Piotr92blog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl

Znajomi

wszyscy znajomi(13)

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy PiotrKukla2.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

w grupie

Dystans całkowity:49822.00 km (w terenie 762.00 km; 1.53%)
Czas w ruchu:1817:20
Średnia prędkość:27.27 km/h
Maksymalna prędkość:92.00 km/h
Suma podjazdów:569366 m
Maks. tętno maksymalne:205 (103 %)
Maks. tętno średnie:198 (101 %)
Suma kalorii:1041293 kcal
Liczba aktywności:549
Średnio na aktywność:90.75 km i 3h 20m
Więcej statystyk

Trening 60

Niedziela, 20 czerwca 2021 Kategoria 100-200, Cube '21, Samotnie, Szosa, Trening 2021, w grupie
Km: 128.00 Km teren: 0.00 Czas: 04:54 km/h: 26.12
Pr. maks.: 67.00 Temperatura: 27.0°C HRmax: 184184 ( 94%) HRavg 138( 70%)
Kalorie: 2977kcal Podjazdy: 2070m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Czekałem cierpliwie na ten dzień w którym mój organizm będzie na tyle mocny, że będę mógł wrócić do bardziej intensywnej jazdy. W zasadzie już tydzień temu mógłbym spróbować mocniejszej jazdy ale wolałem dać sobie jeszcze kilka dni niż za szybko zacząć i przedobrzyć. Po raz pierwszy w tym roku miałem okazję wjechać do Czech i również ją wykorzystałem, kolejna rzecz która zdarzyła się pierwszy raz w tym roku to wspólna jazda z Jas-Kółkami. Sporo rzeczy złożyło się do kupy i nawet jak bardzo nie chciało mi się wcześnie wstawać miałem odpowiednią motywację. Wyjechałem z domu kilka minut później niż zakładałem ale warunki wietrzne były sprzyjające i już w Skoczowie byłem o założonej wcześniej godzinie. Ruch na drogach zerowy więc mogłem cieszyć się jazdą, pierwsze podjazdy na trasie pojechałem spokojnie ale na jednym przed Cieszynem postanowiłem przepalić nieco nogę, coś było nie tak, jechałem bardzo mocno, bardzo szybko pokonałem podjazd ale nie byłem w stanie generować więcej niż 320 Wat a zwykle takie hopki wchodziły w okolicy 400 Wat a wcale szybciej ich nie pokonywałem, będę musiał rozwikłać ten problem w wolniej chwili ale chyba jest coś nie tak z miernikiem. W Cieszynie nieco się zagapiłem i niepotrzebnie wjechałem na chodnik z którego później nie umiałem zjechać. Miałem spory zapas czasowy i zamiast czekać w bliżej nieokreślonym miejscu wyjechałem naprzeciw Jas-Kółkom, akurat gdy postanowiłem się zatrzymać za potrzebą i miałem ruszać dalej nadjechali z przeciwka więc podpiąłem się pod peletonik. W stronę gór dojechaliśmy drogami z których większości nie znałem, były ciekawe podjazdy ale i miejsca gdzie panował przyjemny chłodek w tym skwarze jaki w międzyczasie się zrobił. Tempo nie było równe, zwłaszcza na podjazdach grupka się rozrywała, ale jakiś ataków nie zaobserwowałem. Głównym daniem dnia miała być Godula, planowałem zaliczyć jeszcze dwa inne podjazdy ale tak naprawdę wszystko uzależniałem od tego jaki pójdzie mi ten pierwszy. Przed Godulą na szybko jeszcze skalibrowałem miernik i ruszyłem kilka sekund za innymi. Byłem ciekawy jak wypadnę po miesiącu bez intensywnych treningów na tle osób które regularnie trenowały. Gdzieś tam na horyzoncie widziałem swój najlepszy czas sprzed 2 lat gdy odkrywałem ten podjazd i chciałem do niego nawiązać lub możliwie jak najmniej stracić. Ruszyłem dosyć mocno ale nie było tego widać w Watach, ciąłem równo pierwsze kilkaset metrów zbliżając się do Otfina, po kilometrze jechaliśmy już razem ale chyba nie za długo bo nie bardzo wiedziałem co dzieje się za moimi plecami. Z rytmu wybijały mnie rynny na wodę a także piesi którzy pojawiali się w najmniej spodziewanych momentach. Podjazd zaczął mi się dłużyć, pot lał się ze mnie strumieniami, w nogach przyjemny ból, pojawiały się chwile zwątpienia ale motywowała mnie myśl, że sztajfa którą widzę przed sobą jest już tą ostatnią i tak też było. Przed wypłaszczeniem pierwszy raz spojrzałem na stoper, jechałem na czas około 1:30 lepszy niż poprzednim razem. Nie było sił już dokręcić i niewiele brakło aby złamać 12 minut na segmencie. Z miernikiem chyba jest coś nie tak bo zwykle potrzebowałem 20 – 30 Wat więcej na to aby walczyć o czołowe pozycje na segmencie, trochę Watów zabrały warunki, trochę niższa waga ale