Marszobieg 8
Niedziela, 17 listopada 2019 Kategoria Zima, Zima 2020
Km: | 16.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:00 | min/km: | 7:30 |
Pr. maks.: | Temperatura: | 13.0°C | HRmax: | 183183 ( 93%) | HRavg | 145( 74%) | |
Kalorie: | 875kcal | Podjazdy: | 820m | Aktywność: Bieganie |
Kolejny dzień bardzo dobrej
pogody. Niestety rano nie mogłem wstać z łóżka o odpowiedniej porze. Podczas
sobotniej jazdy mimo idealnego ubioru gdzieś mnie zawiało i rano nie czułem się
za dobrze. Mimo to nie zrezygnowałem z zaplanowanego marszobiegu. Aby zaliczyć więcej
kilometrów górskich szlaków podjechałem samochodem na parking przy drodze prowadzącej
do zapory w Wapienicy. Na dzień dobry odpadło 6 kilometrów i ponad 30 minut treningu.
To dawało mi szanse na zaliczenie naprawdę wymagającej górskiej trasy. Mimo
tego, że była dopiero 9 na parkingu było już mało miejsca ale znalazłem
optymalne na ten moment miejsce parkingowe i po szybkiej rozgrzewce ruszyłem w
kierunku gór. Na początku licznik nie chciał złapać sygnału z GPS i udało się to
dopiero po kilku minutach. Na początek standardowe 5 minut niezbyt szybkiego
marszu, przy okazji dogrzałem jeszcze wszystkie mięsnie i mogłem zacząć biec. Wydłużyłem
czas biegu do 5 minut co chyba było lekką przesadą zwłaszcza na tej trasie.
Początkowo czułem się nieźle ale gdy znalazłem się już w lesie na ścieżce
prowadzącej do szlaku na Błatnią skończyła się zabawa a zaczęła męczarnia. Ponad
200 metrów przewyższenia na odcinku 600 metrów dało mi nieźle w kość. O biegu
nie było mowy ale wdrapałem się dosyć szybko na prawie maksymalnym tętnie. Po
około 10 minutach męczarni na ściance znalazłem się na szlaku około 700 metrów
od szczytu Błatniej. Nie wpadłem na pomysł aby odpocząć wiec kolejny odcinek
biegu który kończył się właśnie na Błatniej był istną męczarnią. Na 5 kilometrach
pokonałem już prawie 600 metrów w pionie co znalazło odzwierciedlenie w
nie najlepszym czasie. Po odpoczynku na szczycie obrałem kierunek Szyndzielnia. Cały
czas czułem w nogach trudy wcześniejszej wspinaczki i moje tempo było nieco
słabsze. Mimo to na Szyndzielni pojawiłem się w założonym czasie i dlatego
mogłem sobie pozwolić na spokojniejsze zejście w dół. Najgorsze warunki były
właśnie na żółtym szlaku którym podążałem w kierunku Wapienicy. W kilku miejscach
tworzyły się zatory bo każdy chciał skorzystać z najlepszej ścieżki która była
wąska. GPS znowu świrował i gubił sygnał. Na szczęście bezpiecznie dostałem się
do drogi prowadzącej spowrotem na parking. Niemal dokładnie po 2 godzinach od
startu byłem na parkingu. Według mapy pokonałem 16,5 kilometra i 800 m. w
pionie a licznik pokazał 15,8 km i 820 m. w pionie. Była to najtrudniejsza
trasa marszobiegu jaką pokonałem. Tempo może nie powala ale z tyłu głowy mam
cały czas kontuzje której się nabawiłem podczas ostatniej zabawy w marszobiegi.
Wole podchodzić do tematu z dużą dozą ostrożności bo tempo i osiągnięcia z
listopada nie mają żadnego znaczenia. Aktywności mają na celu jak najlepsze
przygotowanie do sezonu i wtedy mają być efekty.