Wpisy archiwalne w kategorii
Szosa
| Dystans całkowity: | 183822.50 km (w terenie 620.00 km; 0.34%) |
| Czas w ruchu: | 6780:57 |
| Średnia prędkość: | 26.88 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 750.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 2044434 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 205 (179 %) |
| Maks. tętno średnie: | 198 (101 %) |
| Suma kalorii: | 3844166 kcal |
| Liczba aktywności: | 2695 |
| Średnio na aktywność: | 68.21 km i 2h 32m |
| Więcej statystyk | |
Trening 76
Niedziela, 25 lipca 2021 Kategoria Trening 2021, Szosa, Samotnie, Cube '21, 50-100
| Km: | 64.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:22 | km/h: | 27.04 |
| Pr. maks.: | 69.00 | Temperatura: | 24.0°C | HRmax: | 170170 ( 87%) | HRavg | 129( 66%) |
| Kalorie: | 1651kcal | Podjazdy: | 1020m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Spokojny trening na koniec tygodnia będący również ucieczką przed deszczem. Nie miałem bardzo pomysłu na trasę ale jakoś ciągło mnie do Międzybrodzia więc znów zaliczyłem podjazd na Przegibek. Jechało się po raz kolejny dobrze, wiało tym razem bardziej z południa i jakiś wpływ to miało. Dawno nie jechałem w kierunku Góry Żar i byłem ciekaw postępu prac na odcinku wahadłowym wzdłuż jeziora. Niewiele posunęło się to do przodu ale na razie nie zamknięto całego odcinka dla ruchu, musiałem swoje odstać na czerwonym świetle. Nie chciało mi się jechać na Żar i zaliczyłem podjazd na Kosarzyska, później zaliczyłem jeszcze jedną nieznaną mi drogę ale nie było nic ciekawego. Jeszcze jeden odcinek mam do zaliczenia ale tym razem podarowałem sobie. Myślałem nawet o postoju na kawę ale lokale dopiero się otwierały i musiałbym czekać kilkanaście minut. Wróciłem więc do domu, nie szarpałem na podjazdach i tylko na jednym zjeździe dokręciłem. Brakowało nieco do 1000 metrów przewyższenia i wróciłem trudniejszą trasą do domu. Kilkanaście minut po powrocie zaczęło padać, miałem szczęście, że objechałem na sucho. Był to niezły dzień ale jeszcze brakuje kilku elementów aby być w pełni zadowolonym.
Trening 75
Sobota, 24 lipca 2021 Kategoria 50-100, Cube '21, Samotnie, Szosa, Trening 2021
| Km: | 90.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:26 | km/h: | 26.21 |
| Pr. maks.: | 65.00 | Temperatura: | 26.0°C | HRmax: | 180180 ( 92%) | HRavg | 135( 69%) |
| Kalorie: | 2387kcal | Podjazdy: | 1820m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Tak się złożyło, że kolejny trening również był mocny. Miałem za sobą niezłe kombo i powinienem być zmęczony i mieć duże problemy z realizacją założeń. Nie było jednak tak źle jak mogło się początkowo wydawać. Wyjazd z domu nie wyglądał zbyt dobrze, znów kilka minut straciłem na mieście mimo tego, że wybrałem najbardziej bezpośrednią trasę dojazdową do Straconki. Pierwszy podjazd zazwyczaj pokonuję spokojnie, nie zmieniłem nic w tej kwestii. Podjazd poszedł mi nieźle i czułem, że nie będę miał problemów na kolejnych podjazdach. Zjazd dłużył mi się strasznie, wiatr w twarz zrobił swoje. Później też czułem się jakoś nieswojo, dopiero w Wielkiej Puszczy złapałem odpowiedni rytm. Dopiero ostatnie 700 metrów miałem pojechać mocniej. Akurat wtedy pojawiły się przeszkody, najpierw kolejka samochodów, później ludzie z psami a ostatecznie zgubienie rytmu i przemęczenie końcówki podjazdu. Nie mogłem być z niego zadowolony ale czekały mnie jeszcze trzy więc nie przejmowałem się tym. Zjazd odpuściłem sobie jakby nagle pojawiły się samochody na wąskiej drodze. Kolejny podjazd na trasie to dobrze znana mi przełęcz Kocierską od Targanic. Bardzo lubię ten podjazd, jest trudny i zwłaszcza końcówka trzyma równo, jechałem z założoną mocą i szybciej pojawiłem się na przełęczy niż zakładałem. Już drugi raz z rzędu pokonywałem podjazd z wiatrem, kiedyś było to marzenie, do rekordu zabrakło około minuty co bardzo mnie ucieszyło bo to znak, że jestem coraz bliżej stanu zwanego formą. Na przełęczy nie zatrzymywałem się jednak, zjazd sobie odpuściłem ale fragmenty wyglądały nieźle technicznie. Po krótkim postoju ruszyłem w powrotną drogę, tą samą trasą. Podjazd od południowej strony wyglądał równie dobrze jak poprzedni, stromą, trudną pierwszą część pokonałem równym tempem, zmieniałem pozycję na rowerze, kręciłem z różną kadencją a w końcówce nie umiałem złapać rytmu, mimo to utrzymałem poziom na całym podjeździe a czas wyszedł bardzo dobry jak na ten rok i tylko 2 razy wjechałem szybciej. Zjazd w dół znowu spokojny, pod wiatr, momentami niezły technicznie ale bez dokręcania na prostych. Ostatni podjazd który chciałem pokonać mocno zaczął się szybko po zjeździe. Tutaj już jechałem naprawdę mocno i zbliżyłem się do czasu sprzed 2 lat gdy jechałem bardzo podobny trening w wietrznych warunkach ale z przerwami, przy okazji przejazdu TDP przez Beskid Mały. Zjazd z Wielkiej Puszczy znowu odpuściłem ale z wiatrem jakoś szybko znalazłem się w Porąbce. Ostatni podjazd na Przegibek wjechałem już spokojniej skupiając się bardziej na zjeździe. Mimo wielu trudności nie było tak źle jak można by się spodziewać. Powrót do domu przez miasto o tej porze był nawet przyjemny. Z treningu mogę być zadowolony, już dawno nie miałem 2 niezłych treningów z rzędu, jak jeden był dobry to drugi znów okazywał się męczarnią i walką o przetrwanie. Miałem też mało czasu na regenerację przed kolejnym treningiem.