wciąż brakuje jakiś 15, gdyby czas był słabszy a odczucia inne to mógłbym powiedzieć, że przerwa w treningach zabrała Waty ale czułem się dobrze, jechałem cały czas równo i mocno, poprawiłem swój o 90 sekund wcale nie generując wyraźnie wyższej mocy. Nie miała to zagadka z tą mocą ale czy ma duże znaczenie, dla mnie nie ma a porównania z innymi nie mają sensu, aby tylko miernik zawsze działał tak samo i pokazywał podobne różnice to niewielka korekta stref i można trenować dalej. Po podjeździe czekałem znowu na resztę, może trochę krócej niż wówczas jak byłem w formie ale niewiele się zmieniło. Na Goduli kofola okazała się idealnym wyborem i jej smak wynagrodził pot i trud włożony w podjazd. Niestety mniej przyjemną nagrodą był zjazd gdzie nie szło mi totalnie i odpuściłem. Na powrocie miałem zaliczyć jeszcze przynajmniej jeden podjazd i sporo hopek. Wahałem się czy jechać Javorovy, Koziniec, Loukcę czy Nydek. Po drodze jednak chciałem znowu nieco przepalić nogę, pokonałem mocno kilka hopek ale bez rezultatów, z trudem przekroczyłem 300 Wat które zwykle wchodziło bez większego wysiłku. W międzyczasie zabrakło mi wody i musiałem zatrzymać się w sklepie. Zrezygnowałem z dodatkowego podjazdu z którego trzeba zjechać tą samą drogą i postanowiłem wjechać na Budzin od Nydka gdzie rok temu zabłądziłem i pomyliłem drogi. Droga w tym kierunku dłużyła mi się strasznie ale w końcu dojechałem do momentu, że pojawiło się trochę cienia ale i nachylenie wzrosło. Teraz już miałem problem z utrzymaniem 300 Wat mimo tego, że jechałem pod wiatr i mocnym tempem, dopiero na końcowym odcinku gdzie przez dłuższy czas nachylenie nie spada poniżej 10 % utrzymywałem 300 Wat. Równo jechać się już nie dało, stan drogi na to nie pozwalał, bezpiecznie dojechałem do granicy a następnie na Budzin gdzie zatrzymałem się na moment. Zjazd w dół był bardzo dziurawy i na jednej z wyrw uszkodziłem koszyk na bidon, na szczęście bidon oparł się na ramie, nie ruszał się i nie musiałem go chować do kieszeni. Trochę żałowałem, że nie pojechałem na Leszną i później w kierunku Skoczowa. Po bardzo słabym zjeździe do Cisownicy ogólnie moja jazda wyglądała mizernie, próba sprintu na hopce potwierdziła to, że jestem słaby, przez 30 sekund utrzymałem ledwo 380 Wat a powinienem znacznie więcej. Nie bardzo oszczędzałem się także później i na podjazdach trzymałem mocne tempo. Na ostatnie 3 kilometry brakło wody ale jakoś dojechałem. Ten wyjazd dał odpowiedzi na wiele pytań ale też pojawiły się kolejne pytania. Najważniejsze z nich jest takie, czy osiągnąłem tak ogromny regres formy, że moje moce spadły o co najmniej 10 % w krótkim czasie czy coś jest nie tak ze sprzętem, że wkładając tyle samo siły wskazania mocy są niższe. Rozwiązań problemu muszę szukać przede wszystkim w ustawieniu bloków i butach, musiałem skorzystać z zapasowej pary gdzie mam inne bloki i nieco inne ustawienia. Jeżeli to nie pomoże to będzie trzeba zrobić sprawdzian i skorygować FTP. Wtedy z czystym sumieniem będę mógł zacząć wszystko od początku bo od kiedy korzystam z miernika mocy zawsze w czerwcu miałem najwyższe moce w sezonie a takie jak teraz się pojawiają generowałem w styczniu czy lutym. Po raz pierwszy znalazłem się w sytuacji, że moce jakie jestem w stanie generować są znacznie niższe niż te jakie powinny przy mojej wadze dawać takie czasy na podjazdach jakie jestem w stanie osiągać. Jeżeli jednak problemu nie uda się rozwiązać nie będę patrzył na to co było, porównywał mocy z życiowymi z poprzednich lat ponieważ zawsze wyjdzie regres. Mimo tego moje odczucia z jazdy są dobre, wciąż towarzyszy mi wysokie tętno ale na to nie mam na razie wpływu, jeszcze jakiś czas temu po jednym mocnym podjeździe byłem ujechany na maksa, obecnie już tak nie jest, po Goduli byłem w stanie mocno pokonać kilka hopek a następnie kolejny wymagający podjazd. Nie jest to jeszcze to co być powinno i do czego jestem przyzwyczajony ale wszystko jest na najlepszej drodze. Powtarzalność jest mi bardzo potrzebna bo już za miesiąc jadę najtrudniejszą trasę życia z kilkunastoma podjazdami gdzie liczyć się nie będzie tylko siła i moc ale też umiejętność rozłożenia sił.

