Planowana trasa była trochę dłuższa i trudniejsza, z powodu ograniczonej ilości czasu skróciłem ją do minimum. Wyjechałem z domu przed 8:00, wiatr wiał z południowego wschodu czyli przez większość trasy w twarz. Zanim dojechałem do celu to parę razy musiałem się zatrzymywać, zamknięty most w Skoczowie czy ruch wahadłowy w Ustroniu. Po przekroczeniu granicy zaczęło się jechać gorzej, przez całą dolinę do podnóża podjazdu na Jaworowy, tak wiało,że wlekłem się 20km/h. Sam podjazd poszedł w miarę dobrze, równe tempo przez cały czas, niestety dwieście metrów przed szczytem złapał mnie taki kryzys, że musiałem się zatrzymać, po krótkiej odsapce wjechałem na górę, czas wyszedł rekordowy pomimo tego postoju którego nie odliczyłem. Po chwili odpoczynku zjechałem w dół, bardzo wolno, asfalt niezbyt dobry i pełno piachu, zwiru, itp. Bez problemów dojechałem do domu. W Trzyńcu był potężny wypadek i korki, udało się je ominąć. Chyba to koniec jazdy w ten weekend.
Kilka kryzysów na trasie, ale pobiłem własny rekord na podjeździe pod Kocierz od strony Targanic, więc noga jest dobra, trezba tylko trafić z pierwszym szczytem formy na połowę czerwca.
Długo oczekiwany wyścig. Niestety pogoda tradycyjnie jak na każdym tegorocznym wyścigu była deszczowa. Mokro, zimno i ślisko tak można podsumować warunki jakie panowały na trasie. Długo wahałem się, czy w ogóle startować, ostatecznie zdecydowałem się. Do startu byłem nie przygotowany, nie robiłem rozgrzewki, nie brałem żadnej elektroniki na trasę i planowałem jechać spokojnie. Na starcie ustawiłem się z tyłu i wolnym tempem jechałem w kierunku Równicy, ci co startowali za mną mnie wyprzedzali kolejno jeden za drugim. Kiedy zaczął się podjazd to trochę zacząłem nadrabiać, chociaż mogłem tam jechać szybciej, na zjeździe znowu sporo tracę, jechałem tam jak dziecko bardzo wolno, podjazd po kostce też odpuściłem, niewiele tam zyskałem. Po dojeździe na rundy każdy podjazd jechałem dobrym tempem nie odbiegającym za bardzo od czołówki a na zjeździe traciłem to co wypracowałem, na drugiej rundzie złapałem jakąś grupę i praktycznie z nią dojechałem do podnóża Równicy. Podjazd wjechałem nieco szybciej i wyprzedziłem jeszcze około 20 kolarzy. Przed szczytem zgubiłem okulary i się po nie wracałem , przez co straciłem około minuty. Na metę wjechałem nie czując żadnego zmęczenia, czyli wysiłek jaki włożyłem w ten wyścig był mały. W dobrych warunkach, czyli bez deszczu i na suchym, na pierwotnie planowanej trasie, jadąc na miarę moich możliwości wynik bylby dużo lepszy, myślę że, ok.35 OPEN.