Trening 74
Czwartek, 22 lipca 2021 Kategoria 50-100, Cube '21, Samotnie, Szosa, Trening 2021
| Km: | 53.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:02 | km/h: | 26.07 |
| Pr. maks.: | 65.00 | Temperatura: | 22.0°C | HRmax: | 180180 ( 92%) | HRavg | 126( 64%) |
| Kalorie: | 1408kcal | Podjazdy: | 1070m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Na tym treningu bardzo mi zależało. Przed przymusową przerwą jaką miałem w czerwcu zaliczyłem dokładnie taki sam trening i wówczas była to straszna męczarnia. Pomimo niewyspania i zaliczenia tylko kilku godzin snu po ponad 10 godzinach pracy noga była całkiem niezła. Podczas rozgrzewki miałem bardzo mieszane uczucia, wskazania mocy były dziwne, strasznie niskie, nawet na podjeździe. Chyba faktycznie czas na nowy miernik mocy, przy obecnym trybie pracy i zarobkach nie muszę martwić się o budżet ale na razie wstrzymuję się z zakupem bo nie wiem co będzie za miesiąc czy dwa nie mówiąc już o dalszej przyszłości. Gdy jednak dojechałem do Przegibka który miałem podjechać trzy razy moc była już niezła i na pierwszym podjeździe utrzymałem wyższą moc niż zakładałem i wjechałem zdecydowanie najszybciej w tym roku. Trenując podjazdy musiałem odpuścić zjazdy więc do Międzybrodzia zjechałem bezpiecznie magazynując siły na kolejny podjazd. Podobnie jak przy pierwszym szło bardzo dobrze, dołożyłem kilka Wat i znowu wjechałem w dobrym czasie. Trzeci podjazd to znów lekki progres mocy i jeszcze lepszy czas. Przez wiele miesięcy nie potrafiłem nawiązać do najlepszych czasów co udało się tym razem. Mam nadzieję, że nie jest to przebłysk ale oznaka wzrostu formy. Już wkrótce przekonam się jak jest naprawdę. Po trzech podjazdach wróciłem do domu, nie miałem już czasu na dłuższą jazdę. Dopiero po kilku godzinach czułem już zmęczenie, byłem już w pracy i nie wiem czy to nie jedna z przyczyn nagłego zmęczenia.
Trening 73
Środa, 21 lipca 2021 Kategoria 50-100, Cube '21, Samotnie, Szosa, Trening 2021
| Km: | 66.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:27 | km/h: | 26.94 |
| Pr. maks.: | 65.00 | Temperatura: | 23.0°C | HRmax: | 161161 ( 82%) | HRavg | 128( 65%) |
| Kalorie: | 1739kcal | Podjazdy: | 1060m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Pierwszy trening w trzytygodniowym cyklu treningowym przed Road Trophy, noga na samym początku nie podawała ale z każdą chwilą było lepiej, do Skoczowa dojechałem szybko a później na hopkach zauważyłem, że idzie jakoś lżej niż wcześniej, chyba wracam na właściwe tory. W Cieszynie byłem szybciej niż planowałem ale później wpakowałem się w niezłe bagno, chciałem jechać nieznanymi mi drogami i najpierw zaliczyłem nowy dla mnie podjazd a później ponad kilometr szutrowej drogi. Wybiło mnie to z rytmu ale jakoś jechałem dalej. W Ustroniu zatrzymałem się na kawę bo musiałem wysłać pilnie kilka e-maili, dobrze mi to zrobiło i do domu wróciłem zaliczając sporo podjazdów i ponad 400 metrów przewyższenia. Nawet jeżeli forma rośnie to nie wiem czy będę się mógł nią cieszyć bo z czasem na rower jest coraz gorzej a to co dzieje się wokół nie zapowiada poprawy a raczej przeciwny kierunek. Na horyzoncie jednak jest Road Trophy czyli wyścig z którym mam rachunki do wyrównania, trasy mi odpowiadają, forma rośnie i jestem w stanie pokazać się tam z dobrej strony. Muszę jednak nadrobić zaległości w treningach beztlenowych, w tym roku zaliczyłem tylko 40 % tego co było na tym etapie sezonu w ubiegłym roku. Opieprzałem się i między innymi dlatego ostatnio miałem problem z bardzo niskimi mocami i męczyłem się na rowerze, nastąpiła jednak poprawa, wyraźna po sobotnim maratonie i już wiem, czego mi brakowało.