Wyrównanie kilometrów

Sobota, 31 października 2020 Kategoria Szosa, w grupie
Km: 75.00 Km teren: 0.00 Czas: 04:00 km/h: 18.75
Pr. maks.: 45.00 Temperatura: 15.0°C HRmax: HRavg
Kalorie: 1490kcal Podjazdy: 300m Sprzęt: Triban 5 Aktywność: Jazda na rowerze

Trening 118

Wtorek, 22 września 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa, w grupie
Km: 57.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:04 km/h: 27.58
Pr. maks.: 66.00 Temperatura: 18.0°C HRmax: 186186 ( 95%) HRavg 133( 68%)
Kalorie: 1286kcal Podjazdy: 780m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Bardzo spontaniczny wyjazd po powrocie z delegacji. Nie liczyłem, że uda się wrócić już we wtorek ale tak się stało. Wyjechałem godzinę po powrocie do domu, w tym czasie zdążyłem tylko zjeść i przygotować ciuchy i bidony. Po raz pierwszy od dawna nie sprawdziłem roweru przed jazdą, wolałem wyjechać 5 minut szybciej niż później cisnąć na wariata. Była to słuszna decyzja bo jechałem niezwykle wolno i w kilku miejscach utknąłem w korkach. Wybrałem inną trasę dojazdu do BikeStore niż dwa tygodnie temu ale wiele lepiej i szybciej nie było. Byłem 10 minut przed czasem i wtedy sprawdziłem rower, wszystko było w porządku w przeciwieństwie do dyspozycji. Nie czułem się zbyt dobrze i jechało się ciężko, liczyłem, że podczas grupowej jazdy nogi puszczą. Na tym treningu pojawiłem się w celu poprawy fatalnej dyspozycji w peletonie, to prawdopodobnie ostatnia okazja w tym roku, po ostatniej jeździe grupowej byłem sfrustrowany słabą dyspozycją i chciałem to zmienić.
Po około 10 minutowym oczekiwaniu w dosyć licznym peletonie ruszyliśmy na stałą trasę, miało być spokojnie, w co specjalnie nie wierzyłem bo zawsze znajdzie się ktoś kto zaczyna szarpać i rozrywa peleton. Ruszając byłem w środku stawki, w odróżnieniu od ostatniego treningu gdy w kilka osób zostaliśmy na skrzyżowaniu za peletonem, wszyscy musieli się zatrzymać. Za skrzyżowaniem skupiłem się na utrzymaniu pozycji w peletonie i to się udało. Przy pierwszej okazji przeskoczyłem kilka miejsc do przodu, przy spokojnym tempie było to możliwe bez dodatkowego nakładu sił. Swoją pozycje utrzymałem do Wilkowic, na podjeździe postanowiłem wyjechać na czoło, utrzymując tempo wyznaczone przez innych jechałem na czele prawie do końca podjazdu, w kocówce wyskoczył Robert i podkręcił tempo, szybko doskoczyłem do koła, musiałem jechać już naprawdę mocno. Pod Magurką byłem jako drugi ale na początku zjazdu do Łodygowic zgodnie z przypuszczeniami zacząłem tracić, na początku zjazdu spadłem o kilka pozycji ale później byłem w stanie się zmobilizować i utrzymałem miejsce w szeregu. Jechało się całkiem przyjemnie w grupie ale nogi nie chciały współpracować. Liczyłem, że na hopkach popuszczą ale tak się nie stało. Gdy tylko teren stał się pagórkowaty znów musiałem się bardzo pilnować. W sumie mogę być zadowolony z przejazdu odcinka Zarzecze-Tresna, na którym było wszystko, zrywy, spawanie, przeskakiwanie do czoła grupy. Momentami musiałem generować 400-500 Wat na krótkich odcinkach aby się utrzymać ale nie miałem z tym najmniejszych problemów. Te zaczęły się dopiero na krótkim odcinku kostki brukowej gdzie zacząłem tracić i dodatkowo wypadła mi butelka z koszyka na bidon ale nie zatrzymywałem się bo za mną było jeszcze sporo osób i mógłbym przez to doprowadzić do niebezpiecznej sytuacji. W Tresnej tradycyjny postój i czekanie na wszystkich i samochód techniczny zamykający peleton. Jak dla mnie przerwa była zbyt długa bo później nie umiałem się rozkręcić, na zjeździe o dziwo nie traciłem ale musiałem być skoncentrowany, ostatnio moja głowa jest bardziej zmęczona niż nogi i nie wiem jak długo wytrzymam jeszcze skupiając się na technice jazdy. Mocno niebezpiecznie zrobiło się w Międzybrodziu Żywieckim gdzie cześć osób wyjechała wprost przed nadjeżdżający samochód mający pierwszeństwo. Peleton trochę się rozciągnął i podzielił i musiałem znów spawać, lawirując miedzy dziurami i uważając na samochody z przeciwka nie była to łatwa sprawa ale przed krótkim podjazdem byłem znów w środku peletonu. Po chwili moje obawy o bezpieczeństwo skończyły się bo już podjeżdżaliśmy na Przegibek. W takich momentach dobrze czuje się jadąc z przodu i już po 100 metrach od skrzyżowania zacząłem przesuwać się do przodu, szło zadziwiająco łatwo. Zanim wyszedłem na czoło zrównałem się z prowadzącymi aby ustalić tempo jakim jadą, nie planowałem odjazdu tylko chciałem jechać na czele peletonu. Gdy znalazłem się na samym przodzie dojechał do mnie drugi zawodnik i nie patrząc do tyłu ciągnęliśmy grupę. Jak się okazało zrobiła się luka i chcąc czy nie chcąc oderwaliśmy się od peletonu. Różnica stopniowo się powiększała a tempo z każdą minutą nieco rosło, gdy różnica wynosiła około 15-20 sekund zauważyłem, że towarzysz odstaje. Peleton nie zbliżał się do nas ale my też się nie oddalaliśmy, nieco popuściłem na moment ale gdy zrobiło się stromo znowu dołożyłem i towarzysz ostatecznie został. Po 400 metrach trudniejszego podjazdu postanowiłem iść na całość, wiedziałem, że w peletonie jest kilku naprawdę mocnych kolarzy i postanowiłem jechać tak aby nie dogonili mnie przed końcem podjazdu, przestałem kalkulować, jechałem już na limicie i nie patrzyłem co dzieje się z tyłu. Była duża motywacja ale wyraźnie brakowało mi mocy, na takim podjeździe powinienem generować 10-15 Wat więcej, tak przynajmniej było 2 tygodnie wcześniej. W końcówce już mnie brakowało ale nie patrzyłem co tyłu, resztkami sił dojechałem do końca podjazdu poprawiając swój dotychczas najlepszy czas o 20 sekund. Zwykle brakowało 3-5 sekund do rekordu i w końcu udało się go poprawić. Jak na dyspozycje dnia to szybko doszedłem do siebie, gdy zdążyłem już zawrócić i spokojnie dojechać na Przegibek to zaczęli wjeżdżać kolejni zawodnicy z Remikiem i Michałem Braulińskim na czele. Miałem dobre 40 sekund przewagi a inni również jechali mocno podjazd. Mój wynik zniknął w 2 setce czasów na Stravie, przyczyna jest 1, szybciej podjechało podjazd około 130 zawodników podczas 3 ostatnich edycji Tour de Pologne, z pozostałych czasów mój plasuje się w najlepszej 10. Przed zjazdem ubrałem się bo zrobiło się chłodno. Nie planowałem szybkiej jazdy w dół ale jakoś wyszło, że zacząłem nieźle a później przyśpieszyłem. Miałem dwa słabsze momenty na zjeździe, pierwszy za pomnikiem przed pierwszym łukiem gdzie musiałem wyprzedzić dwóch wolniej jadących kolarzy i zwolnić a drugi za ostatnim łukiem gdy wyjechał mi samochód z pobocza ale i go wyprzedziłem. Na ostatniej prostej dokręciłem i wyszedł najszybszy zjazd w tym roku mimo tego, że w tych dwóch miejscach straciłem kilka sekund. Przejazd przez miasto również był szybki mimo kilku utrudnień i dwóch wyraźnych zahamowani z powodu wymuszenia pierwszeństwa przez kierowców. Ostatnie kilometry w zapadających ciemnościach były już spokojniejsze, walczyłem również z tylną lampką która po 2 minutach świecenia wyłączała się, muszę ją wymienić bo w najbliższym czasie lampki to będzie już obowiązkowe wyposażenie roweru. Jesień nadciąga a wraz z nią szybko zapadające wieczory. Wyjazd na ten trening to był dobry wybór, poćwiczyłem jazdę w grupie i znowu zrobiłem mały krok w dobrą stronę. Kolejne już raczej w przyszłym roku.

