Wpisy archiwalne w kategorii
Samotnie
| Dystans całkowity: | 175754.50 km (w terenie 3302.00 km; 1.88%) |
| Czas w ruchu: | 6556:08 |
| Średnia prędkość: | 26.42 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 750.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 2024461 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 205 (179 %) |
| Maks. tętno średnie: | 198 (101 %) |
| Suma kalorii: | 3763302 kcal |
| Liczba aktywności: | 2724 |
| Średnio na aktywność: | 64.52 km i 2h 26m |
| Więcej statystyk | |
Trening 15
Czwartek, 5 marca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 118.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:01 | km/h: | 29.38 |
| Pr. maks.: | 54.00 | Temperatura: | 3.0°C | HRmax: | 157157 ( 80%) | HRavg | 137( 70%) |
| Kalorie: | 1621kcal | Podjazdy: | 550m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nocą chwycił niewielki mróz ale się wypogodziło i drogi obeschły. Ciężko było wstać rano z łóżka po krótkim śnie ale znalazłem w sobie dużo motywacji. Nie miałem za to motywacji aby przełożyć miernik mocy do drugiego roweru i pojechałem kolejny raz na treningowym. Szybko się zebrałem i o 7 byłem gotowy do jazdy. Niewielki mróz i powolny wzrost temperatury skłonił mnie do wyboru zimowych ciuchów. Zabrałem dużo jedzenia, w sumie ponad 200 gram węglowodanów i 1,5 litra picia, tym razem napoju izotonicznego. Ruszyłem z bardzo słabymi nogami, na początek musiałem się zmagać z utrudnieniami na drodze a później z marznącymi dłońmi. Dopóki temperatura utrzymywała się poniżej zera cierpiałem okrutnie. W drodze do Skoczowa musiałem się zatrzymać na każdym skrzyżowania z sygnalizacją świetlną. Liczyłem że na kolejnych uda się przejeżdżać bez zatrzymywania. W Skoczowie zdecydowałem się na wjazd na dwupasmówkę. Wtedy też zorientowałem się że jeszcze nic nie jadłem i szybko nadrobiłem zależności i wsunąłem ponad 30 gram węglowodanów. Szybko żałowałem że wybrałem tą drogę. Zanieczyszczone pobocze i dosyć duży ruch komunikacyjny dałoby się przeżyć ale zatrzymywanie się na każdym możliwym skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną skutecznie wybijało mnie z rytmu. Miałem w głowie ciekawą trasę i dlatego nie opuściłem tej drogi przy pierwszej okazji. W Żorach skręciłem o jedno skrzyżowanie za daleko i przez to musiałem jechać drogą z dużą ilością progów zwalniających, później zatrzymałem się na moment i wtedy pojawiły się kolejne utrudnienia. Myślałem że szybko uda się przejechać przez wiadukt i wydostać z Żor. Niestety wiadukt jest w remoncie i w okolicy ronda przy nim tworzą się gigantyczne korki.