Rozjazd 20
Wtorek, 20 lipca 2021 Kategoria 0-50, Cube '21, Samotnie, Szosa
| Km: | 32.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:12 | km/h: | 26.67 |
| Pr. maks.: | 58.00 | Temperatura: | 22.0°C | HRmax: | 138138 ( 70%) | HRavg | 111( 56%) |
| Kalorie: | 708kcal | Podjazdy: | 330m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po sobotnim maratonie dałem organizmowi kilka dni na odpoczynek. Aby przerwa od roweru nie była tak długa wyjechałem na spokojną przejażdżkę. Miałem do załatwienia jedną sprawę w Skoczowie więc pojechałem rowerem. Zmieniłem znowu koła na karbonowe, straciłem sporo czasu na kolejną regulację przerzutki i przez ponad godzinę wszystko działało znośnie a później już na ostatnim przełożeniu łańcuch ciągnął wózek w szprychy, znów pojawił się duży luz na wózku. Coraz bardziej mnie to denerwuje, mam mało czasu na jeżdżenie a zamiast jeździć muszę grzebać przy sprzęcie, przez rok wszystko działało ale teraz już tak nie jest, cały czas bronię się przed wymianą ale przed następnym wyścigiem będę musiał już to zrobić.
Małopolska 250tka
Sobota, 17 lipca 2021 Kategoria 200-300, Cube '21, Maraton, Samotnie, Szosa
| Km: | 256.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 10:21 | km/h: | 24.73 |
| Pr. maks.: | 71.00 | Temperatura: | 24.0°C | HRmax: | 172172 ( 88%) | HRavg | 137( 70%) |
| Kalorie: | 7386kcal | Podjazdy: | 5540m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kiedy tylko usłyszałem o tej imprezie już wiedziałem, że nie może mnie na niej zabraknąć. Lubię trudne wyzwania oraz górskie trasy najeżone sporą ilością podjazdów. Zaliczyłem już ich wiele ale tak trudnej jeszcze nie miałem okazji przejechać. Do zawodów byłem przygotowany na tyle na ile pozwoliły mi warunki i sytuacje jakie miały miejsce w tym roku. Wiedziałem, że brakuje mi mocy, z czasem na trening i odpoczynek jest różnie ale nie jestem znany z tego, że łatwo z czegoś rezygnuję i mimo wielu przeciwności postanowiłem stanąć na starcie. Byłem jednym z czterech śmiałków którzy podjęli wyzwanie, z różnych przyczyn dwie osoby musiały zrezygnować więc jechaliśmy ledwie we dwójkę ale to w niczym nie umniejszało trudności zadania jakie nas czekało. Przed startem uniknąłem wielu błędów i dzięki temu do rywalizacji przystąpiłem rozluźniony, zmotywowany i wypoczęty, zazwyczaj tak nie było. Skupiłem się na kilku kluczowych sprawach a część niestety zaniedbałem, jedną z nich była kwestia sprzętu. Na teście przed wyjazdem wszystko grało jak trzeba a już w dzień zawodów okazało się, że tylna przerzutka nie działa jak należy i niestety nie mogłem korzystać z największej zębatki z tyłu, w kołach treningowych mam kasetę 11-32 więc największa koronka na której przerzutka działała jak trzeba to 28. Pogodziłem się z tym, że wiele podjazdów będę musiał pokonać siłowo, bardzo nie lubię takiej jazdy i dawno tego nie praktykowałem, reakcja organizmu była przed startem dużą niewiadomą. Przed startem nie zrobiłem żadnej rozgrzewki, na 250 kilometrach nie było to potrzebne ponieważ noga rozgrzeje się na pierwszych podjazdach. Od startu coś nie grało, najpierw delikatny problem z GPS który dopiero po kilku próbach udało się włączyć. Później już po starcie zupełnie nieumyślnie poprowadzono mnie śladem 500 kilometrów. Dopiero wtedy kapnąłem się, że powinienem jechać w drugą stronę, wtedy też włączyłem nawigację po śladzie. Ładowała się tak długo, że jeszcze trzy razy pomyliłem drogę, dopiero po 20 kilometrach nawigacja działała jak należy. Po godzinie jazdy noga zaczęła podawać lepiej, wielu podjazdów przed Suchą nie znałem, trzymałem się wskazań mocy, jechałem trochę za mocno aby utrzymać to tempo na kolejnych podjazdach. Na jednej z nieznanych dróg zobaczyłem przed sobą Romka który również walczył z tą trasą. Przez pomyłki na początku straciłem kilka minut i nie sądziłem, że tak szybko zobaczymy się na trasie. W Suchej trochę samochodów utrudniało jazdę, musiałem zwolnić aby nie zbliżyć się za mocno do Romka ponieważ założeniem było pokonanie trasy solo. Najlepszy podjazd na trasie rozpoczął się już w Suchej, dobra nawierzchnia, nachylenie i tempo pozwoliły mi wyjechać na czoło i od tego momentu trzymałem niewielką przewagę. Podjazd na Przysłop poszedł mi nieźle, jechałem swoje, nie za mocno, nie za lekko. Zjazdy postanowiłem odpuszczać i przed Zawoją na serpentynach nie puściłem klamek nawet na moment. Po zjeździe zaczęło padać, było całkiem przyjemnie, kilometry z wiatrem szybko uciekały i po 50 kilometrach musiałem się pierwszy raz