Trening 117

Niedziela, 20 września 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa, w grupie
Km: 73.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:53 km/h: 25.32
Pr. maks.: 66.00 Temperatura: 13.0°C HRmax: 187187 ( 95%) HRavg 137( 70%)
Kalorie: 1908kcal Podjazdy: 1390m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Wrzesień zwykle kojarzy się z tym, że przychodzi jesień a to oznacza również kolejną edycje Rajdu z Metą na Równicy. W tym roku zapowiadała się prawdziwa walka o czołowe miejsca, wskazywało na to m.in. to, że swój udział zapowiedzieli prawie wszyscy najlepsi zawodnicy biorący udział w klubowych zawodach. Ja w sumie byłem sceptycznie nastawiony bo ostatni tydzień to walka z problemami zdrowotnymi, najpierw doskwierające od soboty plecy a później przeziębienie z którym nie do końca sobie poradziłem. Gdy spojrzałem na prognozy pogody zdecydowałem się zabrać plecak i ciepłe ciuchy które przydały się rano na dojeździe do Ustronia. Wczoraj przygotowałem wszystko, nie napompowałem tylko szytek i z tym miałem problem. Około 10 minut męczyłem się aby dopompować do 10 bar które było optymalnym ciśnieniem. W końcu się udało ale miałem delikatne opóźnienie które jednak nie miało dużego znaczenia. Do Skoczowa jechałem w towarzystwie Jarka, tempo momentami było szybkie ale było niemal bezwietrznie a jak wiało to w plecy, cała droga minęła na rozmowach na tematy kolarskie. W Skoczowie byliśmy kilka minut przed 8 i nie długo czekaliśmy na grupę Jas-Kółek. Spodziewałem się większej ilości osób ale blisko połowa dołączyła później. Tempo było całkiem niezłe, w Ustroniu na światłach grupa się podzieliła, część osób pojechała na czerwonym a kilka w tym ja musiało zaczekać aż przejadą samochody z przeciwka. Takie sytuacje nie powinny się zdarzać w peletonie, już kilka razy przez to odpadłem od grupy i już jej nie dogoniłem a w dwóch przypadkach cudem uniknąłem zderzenia z samochodami jadącymi przepisowo. Na szczęście tym razem było bezpiecznie a reszta grupy zwolniła za skrzyżowaniem i szybko dojechaliśmy. Wciąż było zimno i nie jechało mi się w tych warunkach najlepiej. Gdy tylko dojechaliśmy do podnóża Równicy rozebrałem kurtkę, w słońcu było przyjemnie wiec zrezygnowałem z jazdy w rękawkach. Zupełnie olałem rozgrzewkę przed podjazdem, to jeden z niewielu błędów jakie popełniłem. Oczekiwanie na start przedłużało się ale dzięki temu dojechało kilkanaście osób które nie jechały w grupie od Skoczowa. Bez rozgrzewki nie liczyłem na wiele chociaż nie czułem się źle i postanowiłem iść na żywioł. Sam start w tym roku wyglądał inaczej, na początek około 100 metrów startu honorowego a po dojechaniu do linii na początku mostu nastąpił start ostry, ruszyłem odrobinę za późno ale dosyć mocno, początek sugerował, że będzie zacięta walka o pozycje, ja znalazłem optymalny tor jazdy po lewej stronie i trzymałem równe tempo, atak nastąpił w momencie gdy zrobiło się stromo. Jako pierwszy ruszył Aleks ale Patryk szybko odpowiedział i dwójka zaczęła robić przewagę, ja nie byłem w stanie dać z siebie więcej niż 370-380 Wat co okazało się za mało nawet aby odjechać od reszty. W 5-6 osobowym składzie goniliśmy prowadzącą dwójkę, po pierwszej stromiźnie jednak udało się odskoczyć na kilka metrów, utrzymałem moc z początku podjazdu, nie wiedziałem co dzieje się wokół będąc skupionym na sobie, z przód nastąpiły już prawdopodobnie najważniejsze rozstrzygnięcia bo Aleks odjechał Patrykowi na kilka metrów, nie tracąc prowadzących z pola widzenia cisnąłem cały czas 350-370 Wat co jakiś czas zmieniając pozycje na rowerze. Na kostce zacząłem nawet nadrabiać ale były to bardzo minimalne zyski. Zwykle podjazd na nowo zaczyna się dla mnie za kostką i tak też było tym razem, byłem zaskoczony, że pomimo lekkiej niedyspozycji zdrowotnej utrzymuje dystans do prowadzących a nawet minimalnie do zwiększam. Skupiłem się tylko na utrzymaniu tempa do końca, sekundy leciały dosyć szybko ale drogi ubywało. Na ostatni kilometr wjeżdżałem z dobrym czasem i tylko głębszy kryzys mógł odebrać mi nowy rekord czasu. Cisnąłem już ile mogłem, wypatrywałem już napisów na jezdni które oznaczały bliskość mety W końcu pojawiło się 500 metrów, przy 300 próbowałem jeszcze dołożyć ale już nie było żadnych rezerw, na samej końcówce zacząłem finiszować ale zbyt słabo aby zniwelować straty do Patryka. Dałem z siebie wszystko i dzisiejszy dzień zapisze się w statystykach jako wyjątkowy. O dziwo szybko doszedłem do siebie i znalazłem siły na drugi wjazd. Zanim zjechałem do Jaszowca jeszcze obserwowałem innych jak wjeżdżają na metę. Walka na finiszu była bardziej zacięta niż w czołówce. Zauważyłem, że kilka osób się spóźniło na start, czekaliśmy już dosyć długo ale widać nie wszyscy zdążyli na czas. Po zjeździe do Jaszowca zorientowałem się, że poza Otfinem nikt nie zjechał, chęć wyrażał jeszcze jeden chłopak ale jak się okazało zjechał do mostu. Drugi podjazd nie był już tak mocny ale za spokojnie też nie było. W towarzystwie podjeżdżało się przyjemniej i podjazd szybko minął. Na deser został nam podjazd na Skibówke. Potraktowałem go ulgowo ale nie do końca tak wyszło. Widoczność była całkiem dobra i chwile podziwiałem widoki. Później dołączyliśmy do reszty Jas-Kółek które odpoczywały po ciężkiej walce z podjazdem. Zrobiło się ciepło i w słońcu można było siedzieć bez rękawków. Szybko uzupełniłem kalorie, szczególnie chleb ze smalcem i ogórkiem przypadł mi do gustu. Gdy towarzystwo zaczęło rozjeżdżać się w różne strony również ruszyłem w dół. Na zjeździe nie zdecydowałem się na całkiem odważną jazdę, w kilku miejscach musiałem hamować, w końcówce też brakło szybkości. Zatrzymałem się dopiero pod sklepem. Miałem tylko jeden bidon który był już pusty. Kilka minut później byłem gotowy do jazdy, rozglądałem się i nie wiedziałem nadjeżdżających Jas-Kółek, spokojnie ruszyłem w kierunku Centrum. Nikt w tym czasie mnie nie wyprzedził wiec pojechałem trasą z wieloma podjazdami, ostatnio jechałem ją w przeciwną stronę, ruch był dosyć wzmożony i w kilku miejscach musiałem się zatrzymać ale dosyć szybko dojechałem do Bielska. Ostatnie metry już na luzie.
Ten dzień był wyjątkowy. Po raz 10 wystartowałem w Rajdzie z Metą na Równicy, kolejny raz znalazłem się w najlepszej trójce, już po raz ósmy. Rekordowy czas z ubiegłego roku poprawiłem o 22 sekundy przy praktycznie solowej jeździe, wygenerowałem najlepszą moc w czasie 15 minut przy niskiej wadze. Kolejny raz pojechałem bardzo równo podjazd, to powoli staje się normą. Przed startem nie spodziewałem się tak dobrego dnia, liczyłem, że uda się złamać 16 minut a wyszło lepiej. Równica zawsze wyzwala ze mnie wszystkie ukryte moce, w ostatnim czasie coraz częściej jestem w stanie nawiązać do tego na innych podjazdach.