Ciężko byłoby się przedostać a nawet dostać na rondo. Mój czas był mocno ograniczony i zdecydowałem się na zmianę trasy. Skierowałem się na Rybnik a później Knurów. Droga w większości prowadziła przez las ale była dosyć dziurawa więc nie nudziłem się. Po dojeździe do ronda odbiłem na wschód i wtedy zauważyłem że dosyć mocno wieje co zwiastowało ciekawy powrót. Dojeżdżając do Orzesza przypomniałem sobie tą drogę, nie jechałem nią kilka lat ale dobrze pamiętałem że za chwilę będę musiał skręcić ostro w prawo i tak też było. Czekało mnie kilka kilometrów z wiatrem wiejącym w twarz. To nie jedyna atrakcja, ominąłem remont i korki w Żorach a władowałem się w kolejne utrudnienia. Oczywiście na każdym zwężeniu musiałem się zatrzymać i straciłem trochę czasu. Kolejny postój w Woszycach przy dwupasmówce. Skontrolowałem przy okazji ilość jedzenia i picia, nie brakowało i postój w sklepie nie był konieczny. Nie byłem zdecydowany na konkretną trasę powrotną do domu. Do Suszca prowadzi tylko jedna, nierówna droga. Noga zaczynała się powoli rozkręcać i nie chciało mi się kluczyć bocznymi drogami i wybrałem najprostszą drogę do Pszczyny. Wiatr próbował utrudniać jazdę, w lesie nie był odczuwalny, później się zatrzymałem i do Pszczyny było już lekko z górki. Remont skrzyżowania dalej w toku i zdecydowałem się jechać objazdem. Miałem jeszcze czas i skierowałem się na Goczałkowice a następnie najprostszą drogą do domu. Mogą kręciła już fajnie, pogoda zrobiła się naprawdę przyjemna. Szkoda że nie miałem już czasu na dłuższą jazdę.
Ciężko byłoby się przedostać a nawet dostać na rondo. Mój czas był mocno ograniczony i zdecydowałem się na zmianę trasy. Skierowałem się na Rybnik a później Knurów. Droga w większości prowadziła przez las ale była dosyć dziurawa więc nie nudziłem się. Po dojeździe do ronda odbiłem na wschód i wtedy zauważyłem że dosyć mocno wieje co zwiastowało ciekawy powrót. Dojeżdżając do Orzesza przypomniałem sobie tą drogę, nie jechałem nią kilka lat ale dobrze pamiętałem że za chwilę będę musiał skręcić ostro w prawo i tak też było. Czekało mnie kilka kilometrów z wiatrem wiejącym w twarz. To nie jedyna atrakcja, ominąłem remont i korki w Żorach a władowałem się w kolejne utrudnienia. Oczywiście na każdym zwężeniu musiałem się zatrzymać i straciłem trochę czasu. Kolejny postój w Woszycach przy dwupasmówce. Skontrolowałem przy okazji ilość jedzenia i picia, nie brakowało i postój w sklepie nie był konieczny. Nie byłem zdecydowany na konkretną trasę powrotną do domu. Do Suszca prowadzi tylko jedna, nierówna droga. Noga zaczynała się powoli rozkręcać i nie chciało mi się kluczyć bocznymi drogami i wybrałem najprostszą drogę do Pszczyny. Wiatr próbował utrudniać jazdę, w lesie nie był odczuwalny, później się zatrzymałem i do Pszczyny było już lekko z górki. Remont skrzyżowania dalej w toku i zdecydowałem się jechać objazdem. Miałem jeszcze czas i skierowałem się na Goczałkowice a następnie najprostszą drogą do domu. Mogą kręciła już fajnie, pogoda zrobiła się naprawdę przyjemna. Szkoda że nie miałem już czasu na dłuższą jazdę.
