Trening 85
Wtorek, 21 lipca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa
Km: | 101.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:01 | km/h: | 25.15 |
Pr. maks.: | 65.00 | Temperatura: | 20.0°C | HRmax: | 181181 ( 92%) | HRavg | 139( 71%) |
Kalorie: | 2705kcal | Podjazdy: | 2150m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze |
Dawno
planowany trening, chodząc do pracy nie potrafiłem znaleźć odpowiedniej ilości
czasu a w weekendy starałem się jeździć inne, bardziej zróżnicowane trasy.
Jeszcze dwie godziny przed wyjazdem nic nie wskazywało na to, że uda się
wyjechać. Miałem rezerwowy plan i byłem pewny, że pozostanie mi wieczorny Bike
Wtorek na którym nie byłem już chyba 3 lata. Około 13 zaczęło się wypogadzać i
zdecydowałem się przygotować rower do jazdy. Założyłem znów lepsze koła i
jeszcze raz zważyłem rower, waga nie kłamie i udało się uzyskać poniżej 7 kg.
Dopompowałem powietrza, sprawdziłem co trzeba i mogłem jechać. Niestety przed
jazdą zauważyłem problem z lewym butem, zdecydowałem się jechać w starych
butach. Jakoś strasznie długo się zbierałem i wyjechałem kilka minut po 14. Do
Ustronia chciałem dojechać możliwie szybką i łatwą drogą. Początek musiał być
trudniejszy bo nie chciałem stać na wahadle przy ulicy Cieszyńskiej. Dosyć
szybko i sprawnie dojechałem jednak do głównej drogi. Na odcinku pod lekki
wiatr koła radziły sobie co najmniej dobrze. Oczywiście nie byłbym sobą jakbym
nie zaczął kombinować jakby sobie utrudnić trasę i już w Grodźcu skręciłem w
pierwszą możliwą, przelotową, boczną drogę. Później wybrałem niezbyt optymalny
łącznik z Ustroniem. Na około 1500 metrowym odcinku z wieloma zakrętami wśród
pól musiałem się minąć aż z trzema ciągnikami rolniczymi i jednym beczkowozem,
niewiele brakowało abym wylądował na poboczu. Przez to zapomniałem o jedzeniu i
przed zjazdem z Lipowca szybko nadrobiłem zaległości. Pierwszy mocniejszy
podjazd to dobrze mi znana ulica Źródlana. Wjechałem w niezłym tempie z równą
mocą. Później by minąć centrum Ustronia skręciłem w ulice Sanatoryjną. Przed
właściwymi podjazdami miałem już prawie 400 metrów przewyższenia, to pozwalało
na wybranie łatwiejszej trasy powrotnej do domu. Pierwszy podjazd to Poniwiec,
dawno tam nie byłem i zupełnie zapomniałem jak wygląda ten odcinek. W głowie
świtało mi, że jest krótki fragment płyt. Trochę problemów miałem z przedostaniem
się przez dwupasmówkę ale później niemal pustą drogę do końca podjazdu.
Zacząłem spokojnie i w pewnym momencie przyśpieszyłem. Zrobiłem to zbyt
pochopnie i szybko i zamiast 5 minut na progu jechałem ponad 7. Można
powiedzieć, że im dalej w las tym gorsza droga. Nawierzchnia nie była zła ale
bardzo zanieczyszczona a w lesie dodatkowo mokra, szytki radziły sobie dobrze
ale kilka razy nie byłem w stanie ominąć wszystkich kamieni, na szczęście nic
się nie stało. Byłem pewny, że podjazd poszedł mi słabo ale tak źle nie było,
po prostu ostatnim razem jak jechałem na rekord dawałem z siebie znacznie
więcej i stąd różnica. Zjazd to katorga, najpierw omijanie dziur i skupisk
żwiru a później jedzenie i picie. Tym razem główną drogę do Wisły przekroczyłem
sprawnie i bez postojów. Przed pierwszym wjazdem na Równice zatrzymałem się na
moment, w tym czasie minęło mnie kilkanaście samochodów. To była zapowiedź tego
co zobaczyłem prawie 20 minut później na szczycie. Podjazd nie był najlepszy w
moim wykonaniu, strasznie źle mi się podjeżdżało, zwykle odpuszczałem początek
którego nie lubię a później dawałem z siebie ile mogłem. Tym razem jechałem
równo cały czas, sam podjazd zajął mi około 17:30 czyli nie najgorzej, już po
wyjeździe z lasu zauważyłem samochody czekające na zaparkowanie, na samym
podjeździe wyprzedziło mnie ich kilkanaście. Chciałem dojechać do schroniska,
jeszcze 30 sekund darłem mocno a później już spokojnie, ludzi masa, samochodów
mniej niż się wydawało ale i tak próżno było szukać wolnych miejsc postojowych.