zatrzymać. Postój był szybki, zrobiłem co trzeba, szybciej się nie dało i jechałem dalej. Krowiarki w deszczu nie zrobiły na mnie wrażenia, lubię takie podjazdy, nie forsowałem tempa wiedząc, że czeka na mnie jeszcze ponad 180 kilometrów ciężkiej trasy. Zbliżając się do przełęczy na liczniku było już 1800 metrów w pionie na zaledwie 67 kilometrach. Zastanawiałem się przez moment czy nie założyć kurtki na zjazd, ostatecznie tego nie zrobiłem, straciłbym tylko czas a dzięki szybkiej jeździe w dół jeszcze zyskałem kilka sekund. Bufet zajął mi mniej czasu niż zakładałem, w międzyczasie przestało padać, nie sądziłem, że będę później żałował tego, że nie było naturalnego chłodzenia. Po bufecie rozleniwiłem się i dopiero końcówka kolejnego już podjazdu na trasie zmotywowała mnie do mocniejszej jazdy. Zjazdy mogłem pokonać szybciej ale postawiłem wyłącznie na bezpieczeństwo. Musiałem zacząć oszczędzać siły więc kolejne podjazdy pokonałem spokojniej, na razie niczego nie brakowało ale miałem za sobą jedynie 90 kilometrów. Na kolejnych kilometrach brakowało jakiegoś dłuższego bądź trudniejszego podjazdu, samochody i korki w kilku miejscach nie były tak atrakcyjne. Zapomniałem o regularnym jedzeniu i musiałem się poprawić w tym względzie. Gdy tylko trafiłem na otwarty sklep po wjeździe na krajową 28 postanowiłem zatankować jeden bidon bo picia by brakło na ostatnie 2 wspinaczki przed Makowem. Pagórkowaty odcinek między Naprawą a Makowem uatrakcyjniła mnie kolejna sytuacja której chciałem uniknąć. Tego dnia spotkało mnie chyba wszystko, krótki przerywnik na trasie mogę opisać jednym sformułowaniem – „ Syndrom Domoulina”. Od razu zrobiło mi się lepiej, w tym czasie pozwoliłem także Romkowi na znaczne ograniczenie dystansu między nami. Nie na tyle jednak aby złapać kontakt wzrokowy na trasie. Kolejne kilkanaście kilometrów wyglądało bardzo podobnie, trochę podjazdu, zjazd, zmieniała się jedynie nawierzchnia, miejscami była dobra, czasami gorsza. Ogólnie ciekawa okolica do treningów interwałowych ale trudniejszych podjazdów brakowało. Bardzo byłem ciekawy jednego z najdłuższych odcinków pod górę na trasie – Juszczyna Polany. Tam po raz kolejny pojawił się problem którego się nie spodziewałem. Dopadł mnie jakiś kryzys poprzedzony bardzo fajną i równą jazdą. Gdy nachylenie było równe, około 5 % jechało się fajnie, w końcówce gdy zrobiło się stromo moje nogi odmówiły posłuszeństwa. W dawnych czasach towarzyszyło mi to często i było spowodowane po prostu deficytem energetycznym. Przez kilka minut walczyłem z tym dzielnie ale gdy nie byłem w stanie już jechać siłowo, ani na siedząco i prawie spadłem z roweru musiałem się zatrzymać. Może gdybym miał lżejsze przełożenie jakoś bym przemęczył ten odcinek, chwila postoju pomogła, doładowałem energii ale było za stromo aby ruszyć z miejsca, w końcu zygzakiem jakoś wystartowałem i przemęczyłem podjazd. Na zjeździe planowo miałem odpocząć ale nawierzchnia na to nie pozwoliła, musiałem dobrze trzymać klamki aby nie wypaść z drogi na zakrętach lub nie wpaść w dziurę na prostym. Wcisnąłem kolejnego batona i kolejny podjazd już poszedł lepiej, po nim musiałem tylko zjechać do Makowa na bufet. Niestety nie było to takie proste, spory korek na wjeździe do miasta i szukanie najbardziej optymalnego toru jazdy miedzy samochodami spowodowały, że prawie przegapiłem punkt żywieniowy. Najłatwiejszy fragment trasy miałem już za sobą ale straciłem sporo czasu na sytuacje których dało się uniknąć. Bufet zajął mi już więcej czasu niż zakładałem ale byłem na nim nieco wcześniej więc i tak ruszyłem na ostatni fragment trasy o 14:30. Czekało mnie najtrudniejsze 80 kilometrów, z wieloma podjazdami oraz narastającym zmęczeniem. Już Makowska Góra dała popalić i w końcówce powtórka z Juszczyna, jechałem chyba trochę za mocno a przyjęte kalorie na bufecie nie zdążyły się jeszcze dobrze wchłonąć. Nie wiedziałem co jeszcze mnie czeka na trasie więc wolałem znowu się zatrzymać na chwilę niż jechać na siłę do końca i później cierpieć na kolejnych podjazdach. Przygody towarzyszyły mi niemal do końca rywalizacji. Po zjeździe po raz kolejny musiałem się zatrzymać za potrzebą. Był to jednak ostatni taki postój i po nim znów jechało się lepiej. Następny podjazd mimo, że miał trudną końcówkę pokonałem sprawnie, bardziej męczyłem się na zjazdach gdzie nie potrafiłem się skoncentrować. Traciłem na tym sporo czasu. Nie bardzo wiedziałem gdzie jadę, trzymałem się śladu który zaprowadził mnie do Lanckorony. Nie odmówiłem sobie