Trening 14
Wtorek, 3 marca 2020 Kategoria blisko domu, Samotnie, Szosa, Zima
| Km: | 40.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:30 | km/h: | 26.67 |
| Pr. maks.: | 52.00 | Temperatura: | 8.0°C | HRmax: | 174174 ( 89%) | HRavg | 139( 71%) |
| Kalorie: | 680kcal | Podjazdy: | 510m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Początek tygodnia przyniósł dobrą pogodę. Jedynym problemem był silny wiatr. Nie byłem pewny czy uda się wyjechać na trening i byłem gotowy na trenażer. Kiedy wstałem rano i zobaczyłem ponad 5 stopni na termometrze i suchą drogę to szybko się zebrałem i byłem gotowy do jazdy. Nie miałem dużej ilości czasu i byłem zmuszony kręcić się niedaleko domu. Godzina wyjazdu nie była najlepsza i przez pierwsze kilkanaście minut towarzyszyła mi duża ilość samochodów. Po drodze zdarzyły się dwie sytuacje w których mimo pierwszeństwa musiałem gwałtownie hamować i zatrzymać się. W końcu dojechałem do Jasienicy, udało się dobrze rozgrzać co było kluczową sprawą. Warunki do treningu były idealnie, droga prowadząca do góry i wiatr w twarz. Ruszyłem dosyć gwałtownie i pierwszy sprint był sprawdzeniem nogi i doboru odpowiedniego przełożenia. Długi czas odpoczynku to znowu mieszanie przełożeniami. Kolejne sprinty dobrze wchodziły w nogi. Nie dojechałem do końca podjazdu i zdecydowałem się zawrócić. Zjazd był szybki i nie wystarczył na odpoczynek. Kolejne dwie serie to dłuższe sprinty w 6 strefie mocy. Podjazd okazał się idealny, pierwszą serię zakończyłem kilkanaście metrów przed nawrotem. Pojechałem dalej aż skończył się asfalt i zwróciłem. Po dojeździe do skrzyżowania na moment musiałem się zatrzymać. Ostatnia seria powtórzeń to walka z koncentracją. Nie umiałem się skupić i powtórzenia były strasznie nierówne i szarpane. Przy ostatnim już odliczałem sekundy do końca. Nogi były ubite a jeszcze musiałem wrócić do domu. Nie byłbym sobą gdybym nie utrudnił sobie trasy. Dołożyłem jeden podjazd na którym nie umiałem złapać rytmu, kilka razy musiałem zwalniać i przepuszczać samochody. Chciałem być o 9 w domu i byłem około minutę przed czasem. Fajny trening w wiosennych warunkach, trochę słońca, trochę deszczu i wiatr. Zupełnie inaczej czułem się w wiosennych ciuchach niż zimowych.








Trening 13
Niedziela, 1 marca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 149.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 05:07 | km/h: | 29.12 |
| Pr. maks.: | 57.00 | Temperatura: | 6.0°C | HRmax: | 163163 ( 83%) | HRavg | 144( 73%) |
| Kalorie: | 2271kcal | Podjazdy: | 750m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Najdłuższy trening w tym roku zaliczony. Rano gdy wstawałem to jeszcze padało, po chwili przestało ale drogi były koszmarnie mokre. Zdecydowałem, że jadę na aluminiowej treningówce która i tak jest do czyszczenia i nie będę brudził drugiego roweru dokładając sobie roboty na którą i tak ciężko będę mógł znaleźć czas. Przygotowałem dużo jedzenia i ponad 2 litry picia. Nie byłem głodny i zamiast zjeść tyle ile powinienem, zjadłem tylko połowę tego a dokładnie taki posiłek jak jadam w dni nie treningowe. Temperatura wynosiła około 5 stopni a odczuwalna jeszcze kilka stopni niższa. Wybrałem zestaw ciuchów na temperatury do 4 stopni i to był błąd. Wyjechałem około 7:30 i szybko wydostałem się z Bielska. Noga nawet nieźle podawała, pilnowałem czasu bo co 20 minut miałem przyjmować dawki węglowodanów. W każdej porcji było 10-20 g, w sumie miałem ze sobą ponad 350 gram węgli. Kluczowo się tego trzymałem, regularnie piłem i dzięki temu byłem spokojny o to, że żaden