W tym tłoku ciężko było złapać oddech i uzupełnić energie wiec musiałem to
zrobić na początku zjazdu. Bardzo wolno zjeżdżałem w dół, samochodów było dużo
ale większość jechała w górę. W końcu dojechałem do Jaszowca. Już ostatnio
miałem jechać podjazd zaczynający się od bruku ale jakoś brakło motywacji. Tym
razem nie znalazłem wymówki i ruszyłem po kostce. Jechałem dosyć spokojnie,
miejscami było tak nierówno, że rower podskakiwał, nie poddałem się jednak i
nie skorzystałem z chodnika. Nawet na tym około kilometrowym odcinku
przejechało koło mnie kilkanaście samochodów, później było ich jeszcze więcej ale
wyprzedzały lub wymijały mnie w takich miejscach, że nie wybijało mnie to z
rytmu jak za pierwszym razem. Dojeżdżając do wypłaszczenia już czułem rekordowy
czas, mimo tego, że odpuściłem ostatnie 300 metrów to poprawiłem swój poprzedni
wynik o prawie 40 sekund i wskoczyłem na pierwsze miejsce w rankingu Strava. Tej
wersji podjazdu prawie nikt nie jeździ i dlatego jestem tak wysoko. Czekał mnie
jeszcze jeden podjazd wiec szybko ruszyłem w dół. Na zjeździe znów jadłem i
dopiero w drugiej połowę jechałem szybciej i lepiej technicznie. Trzeci podjazd
zacząłem w Jaszowcu i tym razem główną drogą kierowałem się w kierunku Skalicy.
Początek był szybki ale później zacząłem gubić sekundy i już w połowie
wspinaczki wiedziałem, że tego dnia rekordu nie będzie. Utrzymałem równe tempo
do końca podjazdu i postanowiłem zatrzymać się na dłuższą chwilę. To był jeden
z niewielu popełnionych błędów tego dnia. Po przerwie trudno było ruszyć, na
zjeździe znów pełno samochodów i pieszych których nie zawsze dało się minąć
szybko wiec znów sporo czasu na tym straciłem. Później zatrzymałem się w sklepie
po wodę i próbowałem rozkręcić nogi które nie pracowały tak dobrze jak wcześniej.
Trzy rozkręcenia na FTP niewiele pomogły i ostatnie 25 kilometrów to była walka
o dojechanie do domu. Nogi odmawiały współpracy, głowa też protestowała i nie
czułem żadnej przyjemności z jazdy. Mimo to postanowiłem dokręcić do 100 kilometrów
a następnie do 4 godzin. Wybrałem nawet trudniejszy wariant powrotny aby nie kręcić
się wokół domu. W statystykach lepiej wyglądają równe liczby chociaż dla mnie większego
znaczenia to nie ma. Pozostałe parametry na których mi zależało wyszły dobre.
Tego dnia moje nogi nie były takie jakich bym oczekiwał. Brakowało kilku Wat na
podjeździe ale mimo wszystko założenia zrealizowałem. Rozgrzewka była odrobinę za
mocna ale za to moc na powtórzeniach bardzo równa co zwykle mi się nie zdarzało.
Dawno nie robiłem długich powtórzeń i był to także test dla głowy. Zaliczyłem
go więc teraz powinno być łatwiej.


Podjazdy:



Podjazdy:
