzyżowaniu gdzie o mało nie doszło do kolizji dwóch samochodów, to skrzyżowanie już dawno nadaje się do przebudowy a ta jest ciągle odkładana na kolejne lata. Poczułem ulgę gdy wjechałem na główną drogę na Szczyrk, byłoby lepiej gdybym się strasznie nie męczył z południowo-wschodnim wiatrem bardzo odczuwalnym w tym momencie. Na podjeździe w Bystrej znów przepaliłem nogę ale nie wierzyłem, że to w czymś pomoże. Wtedy też wpadłem na pomysł aby zaliczyć po raz kolejny podjazd na Magurkę i spróbować poprawić swój najlepszy czas. Była to spontaniczna decyzja, podobnie jak wcześniejsze ataki na rekordy które miały miejsce w ostatnich tygodniach. Nie byłem przekonany czy to dobry pomysł ale kto nie ryzykuje, nie pije szampana wiec nie miałem nic do stracenia. Do Wilkowic starałem się dojechać spokojnie, nawet na skrzyżowaniach nie stałem zbyt długo, popełniłem tylko jeden błąd i zamiast batona zjadłem banana i nie miałem co zrobić ze skórką. Musiałem się zatrzymać na przystanku autobusowym i później czekałem by włączyć się do ruchu. Źle mi się jechało przez Wilkowice, nogi jakoś ciężko kręciły ale głowa była na właściwym miejscu i nie poddawałem się. Przed podjazdem zatrzymałem się na moment, rozebrałem rękawki, okulary i ruszyłem na około 17 minut rzeźni. Zacząłem podjazd możliwie mocno ale chyba za słabo na bardzo dobry czas. Później jednak jechałem dobrze, ten podjazd mi wybitnie nie pasuje, nachylenie ciągle się zmienia i gdy tylko rosło to generowałem ponad 400 Wat a na „wypłaszczeniach” spadało do około 300 Wat. Liczyłem, że nie będzie żadnych przeszkód ale takie się pojawiły. Nie było pieszych ale w kilku miejscach musiałem minąć się z samochodami i minąć wolniej jadących rowerzystów. Już w połowie podjazdu czułem, że sił ubywa i ciężko będzie dojechać w tym tempie do końca. Im bliżej końca tym trudniej mimo tego, że zwykle zyskiwałem w końcówce to tym razem na to nie było szans. Gdy tylko wyjechałem na bardziej otwarty teren to poczułem podmuchy silnego wiatru w twarz. Cenne sekundy uciekały a podjazd się ciągnął. Do końca walczyłem o czas poniżej 16 minut ale brakło kilku sekund a tak naprawdę około 10 Wat na całym podjeździe. Przypuszczenia co do słabych nóg potwierdziły się na tym podjeździe po którym bardzo długo dochodziłem do siebie, może to słabszy dzień a może oznaka spadku formy. Nie rozmyślałem nad tym i gdy trochę doszedłem do siebie ruszyłem w dół. Zjazd wyglądał lepiej niż ostatnim razem ale ledwie w kilku miejscach byłem w stanie puścić hamulce i bardziej odważnie jechać. Tak naprawdę dopiero w samej końcówce czułem się pewnie i puściłem hamulce. Sporo żwiru na drodze nie zachęcało do szybkiej jazdy. Obserwując niebo stwierdziłem, że uda się jeszcze zaliczyć kilka podjazdów w okolicy Czernichowa. Na początek kilka hopek na których męczyłem się strasznie ale tak naprawdę źle było dopiero na kostce brukowej gdzie urwało mi się mocowanie pompki, odczepiła torebka podsiodłowa i wysunął korek od owijki. Był przyklejony wiec utrzymał się na owijce która się odwinęła na krótkim odcinku. Wykorzystując moment, że zadzwonił telefon naprawiłem wszystkie usterki przejeżdżając przy okazji skrzyżowanie na którym miałem jechać w lewo. Droga którą przejechałem okazała się bardzo