kryzys mnie nie złapie. Nic bardziej mylnego. Wiatr nie był zbyt odczuwalny, jadąc z bocznym lub lekko przeciwnym wiatrem cały czas trzymałem około 30 km/h przy 180 - 200 Watach. Mocniej zaczęło wiać dopiero w Czechach gdy zbliżałem się do przejścia granicznego w Chałupkach. Nie przeszkadzało mi to bo za chwile miałem zmienić kierunek. Przez klika minut jechałem z wiatrem wiejącym idealnie w plecy ale nie trwało to zbyt długo. Temperatura wzrosła i zrobiło mi się za ciepło, nie miałem za bardzo czego rozebrać i przyjemność z jazdy powoli zamieniała się w męczarnie. Ciągnący się podjazd wjechałem w niezłym tempie, na szczycie zorientowałem się, że biorę ostatni batonik i będę musiał się zatrzymać i wyciągnąć kolejne z plecaka. Pierwszy postój zrobiłem po 80 kilometrach. Wyciągnąłem kilka batonów oraz kanapkę. Szybko ją zjadłem i wróciłem do batonów i bananów. Zapas picia był idealny, nie powinno go braknąć i nie widziałem potrzeby zatrzymywania się. Coraz bardziej wilgotne ciuchy zaczynały przeszkadzać, nogi się gotowały, nie pracowały tak dobrze jak wcześniej. Nie zamierzałem jednak skracać treningu i trzymałem się wyłącznie wskazań mocy na liczniku. W Jastrzębiu popełniłem mały błąd nawigacyjny, zamiast skręcić w lewo a następnie w prawo na Libowiec odbiłem w prawo na Zebrzydowice. Minimalnie dłuższą i trudniejszą drogą dojechałem do Golasowic gdzie zrobiłem kolejny postój, tym razem na opróżnienie zbiornika. Przez kilka kilometrów jechałem z wiatrem w plecy. Na moment zatrzymały mnie światła na skrzyżowaniu z dwupasmówką a później już bez przeszkód do Łąki. Tam zaczęły o sobie dawać znać moje cztery litery, nie umiałem jechać na stojąco wiec zrobiłem krótki postój. Ostatnie 20 kilometrów to już jazda przez mękę. Na tym odcinku wyprzedziło mnie kilka osób i nie byłem w stanie nawet złapać ich koła. Ostatni postój zrobiłem w Międzyrzeczu gdy znowu podręczny zapas energii się skończył i musiałem sięgnąć po batona z plecaka. Jakoś dowlekłam się do podjazdu, przemęczyłem go i poczułem ulgę gdy dojechałem do domu. Z ciuchów można było wodę wykręcać, nawet kilka godzin na trenażerze nie było tak meczące jak trzy ostatnie godziny tego treningu. Mam nadzieje, że wiosna przyjdzie wkrótce i będzie można jeździć w lżejszych ciuchach. Wiosną czy latem takich błędów nie popełniam, zimą czy jesienią jest z tym gorzej bo wiatry czy duże różnice temperatur regulują odczucie zimna a ja nigdy za zimnem nie przepadałem. Po raz pierwszy na treningu przyjmowałem ponad 50 g węglowodanów na godzinę. Jest to wystarczająca ilość aby nie złapać energetycznej „bomby”. Duży wpływ na przebieg jazdy ma także fakt, że mam określoną ilość czasu i chcąc jeździć po kilka godzin muszę wyjeżdżać z domu o świcie gdy jest zimno a później robi się cieplej.




Test Roweru
Sobota, 29 lutego 2020 Kategoria blisko domu, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 3.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:10 | km/h: | 18.00 |
| Pr. maks.: | 33.00 | Temperatura: | 9.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | 86kcal | Podjazdy: | 30m | Aktywność: Jazda na rowerze | |||
Krótki wyjazd w celu sprawdzenia roweru. Po chwili zaczęło padać i z każdą chwilą padało coraz mocniej. Test utrudniał wiatr wiec nie udało się całkowicie sprawdzić roweru. Przerzutki chodzą płynnie, hamulce hamują pewniej niż poprzedni zestaw jaki używałem. Opona też są szybsze niż w treningowym rowerze. Po drodze zrobiłem dwa postoje, pierwszy by poprawić zacisk koła a drugi na fotki. Nie chciałem ubrudzić roweru wiec szybko wróciłem do domu.