krótkiego postoju przy rynku, to był błąd po na zjeździe się rozluźniłem, nie zauważyłem, że na drodze leży duży kamień, najechałem na niego przednim kołem i 400 metrów dalej musiałem się zatrzymać by zmienić dętkę. Dłużej trwało szukanie dziury w dętce i oponie niż wymiana i pompowanie. Nabój Co2 zrobił za mnie połowę roboty ale musiałem nieco upuścić z opony aby nie ryzykować kolejnego defektu. Na trasie planowałem jeszcze 1 postój w sklepie na około 35 kilometrów przed metą. Trafił się jednak szybciej, jakoś nie miałem motywacji do jazdy. Po tym defekcie uszła ze mnie reszta powietrza. Po wizycie w sklepie gdzie wlałem w siebie preparat witaminowy, schłodziłem głowę wodą i dolałem napoju izotonicznego do bidonu mogłem jechać dalej. Dosyć szybko uciekały kolejne kilometry, atrakcji też nie brakowało. Na podjeździe przed wjazdem na główną drogę do Zembrzyc zakrztusiłem się batonikiem, sytuację udało się szybko opanować ale musiałem się zatrzymać. Mogłem tego batona wyciągnąć nieco później ale nie znałem tego podjazdu na tyle dobrze i zaskoczyła mnie sztywniejsza końcówka. Na ostatnią godzinę planowałem doładować się żelem energetycznym, głowa już nie pracowała jak należy stąd kolejny, ostatni już postój na głównej drodze. Po przyjęciu żela dostałem kolejne życie, podjazdy jechałem jednak zachowawczo aby sił starczyło do końca. Zjazdy odpuszczałem, na jednym z nich przejechałem sobie skręt w lewo i musiałem się wrócić 100 metrów. Takich sytuacji na trasie było sporo, nawet nie wiem ile na tym straciłem czasu. Trzy ostatnie podjazdy pokonałem sprawnie, zwłaszcza ostatni poszedł mi nieźle jak na to co miałem już w nogach. Bardziej bałem się zjazdu, przed metą człowiek często się rozluźnia i popełnia głupie błędy. Ja jednak ich uniknąłem i bezpiecznie zmierzałem w kierunku mety. Po prawie 11 i pół godzinach minąłem linię mety. Samo powitanie było warte poświęcenia. Czułem się na tyle dobrze, że byłem w stanie jeszcze podnieść rower nad głowę i stanąć przy banerze reklamowym. Nie ukrywam, że był to mój cel na ten rok, wystartować i ukończyć rywalizację na tej trasie. Mimo wielu niepowodzeń, sporej ilości błędów na trasie i znaczenie słabszej nogi niż przez ostatnie 2 sezony przejechałem tą trasę w dobrym i równym tempie. Po raz drugi zapisałem się w historii imprez organizowanych przez Klub Kolarski Aquila Peleton Wadowice, w ubiegłym roku ustanowiłem rekord trasy na czasówce wygrywając OPEN, teraz dołożyłem zwycięstwo na pierwszej edycji Małopolskiej 250-tki zwanej także Małopolską Bitwą z Podjazdami i to mój czas będzie do pobicia w następnym roku.. Za rok chyba nie będę miał wyjścia i będę musiał spróbować sił na dystansie 500 kilometrów lub poprawić czas na dystansie 250.
Organizacja zawodów na najwyższym poziomie. Sporo osób bezinteresownie zajęło się organizacją zawodów i pomocą na trasie, gdzie indziej ciężko spotkać się z czymś podobnym, zwykle robi się to po kosztach aby każdy coś z tego miał. Punkty żywieniowe bogato wyposażone i miła obsługa, regulamin przejrzysty i czytelny, szybkie załatwianie formalności w biurze zawodów. Na mecie każdy zawodnik powitany tak samo, nie ważne czy przyjechał pierwszy czy w końcu stawki, trasa bardzo trudna i wymagająca ale o to chodziło w tej zabawie. Można znaleźć także minusy, najważniejszy z nich to frekwencja na dystansie 250 kilometrów, na dłużej trasie było widać wyraźną różnicę między najlepszymi a tymi co potrzebowali więcej czasu na pokonanie dystansu. Na krótszym nie było to tak widoczne a trasa była naprawdę trudna. Trudniejszej wyznaczyć chyba się nie dało. Wielkie brawa dla organizatorów za przygotowanie tej imprezy, w obecnych czasach pandemicznych i dobie imprez komercyjnych często docenić mniejsze imprezy. Organizatorzy naprawdę wykonali dobrą robotę ale dzięki uczestnikom nie byłoby to możliwe. Mam nadzieję, że za rok mimo słabej frekwencji na górskiej trasie również będą do wyboru dwa dystanse. Każda trasa ma swój klimat, na własnej skórze przekonałem się, że można zmęczyć się na krótszym ale bardziej wymagającym dystansie niż na dłuższej trasie o łatwiejszym profilu. Kiedyś przejechałem 500 kilometrów w trudnych warunkach i znam ten ból. Po przejechaniu tej trasy ustanowiłem swój osobisty rekord przewyższeń oraz zaliczyłem jedną z 10 najdłuższych tras w życiu. Spełniłem kolejne marzenie i mogę szukać kolejnych wyzwań. Przy tak trudnym dla mnie roku już mogę powoli myśleć o przyszłym sezonie i z czystym sumieniem mogę wpisać tą imprezę w kalendarz startów.