ciekawa i przyjemna, długi odcinek wzdłuż potoku prowadził w całości po równym i całkiem nowym asfalcie do urokliwego miejsca gdzie się zatrzymałem na moment. Ten podjazd jak większość w okolicy kończył się nagle i trzeba było wrócić tą samą drogą, na zjeździe nie poszalałem sobie ze względu na tartak który znajdował się w połowie odcinka i droga w tym miejscu była zablokowana. Najłatwiejszy podjazd na trasie miałem już za sobą i czekały mnie już prawie same ścianki i Przegibek na deser. Dwie kolejne zmarszczki na trasie znajdowały się po wschodniej stronie jeziora a konkretnie na zboczu Góry Żar. Jeden z nich zaliczyłem już kilka miesięcy temu i mogłem atakować rekord ale nie zrobiłem tego. Robiłem wszystko aby nie doprowadzić do bólu pleców i przez cały podjazd zmieniałem pozycje w momencie zmiany nachylenia. Do końca podjazdu ciągle zmieniałem kadencje i przełożenia i jakoś wjechałem w niezłym tempie ale sporo wolniej niż rekord. Drugi podjazd był znacznie krótszy ale najeżony ściankami miedzy którymi były wypłaszczenia a nawet zjazdy. Była to typowa droga dojazdowa do domów z zakazem wjazdu dla innych. Segment na Stravie sugerował, że pojawiają się tam rowerzyści lub kolarze ale niezbyt często. Znów wjechałem mocno średnim tempem ze zmienną kadencją i pozycją. Musze na nowo nauczyć się jazdy na stojąco której unikałem przez ostatnie lata przez co nadwyrężyłem sobie plecy. Po tych trzech spokojniejszych podjazdach postanowiłem zaatakować kolejny rekord na niespełna 2 kilometrowym podjeździe pod Groniaki. Podjazd należy do trudnych ponieważ przez ponad kilometr nachylenie nie spada poniżej 14-15 %. Cały podjazd pracowałem równo i mocno ale mogłem zrzucić ząbek niżej i dołożyć kilka Wat urywając cenne sekundy. Nie wiem czemu nie zrobiłem tego ale czas poprawiłem o blisko 30 sekund nie dużo tracąc do najlepszych na segmencie. Dobra nawierzchnia pozwoliła na szybszy zjazd ale cos poszło nie tak i w dwóch miejscach wytraciłem zbyt dużo prędkości, straciłem optymalny tor i dobre kilka sekund w plecy. Powoli brakowało mi czasu i musiałem zoptymalizować trasę. Do 2000 metrów w pionie brakowało mi jeszcze sporo i potrzebowałem zaliczyć jeszcze kilka podjazdów. Dwa z nich znajdowały się w Międzybrodziu. Krótkie ale wymagające ścianki dały mi w kość mimo tego, że wyraźnie się oszczędzałem co wpłynęło na gorsze czasy niż wcześniej na tych podjazdach. Ostatni dłuższy podjazd na trasie to Przegibek. Męczyłem się z nim strasznie. Mimo to dawałem z siebie dużo ale myślami byłem już na zjeździe. Postanowiłem zjechać jak najszybciej i jak najlepiej technicznie. Niestety na Przegibku natknąłem się na dwójkę kolarzy na rowerach testowych którzy wolnym tempem ruszyli w stronę Bielska. Odczekałem chwile i ruszyłem w dół. Początek zjazdu był naprawdę szybki, w dobrym czasie pojawiłem się na tzw. patelni, ale na tym się skończyło. Przed kolejnym łukiem dojechałem do dwójki kolarzy, nie byłem w stanie ich wyprzedzić, brakowało mi przełożenia aby dokręcić, musiałem mocno zwolnić na kolejnym łuku na którym zwykle miałem problemy a tym razem nie było szybciej ale dużo wolniej niż zazwyczaj. Zrobiło się niebezpiecznie, byłem znów bardzo sfrustrowany tą sytuacją ale postanowiłem dokręcić na ostatniej