Trening 12
Sobota, 22 lutego 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 100.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:37 | km/h: | 27.65 |
| Pr. maks.: | 57.00 | Temperatura: | 5.0°C | HRmax: | 158158 ( 81%) | HRavg | 140( 71%) |
| Kalorie: | 1549kcal | Podjazdy: | 800m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Na starcie już komplikacje z powodu których wyjechałem dopiero po 10 i miałem niecałe 4 godziny na trening. Było to o tyle ważne, że z każdą godziną miało mocniej wiać co dla mnie ma kolosalne znaczenie. W dalszym ciągu korzystam z zimowych ciuchów rowerowych w których o komforcie jazdy nie może być mowy i jedyne co można powiedzieć o tym stroju to, że skutecznie chroni przed wiatrem i zimnem. Wyjazd z Bielska w kierunku Międzyrzecza już tradycyjnie utrudniony. Po raz kolejny skorzystałem ze ścieżki rowerowej, zaraz po wjeździe na nią z impetem wjechałem w kupkę rozbitego szkła, na całe szczęście nie złapałem w tym miejscu gumy. Dalsza jazda ścieżką już bezpieczna ale niezbyt szybka. Samochodów było umiarkowanie dużo i sprawnie przedostałem się przez dwa ronda. Pierwszy podjazd zweryfikował moje możliwości. Nogi dzisiaj nie tak dobre jakbym mógł się spodziewać ale nie zamierzałem się poddawać. Jazda z wiatrem zawsze jest przyjemna ale co dobre, kiedyś się kończy. Takim miejscem w którym musiałem nastawić się na walkę z żywiołem było rondo w Ligocie. Starałem się trzymać stałą moc, często zmieniałem biegi, nie potrafiłem utrzymać stałej kadencji. Jechało się coraz ciężej a powód szybko zlokalizowałem. Prędkość jazdy spadała wraz z ciśnieniem w tylnym kole. Byłem pewny, że to skutek wcześniejszej jazdy po szkle. Gdy zdjąłem oponę to stwierdziłem, że zakładając łataną dętkę trafiłem jak kulą w płot, łata puściła a opona była cała, założyłem nową dętkę. To był pierwszy ze starych błędów jakie znowu popełniłem. Wymiana w wietrznych warunkach i kilku stopniach na termometrze nie była niczym przyjemnym i ostatni raz musiałem bawić się w wymianę dętki w takich warunkach kilka lat temu. Straciłem sporo czasu ale nie zamierzałem zbytnio skracać trasy. Gdy już ruszyłem to nie mogłem się rozkręcić, mało piłem, dosyć regularnie jadłem, przez warunki wietrzne droga dłużyła się strasznie. Przez kilkanaście kilometrów walczyłem z bocznym lub czołowym wiatrem i dopiero po krótkim, przymusowym postoju w Kaczycach mogłem przez chwile poczuć wiatr wiejący w plecy. Wtedy również zmieniłem trasę, zamiast jechać na Karwinę i Cieszyn pojechałem przez Kaczyce w kierunku Pogwizdowa i Cieszyna. W dalszym ciągu starałem się jechać równo co w takich warunkach nie było łatwym zadaniem, w końcu dotarłem do Cieszyna gdzie musiałem się zatrzymać. Na moment wjechałem do Czech. Szybko zrezygnowałem z jazdy drogami na rzecz ścieżki rowerowej i właśnie ścieżką dostałem się znowu do Polski. Zbliżał się moment w którym wiatr miał już nie przeszkadzać. Czułem już zmęczenie w nogach i ostatnie kilka kilometrów na południe strasznie mi się dłużyło. W drodze do Bielska czekało na mnie kilka podjazdów. Ubite już nogi nie pozwalały na harce ale mimo to nie było najgorzej. Wiatr w znacznym stopniu wpłynął na prędkość jazdy w ostatniej części trasy. Momentami boczne podmuchy wybijały z rytmu ale na ogół podmuchy wiatru sprzyjały szybszej jeździe. Ostatecznie nie zmieściłem się w założonym czasie, myślałem, że uda się przejechać trasę poniżej 3,5 godziny, zabrakło 7 minut. Jakiś wpływ miał defekt i mniejsze ciśnienie w tylnym kole a także kierunek i siła wiatru. Trasa też była najtrudniejsza w tym roku. Kolejna setka wpadła na konto. Niestety to był ostatni trening w tym tygodniu, niedziela ma być deszczowa i szykuje się pierwsza w tym roku dłuższa sesja na trenażerze.