Podjazdy:


Wycieczka krajoznawcza

Niedziela, 13 września 2020 Kategoria 50-100, Szosa, w grupie
Km: 75.00 Km teren: 0.00 Czas: 04:00 km/h: 18.75
Pr. maks.: 45.00 Temperatura: 20.0°C HRmax: HRavg
Kalorie: 1490kcal Podjazdy: 300m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze

Trening 111

Wtorek, 8 września 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa, w grupie
Km: 59.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:11 km/h: 27.02
Pr. maks.: 65.00 Temperatura: 16.0°C HRmax: 163163 ( 83%) HRavg 130( 66%)
Kalorie: 1292kcal Podjazdy: 850m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Po raz kolejny wybrałem się na grupowy trening, tym razem bike.wtorek, gdzie jeszcze mnie w tym roku nie było. Wyjechałem z niewielkim zapasem czasowym ale wybrałem nieco dłuższy wariant dojazdu co w połączeniu z wolnym tempem i sporymi kolejkami samochodów w Kamienicy sprawiło, że ledwie kilka minut przed czasem byłem pod Bikestore. Ludzi zjawiło się sporo, poziom zróżnicowania duży, trasa dobrze znana i podobno nie zmienna od 3 miesięcy. Równo o 17 różnobarwny peleton ruszył w kierunku Gemini. Na skrzyżowaniu pierwsi wjechali na końcówce zielonego, większość na pomarańczowym a ja znalazłem się w grupie która jechałaby już na czerwonym, woleliśmy nie ryzykować i staliśmy 2 minuty oczekując na zielone światło. Było nas w sumie 5 wiec przy dobrej współpracy dogonienie peletonu nie byłoby trudne, na początek dałem mocną zmianę i na tym się skończyło. Gdy w oddali było widać migające światła w rowerach kolarzy zadzwonił mi telefon i siłą rzeczy puściłem koło grupki. Dystans traciłem powoli i nawet jak przejazd kolejowy zatrzymał peleton nie byłem w stanie tam dojechać do reszty. Udało się na wjeździe do Wilkowic, trzymałem się raczej końca grupki na dojeździe do pierwszego podjazdu, na skrzyżowaniu tym razem wszyscy zatrzymali się na czerwonym świetle po czym nastąpiła selekcja. Nie planowałem dłuższych odcinków na wyższych mocach wiec podjazd sobie odpuściłem, większość osób odjechała a ja zostałem w tzw. Grupetto, jadąc równym tempem wypracowałem jednak niewielką przewagę. Byłem pewny, że dojadą mnie na zjeździe ale moja dobra technicznie jazda wystarczyła aby powiększyć różnie, na dojeździe do Zarzecza łapałem kolejne osoby i chwilami nawet współpracowaliśmy. Na odcinku wzdłuż jeziora chciałem przepalić trochę nogę, odskoczyliśmy we dwóch już na pierwszym trudniejszym fragmencie, na kolejnych ściankach wychodziłem ze strefy komfortu dochodząc nawet do 6 strefy mocy ale w czasie maksymalnie kilkudziesięciu sekund. Przed ostatnim ząbkiem już w Tresnej odpuściłem nieco i zgubiłem parę metrów, kilka mocniejszych pociągnięć i już byłem na kole towarzysza. Z tyłu było jeszcze kilka osób a szybciej na zaporze były już dwie kilkunastoosobowe grupki. Postój trochę wybił mnie z rytmu, gdy ruszyliśmy jednak dalej przeżyłem chwile grozy, na zjeździe z zapory najechałem na duży kamień którego nie zauważyłem, uderzenie było spore i byłem niemal pewny, że złapałem snejka, na szczęście nic się nie stało, opona po raz kolejny zdała egzamin, przekonało mnie to ostatecznie do jazdy na oponach podczas TRR. Tempo było niezwykle spokojne co pozwoliło mi cieszyć się jazdą w środku peletonu czego dano nie doświadczyłem. Do skrętu na Przegibek dojechaliśmy zwartą grupą, spodziewałem się ataków już na samym początku ale jakoś nikt się nie wyrywał, nie trwało to jednak długo i 300 metrów dalej pierwszy atak, wyszedłem na czoło i jechałem założonym wcześniej tempem 200-250 Wat. Przez połowę podjazdu nikt nie zdecydował się mnie zmienić, absolutnie mi to nie przeszkadzało a wręcz odpowiadało bo mogłem jechać swoim tempem. Gdy tylko nachylenie wrosło to więcej osób pojawiło się z przodu, ktoś mocniej pociągnął, ktoś skoczył i zaczęła się zabawa. Ja nie miałem w planach mocnego tempa wiec jechałem dalej tak jak wcześniej. Gdy do końca zostało 1500 metrów ostatecznie odstałem od dużej 10 osobowej grupy ale blisko była kolejna, trochę ich podciągnąłem ale również ci kolarze postanowili pojechać mocniej. Im bliżej końca tym mniejsze grupki i ostatecznie na Przegibek wjechałem samotnie, niewiele przed większą grupką zawodników. Jak na taką jazdę to mój czas wyszedł niezły. Zrobiło się chłodno wiec ubrałem rękawki i ruszyłem za kilkoma osobami w dół. Zjazd był dosyć dobry, początek jak zwykle wolny, później dobry technicznie środek i znów słabszy ale szybszy koniec. Powrót w strugach zachodzącego słońca ograniczającego widoczność nie należał do najprzyjemniejszych. Ten trening był mi potrzebny, znów poczułem się pewniej w grupie, nie byłem do końca zadowolony z dyspozycji, po niemrawym początku już w drugiej części treningu noga podawała lepiej.

Wyrównanie kilometrów

Poniedziałek, 31 sierpnia 2020 Kategoria Szosa, w grupie
Km: 75.00 Km teren: 0.00 Czas: 04:00 km/h: 18.75
Pr. maks.: 45.00 Temperatura: 25.0°C HRmax: HRavg
Kalorie: 1490kcal Podjazdy: 300m Sprzęt: Triban 5 Aktywność: Jazda na rowerze