prostej. Doi najlepszego mojego czasu brakło kilka sekund ale jestem przekonany, że gdybym nie musiał hamować to urwałbym nawet 10 sekund z tego czasu. Przez całą Straconkę jechałem ile mogłem, zmienny wiatr dawał mocno w kość ale nie poddałem się i na całym odcinku urwałem więcej niż 10 sekund. Wciąż brakowało mi przełożenia i musiałem dołożyć jeszcze jeden podjazd w Olszówce. Na około 3 kilometrowym odcinku wjechałem prawie 100 metrów w górę. Czas już mnie gonił i postanowiłem wrócić drogą z największym przewyższeniem. Natrafiłem na remont drogi a konkretnie wymianę nawierzchni i straciłem kilka sekund. Już wyczerpałem swój czas ale zarezerwowane miałem dodatkowe 30 minut na nagłe wypadki i musiałem z tego czasu zabrać 10 minut które wystarczyło na spokojny dojazd do domu. Wróciłem do domu przed załamaniem pogody które przyszło popołudniu. Po przejechaniu tej trasy miałem mieszane uczucia. Nie byłem zadowolony z nóg i ogólnej dyspozycji ale zaliczyłem kolejną trasę z 2 kilometrami przewyższeń na niecałych 100 kilometrach oraz kolejne 200 TSS na górskiej trasie. Takie treningi pasują mi najbardziej i nawet przy słabszym dniu jestem w stanie je przejechać. Była to chyba jedna z ostatnich takich tras w tym roku. Ciężko liczyć na kolejne bo sporo rzeczy ma na to wpływ i ciężko oczekiwać, że wszystkie zgrają się w jednym dniu. Zwątpiłem także w moje możliwości i zasadność startu w dwóch ostatnich czasówkach w tym roku.


Trening 119
Środa, 23 września 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 62.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:11 | km/h: | 28.40 |
| Pr. maks.: | 69.00 | Temperatura: | 20.0°C | HRmax: | 154154 ( 78%) | HRavg | 133( 68%) |
| Kalorie: | 1363kcal | Podjazdy: | 870m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Przed wyjazdem na trening postawiłem przed sobą kilka zadań które chciałem wykonać. Najważniejsze z nich to nie rezygnować przy pierwszej przeszkodzie jaka się pojawi a drugie to dawać z siebie jak najwięcej na zjazdach. Liczyłem też na to, że nogi będą kręcić lepiej niż we wtorek. Po powrocie z pracy szybko się zebrałem i już po 15 byłem gotowy do jazdy. Nie była to najlepsza godzina bo już po wyjeździe z domu wjechałem w duży ruch i na pierwszym większym skrzyżowaniu czekałem blisko 2 minuty aby przejechać na drugą stronę. Pierwszy podjazd na trasie już dał odpowiedź, że nogi nie kręcą najlepiej ale chyba nie tak źle jak wczoraj. Po prawie każdym podjeździe następuje zjazd na którym dałem z siebie dużo, przed jedynym niewidocznym łukiem musiałem przyhamować bo z przeciwka pojawił się samochód i przy rozwiniętej prędkości nie zmieściłbym się w zakręcie i zahaczył o krawężnik. Z technicznej strony był to bardzo przeciętnie przejechany odcinek ale trochę nadrobiłem szybkością. Kolejny zjazd był niedaleko, po krótkim ale wymagającym podjeździe. Technicznie było już lepiej ale znów pojawiły się samochody i musiałem kilka razy hamować, takie coś bardzo wybija z rytmu, muszę sobie to poukładać w głowie, na wyścigu zazwyczaj samochodów na zjazdach nie ma a odruch zwalniania przed zakrętami czy niewidocznymi łukami pozostaje. Kolejny zjazd pod tym względem wyglądał podobnie, znowu bałem się wyprzedzać chociaż miałem taką