Organizacja zawodów na najwyższym poziomie. Sporo osób bezinteresownie zajęło się organizacją zawodów i pomocą na trasie, gdzie indziej ciężko spotkać się z czymś podobnym, zwykle robi się to po kosztach aby każdy coś z tego miał. Punkty żywieniowe bogato wyposażone i miła obsługa, regulamin przejrzysty i czytelny, szybkie załatwianie formalności w biurze zawodów. Na mecie każdy zawodnik powitany tak samo, nie ważne czy przyjechał pierwszy czy w końcu stawki, trasa bardzo trudna i wymagająca ale o to chodziło w tej zabawie. Można znaleźć także minusy, najważniejszy z nich to frekwencja na dystansie 250 kilometrów, na dłużej trasie było widać wyraźną różnicę między najlepszymi a tymi co potrzebowali więcej czasu na pokonanie dystansu. Na krótszym nie było to tak widoczne a trasa była naprawdę trudna. Trudniejszej wyznaczyć chyba się nie dało. Wielkie brawa dla organizatorów za przygotowanie tej imprezy, w obecnych czasach pandemicznych i dobie imprez komercyjnych często docenić mniejsze imprezy. Organizatorzy naprawdę wykonali dobrą robotę ale dzięki uczestnikom nie byłoby to możliwe. Mam nadzieję, że za rok mimo słabej frekwencji na górskiej trasie również będą do wyboru dwa dystanse. Każda trasa ma swój klimat, na własnej skórze przekonałem się, że można zmęczyć się na krótszym ale bardziej wymagającym dystansie niż na dłuższej trasie o łatwiejszym profilu. Kiedyś przejechałem 500 kilometrów w trudnych warunkach i znam ten ból. Po przejechaniu tej trasy ustanowiłem swój osobisty rekord przewyższeń oraz zaliczyłem jedną z 10 najdłuższych tras w życiu. Spełniłem kolejne marzenie i mogę szukać kolejnych wyzwań. Przy tak trudnym dla mnie roku już mogę powoli myśleć o przyszłym sezonie i z czystym sumieniem mogę wpisać tą imprezę w kalendarz startów.
Dojazdy - Małopolska 250tka
Piątek, 16 lipca 2021 Kategoria 0-50, Samotnie, Szosa
| Km: | 50.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:15 | km/h: | 22.22 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | 18.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | 990kcal | Podjazdy: | 100m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Rozjazd 19
Czwartek, 15 lipca 2021 Kategoria 0-50, blisko domu, Samotnie, Szosa
| Km: | 12.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:32 | km/h: | 22.50 |
| Pr. maks.: | 53.00 | Temperatura: | 28.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | 248kcal | Podjazdy: | 100m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Krótki wyjazd mimo braku czasu. Pojechałem tylko sprawdzić rower przed maratonem. Musiałem zmienić hak na nowy bo tylna przerzutka ostatnio działa coraz gorzej a prostowanie haka kolejny raz nie miało sensu. Wszystko w rowerze działało jak należy więc zaliczyłem po jednej rundce wokół lotniska w każdym kierunku i wróciłem do domu. Mimo później pory wiele osób było na terenach rekreacyjnych. W tych warunkach dłuższa jazda nie miała sensu.
Trening 72
Wtorek, 13 lipca 2021 Kategoria Cube '21, Samotnie, Szosa, Trening 2021
| Km: | 40.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:38 | km/h: | 24.49 |
| Pr. maks.: | 69.00 | Temperatura: | 28.0°C | HRmax: | 161161 ( 82%) | HRavg | 132( 67%) |
| Kalorie: | 1077kcal | Podjazdy: | 760m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Przed zbliżającym się maratonem postanowiłem odpocząć i skumulować siły na sobotę. Miałem jechać w kierunku Skoczowa ale już na trasie plany się pozmieniały. Jakieś roboty drogowe na głównej drodze spowodowały korki i zablokowanie pasa w kierunku Skoczowa więc pojechałem w kierunku Bielska a później nogi same poniosły na Przegibek. Jechałem inaczej niż zwykle i zmuszony byłem skorzystać z nierównych ścieżek rowerowych a także straciłem sporo czasu aby przekroczyć ulicę Bystrzańską w niezbyt dogodnym miejscu. Po wielu godzinach pracy byłem zmęczony, nogi także mówiły o tym, że nie jest to najlepszy dzień. Podjazdy wjechałem jednak nieźle, pierwszy zjazd skopany ale drugi już znacznie lepszy, brakowało trochę szybkości na prostych ale na razie nie skupiam się na tym tak jak na technicznym pokonywaniu zakrętów. Na podjazdach miałem okazję oglądać kolejne przedstawienie, walka niektórych osób o to by wjechać przede mną na Przegibek jest materiałem do kabaretu. Nie wiem co wyglądało śmieszniej, upadek z wycieńczenia jazdą w trupa czy dym z silnika roweru elektrycznego. Przy mojej słabej jeździe po górach w tym roku objechać mnie to nie żadna sztuka a takie sytuacje zdarzały się już w poprzednich latach. Po zjeździe z Przegibka zatrzymałem się jeszcze na lody i wróciłem trudniejszą trasą. Szybki i krótki wyjazd ale na więcej nie było ani czasu ani ochoty.