Trening 104

Czwartek, 27 sierpnia 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa, w grupie
Km: 57.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:06 km/h: 27.14
Pr. maks.: 65.00 Temperatura: 16.0°C HRmax: 155155 ( 79%) HRavg 122( 62%)
Kalorie: 1083kcal Podjazdy: 890m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Kolejny grupowy trening, tym razem na bardziej sprzyjającej mi trasie i w spokojniejszym tempie. Znowu czas nie był moim sprzymierzeńcem i nie byłem w stanie wyjechać wcześniej wiec wyjechałem tylko z lekkim zapasem aby w przypadku jakiegoś defektu nie spóźnić się na miejsce zbiórki. Po dwóch mocnych treningach powinienem być ujechany a czułem się naprawdę nieźle, dużo lepiej niż w poprzednich dniach. Na miejsce zbiórki dojechałem w spokojnym tempie. Byłem przed czasem i chwile czekaliśmy aż dojadą wszyscy chętni na trening. Było chłodno ale byłem przygotowany na takie warunki, chmury na niebie pozwoliły twierdzić, że może padać ale żadne prognozy nie mówiły o opadach. Trochę się zastałem i nie mogłem się rozkręcić. Zanim jazda w grupie zaczęła się układać minęło trochę czasu, kilka minut wystarczyło abym złapał swój rytm. Po kilku minutach przeszyła pora na moją zmianę, jechałem podobnym tempem jak inni, w górnej granicy tego co sobie założyłem, po kilku minutach kiedy zauważyłem, że kilka osób oczekuje dużo mocniejszego tempa odpuściłem i trzy osoby swobodnie odjechały. Ja jechałem z pozostałymi, później jeszcze jedna osoba odjechała, jechałem cały czas równo, w końcówce nawet to nie wystarczyło i zostałem sam za grupą. Założenia miałem takie a nie inne i nie chciałem ich zmieniać. Na Przegibku chwila przerwy i zjazd, jechałem na tyłach grupki ale nie traciłem dystansu, zjeżdżałem przynajmniej tak samo dobrze jak inni, brak mocnego tempa na dojeździe do głównej drogi wzdłuż jezior pozwolił swobodnie utrzymać się w grupie. Tego mi brakowało dzień wcześniej. Później współpraca w grupie nie układał się już tak dobrze, próby ataków, odcinki bardzo luźnego tempa i ostatecznie grupka się podzieliła na podjeździe pod Huciska. Powrót do Bielska już w zapadających ciemnościach. Po szybko zapadającym zmierzchu widać, że jesień jest coraz bliżej. Po środowym treningu byłem nieco podłamany swoją słabością ale kolejny dzień podbudował mnie psychicznie i znowu motywacja poszła do góry.

Trening 92

Środa, 5 sierpnia 2020 Kategoria 50-100, avg>30km\h, Samotnie, Szosa, w grupie
Km: 96.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:52 km/h: 33.49
Pr. maks.: 69.00 Temperatura: 18.0°C HRmax: 182182 ( 93%) HRavg 145( 74%)
Kalorie: 2092kcal Podjazdy: 1100m Sprzęt: Triban 5 Aktywność: Jazda na rowerze
Po ostatnim wyścigu wreszcie podjąłem decyzje o uczestnictwie w treningu grupowym. Zwykle wybitnie mi nie pasowały środy a także inne względy decydowały o tym, że nie przyjeżdżałem na te treningi. Nie byłem w stanie przygotować lepszego roweru wiec pojechałem na starym. Zwykle brakowało mi dobrej rozgrzewki i dlatego wyjechałem godzinę szybciej na dobrze znaną mi rundę w okolicy Rudzicy z kilkoma podjazdami. Rozgrzałem się naprawdę dobrze, zwykle na tej rundzie trenowałem wiosną, atakowałem wybrane podjazdy, w tym roku z wiadomych względów nie trenowałem na tej rundzie. Dużym zaskoczeniem była znacznie gorsza nawierzchnia w kilku miejscach. Rundę przejechałem szybko i miałem jeszcze sporo czasu. Pustki na rondzie sugerowały, że tłumów nie będzie, dla mnie to sprzyjająca okoliczność do realizacji postawionych celów. Czas oczekiwania na grupę minął na pogaduchach m.in. o trwającym wyścigu Tour de Pologne. Po przyjeździe grupy zapanował chaos, chwile trwało zanim towarzystwo było gotowe do jazdy. Pierwszy zjazd o dziwo był spokojny, dopiero w końcówce poszło tempo, dosyć dobrze się złożyłem i później bez problemu dołączyłem do peletonu. Pierwszym celem jaki postawiłem przed sobą to utrzymanie się w czołówce minimum do Ligoty, zwykle już w Bronowie odpadałem. Nie szachowałem sił i starałem się oszczędzać siły, w moim przypadku to rzecz prawie niemożliwa i dlatego cieszyłem się z każdej krótkiej chwili w której mogłem kręcić spokojniej. Pierwszy efekt już był, utrzymałem się do ronda w Ligocie chociaż moja jazda nie wyglądała najlepiej. Na dobrze mi znanym odcinku do Mazańcowic jechało mi się lepiej i zająłem nawet pozycje w szyku a później dałem zmianę. Przypadła ona w momencie gdy wiał silny wiatr w twarz, jechałem naprawdę mocno i dużą różnice robił fakt, że w grupie byłem zdecydowanie najlżejszy i brakowało Watów do tempa dyktowanego przez najmocniejszych. Swojej przewagi miałem szukać na podjeździe, na wydłużonej rundzie są aż dwa co powinno mi pomóc. Niestety już na pierwszym podjeździe odstałem, kilka osób odpadło a moja starta wynosiła kilka sekund, dobry zjazd w moim wykonaniu pozostawił spore nadzieje na dojechanie do czołowej grupy. Owocna współpraca na dojeździe do kolejnego wzniesienia pozwoliła doścignąć czołówkę, na podjeździe znów miałem kilka metrów straty, dawałem z siebie wszystko i po prostu mnie brakowało. Lepiej czuje się na dłuższych odcinkach i dlatego przy dobrym tempie na kolejnych kilometrach na drugą rundę wjechałem wśród najlepszych. Zjazd już był szybki, znalazłem jednak moment na zjedzenie banana i skupiłem się na utrzymaniu w grupie, po zjeździe miałem kilka metrów straty ale udało się ją zniwelować. Mimo tego, że nie czułem specjalnie mocy pod nogą starałem się cały czas utrzymać w grupie. Płaski odcinek wykorzystałem do m.in. szukania najlepszej pozycji w grupie. Nie lubię tej drogi i po raz drugi nie włączyłem się do współpracy. Moja zmiana przypadła w Mazańcowicach, tam dawałem z siebie bardzo dużo, jechałem mocno i długo trzymałem się na czele, dopiero na podjeździe zostałem zmieniony. Tym razem udało się utrzymać w grupie, przed zjazdem odpuściłem na moment ale tylko w celu bezpieczniejszej jazdy. Udało się szybko nadrobić kilka metrów różnicy i drugi podjazd na rundzie wjechałem tuż za najlepszymi, brakowało kilkunastu Wat pod nogą aby nie mieć strat. Tempo Cały czas było wysokie, mimo to kilka osób odskoczyło na parę metrów. Po dwóch rundach miałem jechać do domu ale cały czas byłem blisko czołówki i wjechałem na trzecią rundę. Na zjeździe już miałem problemy ale jakoś utrzymałem się w grupie. Płaski odcinek do Ligoty pokonałem lepiej, oszczędziłem dużo sił, lepiej wchodziłem w zakręty i przed rondem wyszedłem na zmianę. Nie była ona długa ale wystarczyło aby popełnić błąd, po zejściu ze zmiany wytraciłem zbyt dużo prędkości i nie złapałem koła grupy. Trzymałem się cały czas kilka metrów z tyłu ale nie byłem w stanie zniwelować różnicy. Na podjeździe grupka się podzieliła ale mi to nie pomogło, miałem zbyt duże straty, zjazd ponownie dobry technicznie i szybki ale grupa zjeżdżała co najmniej tak samo dobrze. Na ostatnim podjeździe złapałem dwie osoby i próbowaliśmy gonić czołówkę, bardzo mocne zmiany nie wystarczyły i zrobiło się kilkadziesiąt metrów różnicy. Nie bawiłem się w finisz, nie miałem sił na skuteczny sprint i nie było to moim celem. Podczas postoju przed powrotem do Bielska zrobiło się chłodno, nie miałem nic do ubrania i dopiero w Międzyrzeczu zrobiło się cieplej. Czułem duże zmęczenie, gdybym wracał sam to pewnie trwałoby to dłużej a tak byłem dosyć szybko w domu. Dawno się tak nie ujechałem ale było to potrzebne. Wciąż nie radze sobie najlepiej grupie ale zrobiłem krok w dobrą stronę. Potrzebne są kolejne aby na wyścigach radzić sobie lepiej, na razie nie mam nawet motywacji aby pojechać na wyścig ze startu wspólnego. Rywalizować chcę w czasówkach a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony i takim tokiem rozumowania będę się kierował do końca sezonu.