możliwość i jechałem wolniej niż pozwalały na to warunki. Później miałem dłuższą chwile spokoju przed najdłuższym zjazdem na trasie. Byłem już zmęczony każdym zatrzymywaniem się na skrzyżowaniu, myślałem nawet odpuścić ale nie chciałem tak łatwo się poddawać. Warunki wietrzne wskazywały, że podjazd i zjazd z Przegibka będzie z wiatrem w plecy. Potwierdził to szybki przejazd przez Straconkę, na podjeździe pod Przegibek noga podawała już lepiej niż na początku. Zjazd również wyglądał bardzo dobrze, do pewnego momentu. Jak zwykle przed końcem technicznej sekcji dojechałem do wolno jadących samochodów a warunki nie pozwalały na bezpieczne wyprzedzanie. Na prostce samochody już przyśpieszyły ale gdy rozwinąłem prędkość szybko do nich dojechałem, jeden z nich wyprzedził drugi ale mi to wiele nie dało, brakowało mi przełożeń aby wyprzedzić a robienie tego na dłuższym odcinku nie było bezpieczne. W końcu kierowca samochodu zjechał na pobocze i w końcówce już mogłem dawać z siebie wszystko, dodatkowym utrudnieniem był wiatr który wiał centralnie w twarz, z zupełnie innego kierunku niż w Bielsku. Mocno pracowałem aż do skrzyżowania za którym nieco odpuściłem. Dzięki pomocy wiatru mogłem odpocząć i nabrać sił przed kolejnym podjazdem i zjazdem. Jak się okazało odpuściłem szybką i techniczną jazdę przed Porąbką i poukładałem się dopiero przed zjazdem do Czańca. Tego odcinka w tym kierunku nie jechałem kilkanaście lat, po krótkim ale dosyć wymagającym podjeździe następuje długi zjazd z kilkoma technicznymi sekcjami. Pokonałem go w niezłym stylu mimo zmiennego wiatru który raz przeszkadzał, raz pomagał. Po zjeździe byłem zły na siebie ale z innego powodu, wybierając tą trasę nie miałem wyjścia i musiałem kawałek przejechać ruchliwą drogą krajową 52, wjazd na nią i skręt w lewo był niemal niemożliwy wiec skręciłem w prawo i przejechałem przez Kęty. W nagrodę musiałem pokonać blisko trzy kilometry ścieżką rowerową, nie przeszkadzało mi to ale ciągłe zjazdy i przejazdy przez drogi gdzie kierowcy nie zatrzymywali się mimo tego, że nie mieli pierwszeństwa denerwowały mnie bardzo. W końcu doczekałem się momentu w którym nogi się rozkręciły, miałem też dylemat czy jechać przez Pisarzowice czy Kozy ale mając tylko kilka sekund na decyzję nie zdążyłem się zastanowić i już jechałem znaną drogą na Kozy. O dziwo było w miarę spokojnie, jadąc z wiatrem szybko dojechałem do Kóz gdzie był trochę większy ruch. Później postanowiłem jechać na Lipnik gdzie miałem przed sobą długi i dosyć wymagający zjazd na którym znów dałem z siebie tyle ile mogłem. Dopiero stromy i techniczny łuk koło Kościoła wybił mnie z rytmu i spanikowałem. Później zdarzyła się bardzo niebezpieczna sytuacja, jadący za mną samochód strąbił mnie, wyprzedził na samym skrzyżowaniu i wjechał w inny jadący drogą z pierwszeństwem, nie opłaciło mu się to bo nic nie zyskał tylko rozbił przód swojego samochodu. Spokojniejszym już tempem dojechałem do Centrum Bielska i sprawdzoną drogą w kierunku Aleksandrowic. Od Lotniska już spokojniejszym tempem bez szalonego zjazdu. Byłem zmęczony po jeździe ale znów bardziej głowa niż nogi. Przy moim obecnym życiu, obowiązkach i sprawach które mam na głowie nie może być inaczej, trzeba jakoś z tym żyć.