Trening 71
Niedziela, 11 lipca 2021 Kategoria 100-200, Cube '21, Samotnie, Szosa, Trening 2021, w grupie
| Km: | 122.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:27 | km/h: | 27.42 |
| Pr. maks.: | 70.00 | Temperatura: | 20.0°C | HRmax: | 185185 ( 94%) | HRavg | 133( 68%) |
| Kalorie: | 3209kcal | Podjazdy: | 2300m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Niedzielny trening na podjazdach połączony z Rozpoczęciem Sezonu Jas-Kółkowego. Niestety nogi w niczym nie przypominały tych z 2 ostatnich dni. Planowałem zaliczyć 6-8 podjazdów w różnym tempie. Popełniłem kilka błędów które odbiły się później czkawką. Pierwszy z nich to podłączenie się do Twomarka który jechał w kierunku Wisły. Założeniem była spokojna jazda do Szczyrku. Dla innych może była spokojna, ja miałem spore problemy z utrzymaniem koła, nie mówiąc już o wyjściu na zmianę. W końcu stwierdziłem, że nie ma to sensu i puściłem koło tracąc dobre 5 minut na kilku kilometrach. Salmopol wjechałem spokojnie ale niczego to nie zmieniło, na zjeździe znów zostałem na kilkaset metrów, nic nie układało się jak trzeba. Żadnej poprawy nie było i kolejne wspólne kilometry to pokazały, podjazd pod zaporę w Czarnem znów odseparował mnie od grupy, tak źle zemną nie było już dawno. Na Zameczku postanowiłem nieco przepalić nogę, początek jechałem jeszcze spokojnie ale od górnej bramy już dołożyłem do pieca, kiedyś taki podjazd byłem w stanie cisnąć ponad 370 Wat a teraz 340 było maksimum jakie byłem w stanie utrzymać, przełożenia nie brakowało ale nie mogłem być z siebie zadowolony. Miałem jeszcze czas i gdybym wiedział jak później rozwiną się sprawy zaliczyłbym jeszcze jeden podjazd przed rywalizacją z Jas-Kółkami. Byłem kilka minut przed czasem a oczekiwanie przedłużyło się do blisko 30 minut. Do rywalizacji podszedłem na spokojnie, bez specjalnego przygotowania, parcia na wynik czy oczekiwań. Wiedziałem, że w tym roku jestem znacznie słabszy niż przez ostatnie 2 lata i dlatego nie liczyłem nawet na nawiązanie walki z czołówką. Od rana czułem się niezbyt dobrze a gdy siadłem na rower moje przypuszczenia potwierdziły się. Gdy przez różne sprawy losowe start się opóźniał zacząłem zajmować się innymi sprawami. Gdy usłyszałem słowo start byłem kompletnie nieprzygotowany, ustawiłem się tradycyjnie z tyłu aby inni nie mówili, że nie dałem im szansy. Zanim wystartowałem, pierwsi mieli już kilkanaście sekund przewagi. Po starcie kolejny zawód, moc którą w zeszłym roku utrzymywałem bez problemu przez ponad 15 minut byłem w stanie utrzymać ledwie kilkadziesiąt sekund. Początek jechało mi się wręcz fatalnie, z trudem dojechałem do grupy numer 4, długo trwało zanim dociągnąłem do kolejnej a przez pół podjazdu zbliżałem się do grupki pościgowej. Przez kilka sekund wiozłem się na kole ale później jechałem już swoje, oczywiście na tyle ile było mnie stać. Po chwili na kole został już tylko Marcin a odległość do samotnie jadącego Otfina stopniowo się zmniejszała. Na Kubalonce brakowało dosłownie kilku metrów które udało się zniwelować na zjeździe. Zależało mi przede wszystkim na tym aby nikt z tyłu już nie dojechał, zjazdu nie mogłem odpuścić ale ryzykować też nie zamierzałem. Do Otfina i Marcina miałem kilka metrów starty po zjeździe które niestety powiększyły się po tym jak zaliczyłem dwie duże, widoczne dziury po skręcie z głównej drogi. Obrałem zły tor jazdy i dlatego tak się stało, zrobiło się za to ciekawiej bo nie potrafiłem zniwelować niewielkiej straty na płaskim . Na szczęście nie zapomniałem jak się podjeżdża i na ostatnim podjeździe dałem już z siebie wszystko co miałem pod nogą. Nie było tego dużo ale wystarczyło na selekcję dzięki której każdy wjechał w bezpiecznej odległości. Przez moment widziałem nawet podium na horyzoncie ale starta była zbyt duża. Podjazd na Olecki poszedł mi znacznie lepiej niż Kubalonka ale i tak poniżej tego na co mnie stać, nie wspominając już o najlepszych latach. W końcówce trochę się pogubiłem, słyszałem, że meta jest na końcu ostatniej ściany ale nikogo tam nie było, odpuściłem ostatni odcinek ale na ostatnie 200 metrów znów się zagiąłem bo nie byłem pewny, czy zza pleców ktoś mi nie wyskoczy i przegram 4 miejsce jak frajer. Dowiozłem jednak pozycję do mety, powinienem być niezadowolony z 4 miejsca ale tym razem musiałem o nie ostro walczyć a zwykle przegrywałem podium nieznacznie mając znacznie większą przewagę nad kolejnymi miejscami. W tym roku jednak jestem słaby, od życiowej formy dzieli mnie przepaść, nie potrafię wyjść z przeciętności i muszę cieszyć się z tego co jest bo równie dobrze mógłbym nie zmieścić się w TOP 10 patrząc na to ile osób właśnie teraz jest w życiowej formie. Nie traktowałem tych zawodów jako wyścigu sezonu tylko dobrego treningu przed tym co czeka mnie w kolejny weekend.