Trening 88

Niedziela, 26 lipca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, w grupie
Km: 145.00 Km teren: 0.00 Czas: 05:20 km/h: 27.19
Pr. maks.: 64.00 Temperatura: 23.0°C HRmax: 183183 ( 93%) HRavg 136( 69%)
Kalorie: 3495kcal Podjazdy: 2400m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Następny sprawdzian formy zaliczony. Dwa wcześniejsze dni odpoczywałem po czwartkowym treningu w górach i liczyłem na solidną nogę i dobry wjazd na Łysą Górę. Ten podjazd zawsze daje mocno popalić i jest najlepszą weryfikacją formy. Najlepszy czas osiągnąłem tam w maju by w czerwcu na wyścigach notować ówczesne życiowe wyniki. Później nie umiałem się zbliżyć do tego wyniku nawet na 2 minuty i ostatnie kilka wjazdów to czasy rzędu 33:50 – 35:20. Miałem dużo czasu, najpóźniej o 15 chciałem być w domu. Nie miałem innych planów na ten dzień, chciałem zaliczyć tylko Łysą a zarazem 2230 metrów w pionie których brakowało do 10 kilometrów w całym tygodniu. Z obliczeń wynikało, że dojazd i powrót najkrótszą drogą na Łysą wystarczy aby spełnić ten cel. Z różnych doświadczeń wiem, że lepiej wyjechać wcześniej niż później forsować własny organizm po to aby na określoną godzinę być np. w Dobrej. Po obserwacji prognoz pogody stwierdziłem, że deszcz ma spaść dopiero popołudniu i w okolicy Łysej również nie był prognozowany. Ciekawie przedstawiały się wykresy wiatru, do 8 miało wiać z południowego wschodu a im później tym bardziej z zachodu. Prognoza sprawdziła się , na początku jechałem z wiatrem, później z bocznym aż w końcu z przeszkadzającym. Trasa na Cieszyn była opustoszała, do Skoczowa minął mnie jeden samochód, kolejny już za rogatkami Cieszyna a w samym mieście całe 3 samochody. Więcej czasami przepuszczam aby wyjechać z placu na drogę. Jadąc spokojnie dojazd do Czech zajął mi 3 minuty więcej niż zakładałem, miałem drobny zapas wiec trzymałem się spokojnego tempa. Podjazdy za Cieszynem nieźle wchodziły w nogi mimo spokojnego tempa, ostatecznie na tym odcinku nie straciłem już tak dużo i na skrzyżowaniu przed wjazdem do Dobrej byłem po 8:20. Niespodzianką były remonty nawierzchniowe na głównej drodze i objazd, wiedziałem, że obok biegnie równoległa droga, swoje musiałem odstać i po prawie 2 minutach mogłem jechać. Objazd był dobrze oznaczony ale tylko do pierwszego skrzyżowania, znałem tą drogę wiec wiedziałem, że trzeba jechać prosto a oznakowanie mówiło o skręcie w prawo. Pewnie objazd był poprowadzony drugą drogą do Raszkowic gdzie dochodzi główna szosa z Dobrej. Nie zastanawiałem się nad tym, po drodze wypatrywałem grupy do której miałem dołączyć, nigdzie ich nie było. W stałym miejscu spotkania byłem równo o 8:30, jak się okazało sporo przed czasem. Czekałem prawie 10 minut i dojechał Norbert. Myślał, że goni grupę i nawet ja zacząłem się poważnie zastanawiać czy faktycznie nie byłem za późno a grupa już daleko z przodu. Czekaliśmy jednak dalej, w końcu dojechały dwie osoby od których dowiedzieliśmy się o kłopotach na trasie i podziale grupy. Duże zamieszanie zrobiły roboty w Dobrej, tam znów się podzieliło i kilkoma różnymi drogami towarzystwo porozjeżdżało się. W końcu jednak ktoś dojechał i w niewielkiej grupce zgodnie współpracując dotarliśmy do Raszkowic. Tam krótki postój i kolejny podział, zbliżając się do Krasnej zobaczyliśmy w oddali znajome koszulki, zrobił się chaos bo nie wszyscy dojechali i brakowało 2 osób które zgubiły się w Dobrej. Kolejne minuty mijały i w końcu wszyscy się odnaleźli. Ciężko się zgubić w tych okolicach, przy dobrej pogodzie punktem orientacyjnym jest wieża na Łysej Górze widoczna z daleka. Jadąc w jej kierunku jest duże prawdopodobieństwo, że trafi się na właściwą drogę. Zanim jednak ruszyliśmy na podjazd minęła jeszcze chwila. Mi kolejne minuty postoju różnicy już nie zrobiły i postanowiłem rozpocząć podjazd o 10, dobre 3 minuty za resztą grupy. To była dobra motywacja dla mnie ale i dla innych. Ruszyłem dosyć mocno i trzymałem tempo. Jechało się zadziwiająco lekko, liczyłem, że taką moc uda się utrzymać do końca podjazdu. Nigdy nie lubiłem początku tego podjazdu, nachylenie jest zbyt nierówne aby złapać swój rytm. Tym razem jednak nie przeszkadzało to tak bardzo. Dojeżdżając do krótkiego zjazdu miałem bardzo dobry czas, na zjeździe może nieco straciłem ale później szło dalej dobrze i w charakterystycznym dla mnie punkcie miałem dużo lepszy czas niż zwykle co nakłoniło mnie do podjęcia próby walki o nowy rekord. Jechałem równo, mocno, agresywnie starając się trzymać niższą niż preferuje kadencje. Nie wychodziło to idealnie, moc również spadła, najgorsze było dopiero przede mną, długi odcinek w słońcu z nachyleniem około 10 % zawsze mnie męczył bardziej niż inne fragmenty podjazdu. Postanowiłem nie patrzyć jednak przed siebie tylko skupiłem wzrok na przednim kole, nie był do dobry pomysł, kilka razy w ostatniej chwili minąłem wolniej jadącego kolarza czy pieszego. Za zakrętem po