Marszobieg 4
Niedziela, 3 listopada 2019 Kategoria Inne, Zima 2020, Zima2019
Km: | 15.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:02 | min/km: | 8:08 |
Pr. maks.: | Temperatura: | 17.0°C | HRmax: | 185185 ( 94%) | HRavg | 142( 72%) | |
Kalorie: | 906kcal | Podjazdy: | 690m | Aktywność: Bieganie |
Dzień pod znakiem silnego wiatru.
Po ostatnim marszobiegu miałem drobny problem ze stopami, źle dobrałem
skarpetki do butów i to spowodowało niewielkie przeciążenie stawów skokowych,
oba już miałem kontuzjowane i bałem się, że nabawię się kolejnego urazu.
Zaplanowałem dzisiaj trudniejszą trasę i po raz pierwszy postanowiłem zabrać
plecak aby nie męczyć się z wyciąganiem butelki wody z kieszonki. Trochę długo
zbierałem się do wyjścia i o 9:30 byłem gotowy. Wydłużyłem znowu czas biegu ale
i marszu wiec wciąż więcej chodzę niż biegam. Szybka rozgrzewka i w trasę.
Początek już standardowy, głównie terenem w stronę rzeki i wzdłuż koryta na
południe. Czułem, że w nogach nie ma tyle energii jak ostatnim razem wiec
musiałem oszczędzać siły. W lesie wiatr nie był tak odczuwalny i w miarę równym
tempem byłem w stanie podążać do przodu. Jedynym utrudnieniem była masa
pieszych z którymi czasami ciężko było się minąć. Właściwa zabawa zaczęła się po
5 kilometrach gdy zaczął się podbieg w kierunku szlaku na Szyndzielnie. Bałem się,
że po wczorajszych opadach będzie mokro i ślisko ale nie było tak źle. Szybko
znalazłem się na szlaku ale wpadłem na kolejny niezbyt trafny pomysł z odbiciem
w lewo. Początek był przyjemny aż w końcu przede mną pojawiła się ściana. Nie
chciało mi się wracać wiec nie miałem wyjścia i ruszyłem w górę. Tutaj już momentami
nogi podjeżdżały. Tętno szybko doszło do 170 i nie chciało spaść. Gdy przyszła
pora biegu to niewiele szybciej przemieszczałem się z maksymalnym już tętnem. Byłem
pewny, że za chwile wrócę na szlak i tak się stało. Droga w górę nie była przyjemna,
nie byłem w stanie uspokoić tętna a moje tempo było bardzo umiarkowane. Z ulgą skręciłem
w lewo na szlak prowadzący na Dębowiec. O dziwo nie miałem żadnych problemów z
biegiem w dół i moje tempo zarówno podczas marszu jak i biegu było w miarę
równe. Momentami wiatr wiejący w plecy był tak silny, że musiałem mocno się pilnować
aby nie wyłożyć się na ścieżce. Pod koniec biegło mi się nieco lepiej ale nogi
dostały nieźle w kość i w domu musiałem więcej czasu poświęcić na regeneracje.