Po rywalizacji szybko się zebrałem i zjechałem do Istebnej by wjechać po raz czwarty na Kubalonkę, podjazd pokonałem spokojnie czując jeszcze zmęczenie po dwóch poprzednich. Na przełęczy jeszcze czekałem na resztę Jas-Kółek, ci co mnie mijali mieli inne plany i nie zatrzymali się przy karczmie. Gdy dotarła grupa która miała zamiar się zatrzymać byłem już spragniony i dlatego zamówiłem sporo płynów. Po 30 minutowym postoju ruszyłem w 3 osobowej grupce w dół, zjazd odpuściłem, po wizycie w sklepie już byłem przygotowany na deszcz ale takiego rozwoju sytuacji się nie spodziewałem. W ciągu 15 minut spadło tyle deszczu ile normalnie przez kilka godzin ciągłych opadów. Byłem przemoknięty, nie było już motywacji, nogi nie chciały kręcić. Podjazd pod Salmopol szedł strasznie topornie i dlatego jechałem go tak długo, w żaden sposób nie potrafiłem się zagrzać i postój na przełęczy tylko pogłębił ten stan. Zjazd nie był miłym przeżyciem ale w tych warunkach jamie panowały dojazd do domu z Salmopolu zajął niecałą godzinę, zwykle jadąc identyczną drogą nie mieściłem się w tym czasie. Jazda grupką też miała w tym swój udział. Ogólnie nie był to mój najlepszy dzień ale założenia treningowe zrealizowałem, zszedłem też na ziemię widząc ile mi brakuje do najlepszych a w zeszłym roku deptałem im już po piętach. Strasznie przewrotny jest ten sport, ze szczytu łatwo spaść w dół, gorzej jest się podnieść. Cieszę się z tego co jest bo wiem ile kosztowało mnie czasu i zdrowia aby w ogóle wrócić do mocnych aktywności, jeżeli prawdą jest, że po kilku dobrych sezonach każdemu trafia się słabszy a później jest znów lepiej to mogę stwierdzić, że w moim przypadku może być tylko lepiej. Walczyłem do końca o swoje i myślę, że dałem z siebie wszystko. Będąc w formie często nie byłem w stanie wycisnąć z siebie wszystkich rezerw a miałem już dni kiedy będąc bez formy robiłem rzeczy wydające się niemożliwe do wykonania, np. Rajd z Metą na Równicy w 2014 roku. Spory czas bez treningu, dobry rajd a tydzień później umieranie na trasie Rajczy Tour. Oceniam ten dzień jednak tylko jako dobry trening co było najważniejszym celem.
Po rywalizacji szybko się zebrałem i zjechałem do Istebnej by wjechać po raz czwarty na Kubalonkę, podjazd pokonałem spokojnie czując jeszcze zmęczenie po dwóch poprzednich. Na przełęczy jeszcze czekałem na resztę Jas-Kółek, ci co mnie mijali mieli inne plany i nie zatrzymali się przy karczmie. Gdy dotarła grupa która miała zamiar się zatrzymać byłem już spragniony i dlatego zamówiłem sporo płynów. Po 30 minutowym postoju ruszyłem w 3 osobowej grupce w dół, zjazd odpuściłem, po wizycie w sklepie już byłem przygotowany na deszcz ale takiego rozwoju sytuacji się nie spodziewałem. W ciągu 15 minut spadło tyle deszczu ile normalnie przez kilka godzin ciągłych opadów. Byłem przemoknięty, nie było już motywacji, nogi nie chciały kręcić. Podjazd pod Salmopol szedł strasznie topornie i dlatego jechałem go tak długo, w żaden sposób nie potrafiłem się zagrzać i postój na przełęczy tylko pogłębił ten stan. Zjazd nie był miłym przeżyciem ale w tych warunkach jamie panowały dojazd do domu z Salmopolu zajął niecałą godzinę, zwykle jadąc identyczną drogą nie mieściłem się w tym czasie. Jazda grupką też miała w tym swój udział. Ogólnie nie był to mój najlepszy dzień ale założenia treningowe zrealizowałem, zszedłem też na ziemię widząc ile mi brakuje do najlepszych a w zeszłym roku deptałem im już po piętach. Strasznie przewrotny jest ten sport, ze szczytu łatwo spaść w dół, gorzej jest się podnieść. Cieszę się z tego co jest bo wiem ile kosztowało mnie czasu i zdrowia aby w ogóle wrócić do mocnych aktywności, jeżeli prawdą jest, że po kilku dobrych sezonach każdemu trafia się słabszy a później jest znów lepiej to mogę stwierdzić, że w moim przypadku może być tylko lepiej. Walczyłem do końca o swoje i myślę, że dałem z siebie wszystko. Będąc w formie często nie byłem w stanie wycisnąć z siebie wszystkich rezerw a miałem już dni kiedy będąc bez formy robiłem rzeczy wydające się niemożliwe do wykonania, np. Rajd z Metą na Równicy w 2014 roku. Spory czas bez treningu, dobry rajd a tydzień później umieranie na trasie Rajczy Tour. Oceniam ten dzień jednak tylko jako dobry trening co było najważniejszym celem.