którym jeszcze trzeba przez blisko 400 metrów męczyć się z wysokim nachyleniem nie udało mi się ominąć pieszych. Zwolniłem bardzo, miałem do tego delikatny kryzys, brakowało mocy, motywacji. Straciłem dobre 10 sekund za nim na nowo zmotywowałem się do jazdy, przez moment jechałem tak wolno, że w liczniku włączyła się pauza, później jechałem już asekuracyjnie ale wciąż walcząc o jak najlepszy czas. Niestety duża ilość rowerów i ludzi nie pozwalała na szybkie pokonywanie zakrętów i pewnie kilka sekund straciłem. Gdy przed oczami pojawił się napis 500 metrów do końca już nie kalkulowałem, jechałem już prawie na maksa, oszcesdajć siły na finisz. Na dwóch zakrętach znów musiałem zwolnić, ten drugi był kluczowy bo do końca zostało 150 metrów. Zanim na nowo złapałem rytm było już za późno i finisz nie była tak efektowny na jaki się przygotowałem. Mimo to wygenerowałem dobrą moc, po przekroczeniu linii zapomniałem wyłączyć stoper i zrobiłem to dopiero prawie 50 metrów dalej. Autopauza zabrała ostatecznie 16 sekund, do rekordu brakło 15 wiec przy pustej drodze i równie wysokiej motywacji mogłem pokusić się o poprawę czasu z 2017 roku. Nie ma jednak co wybrzydzać i patrząc na to z innej strony, przez ostatnie 2 lata nie wjechałem tak szybko a wcale nie generowałem wyższej mocy niż wtedy a przy super dniu dołożenie 10-15 Wat na tym odcinku jest jak najbardziej możliwe. Bezpośrednio po podjeździe musiałem ochłonąć, później podziwiałem widoki a gdy większość osób dojechała poszedłem do wodopoju. Siedząc nagle zrobiło się chłodno, ubrałem wiec rękawki i kamizelkę na zjazd. Jadać w dół odpuściłem, technikę hamowania na długich i trudnych zjazdach już opanowałem i nie zagrzałem obręczy. Zbliżając się do końca zjazdu droga była coraz bardziej mokra by przy parkingu być całkiem mokrą. Nie byłem ostatni na dole co też jest jakimś delikatnym plusem. Później moje możliwości i technika jazdy w grupie została wystawiona na próbę. W pewnym momencie tempo wzrosło, większość osób zaczęła współpracować na zmianach. Ja skupiłem się na utrzymaniu koła, na zmiany nie byłem w stanie wyjść, dysponując przełożeniem 50x12 byłem skazany na pożarcie. Spory czas utrzymywałem się na końcu pociągu, później zacząłem tracić, cały czas miałem grupę w zasięgu wzroku ale widziałem jak się oddala. Na szczęście był postój po którym było spokojniej i znów mogłem pracować na czele. Tempo było niemrawe, nie było dalszych prób rozerwania grupy. Na mojej zmianie jednak wszystko się porwało, nie jechałem mocno, nie przyśpieszyłem zbyt gwałtownie a mimo to zostało nas trzech. Później ktoś doskoczył i postanowiliśmy czekać, tempo siadło i po paru kilometrach znów dołączyłem do peletoniku. Na niebezpiecznym wąskim i szybkim odcinku jechałem asekuracyjnie, trzymałem się kilka metrów za grupką, gdy zrobiło się bezpieczniej to dociągnąłem kilka osób jadących z tyłu do reszty. Na podjeździe znów delikatny zryw ale nie rozwinęło się to w poważniejszy atak. Mocne tempo zrobiło się na zjeździe i płaskim odcinku. Tam już miałem większe problemy z utrzymaniem się i świadomie odpuściłem wiedząc, ze czeka mnie jeszcze 40 kilometrów najeżonej pagórkami trasy. Po prawie 4 godzinach jazdy nie wyczuwałem żadnego kryzysu, musiałem pilnować tylko regularnego jedzenia i picia. Podjazd pod Żuków jak zwykle dał mi popalić, w słońcu i wysokiej temperaturze nie wszedł tak dobrze jak się spodziewałem. Na zjeździe nie kręciłem, skupiłem się na przybraniu jak najbardziej aerodynamicznej pozycji, na tym rowerze mam z tym duży problem i tak też było tym razem. Ostatecznie jednak zjechałem dosyć szybko do Cieszyna. Po przekroczeniu granicy pojawiła się szansa na dojazd przed 14 do domu. Jadąc z wiatrem nawet podjazdy szybko szły. Traciłem za to na zjazdach czy skrzyżowaniach. Picia w bidonach ubywało ale miałem tak wyliczone, że nie braknie. Kilka kilometrów przed Bielskiem już odpuściłem. Przewyższeń wyszło ponad 100 metrów więcej niż zakładałem, dlatego nie zdecydowałem się na powrót przez pagórkowate Jaworze tylko jechałem główną. Nawet ruch wahadłowy na krótkim odcinku mi tak bardzo nie przeszkadzał. Sporo czasu straciłem na postojach, przejechanie tej trasy zajęło mi sporo mniej niż 6 godzin. Kolejny dobry dzień, pogoda pozwoliła na dobry trening a także relaks w ogrodzie i basenie. Więcej mi nie potrzeba, nawet na urlopie. Mimo dużego obciążenia treningami nie czułem zmęczenia, umiejętnie rozplanowałem czas przeznaczony na trening i odpoczynek. Może jeszcze coś więcej uda się wycisnąć z tych nóg, utrzymanie niskiej wagi może być zbyt dużym problemem i ewentualnych rezerw trzeba szukać gdzie indziej.


kategorie bloga

Moje rowery

TCR Advanced 2 2021 14036 km
Zimówka 9414 km
Litening C:62 Pro 18889 km
Triban 5 54529 km
Astra Chorus 2022 16398 km
Evo 2 9995 km
Hercules 13228 km
Ital Bike 9476 km
Trek 17743 km
Agree GTC SL 21960 km
Cross Peleton 44114 km
Scott 9850 km

szukaj

archiwum