Trening 11
Wtorek, 18 lutego 2020 Kategoria 0-50, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 41.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:31 | km/h: | 27.03 |
| Pr. maks.: | 59.00 | Temperatura: | 5.0°C | HRmax: | 155155 ( 79%) | HRavg | 136( 69%) |
| Kalorie: | 812kcal | Podjazdy: | 280m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Pierwszy od dawna wyjazd poza weekendowy. Zapomniałem już ile samochodów może być na drogach. Trasę wybrałem niezbyt długą ale wymagającą. Już wyjazd z miasta pomimo wiatru wiejącego centralnie w plecy był problemem. Najpierw ścieżki rowerowe na których musiałem kilka razy hamować i przepuszczać samochody które powinny się zatrzymać przed ścieżką a nie na niej a później spory korek przez który nie dało się przedostać sprawnie i szybko. Dopiero po pokonaniu krótkiego podjazdu zrobiło się luźniej na drodze. Przez kilka kilometrów mogłem korzystać z pomocy wiatru ale gdy tylko skręciłem na zachód to zaczęła się walka z czołowymi lub bocznymi podmuchami i tak aż do Skoczowa. Później było lepiej i szybciej pokonałem odcinek z kilkoma podjazdami niż zawierający zaledwie kilka hopek odcinek z Landeka do Skoczowa. Noga nie była taka zła i dobrze zrobiła mi przejażdżka, lepsze to niż kolejna godzina trenażera.


Trening 10
Niedziela, 16 lutego 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 116.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:02 | km/h: | 28.76 |
| Pr. maks.: | 60.00 | Temperatura: | 5.0°C | HRmax: | 160160 ( 82%) | HRavg | 143( 73%) |
| Kalorie: | 1777kcal | Podjazdy: | 660m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ciężki trening po słabo przespanej nocy. Nie był to najlepszy pomysł ale nie chciałem się od razu poddawać i zdecydowałem się chociaż wyjechać z domu. O skutecznie regeneracji nie było mowy, nogi rano były słabe ale liczyłem, że na trasie się rozkręcą, mówiąc delikatnie, przeliczyłem się. Nie bardzo miałem inne wyjście niż wyjazd o świcie bo najpóźniej po 11 musiałem już być spowrotem. Wczoraj przygotowałem sprzęt, przełożyłem koło, dopompowałem powietrza, sprawdziłem hamulce i przerzutki. Przygotowałem także bidon i bukłak do napełnienia i jedzenie oraz ciuchy. Pozwoliło to rano uniknąć niepotrzebnego stresu i pośpiechu. Niestety nie było tak pięknie, byłem gotowy do jazdy już o 6:40 i wyciągając rower zauważyłem kapcia w tylnym kole, okazało się, że wczoraj pompując uleciał wentyl i powietrze zeszło. Szybciej było zmienić dętkę niż robić przekładkę kasety i opony w drugim kole. Miałem w rezerwie jeszcze nowe koło do drugiego roweru ale nie chciałem go na razie używać. Wyjechałem około 10 minut później, jedyny plus tej sytuacji był taki, że nie musiałem włączać świateł bo było już dostatecznie jasno.
Już po wyjeździe stwierdziłem, że wieje bardzo mocno z południa i jedyny słuszny wybór to trening na rundzie gdzie styczność z czołowym wiatrem występuje cyklicznie co kilkanaście minut a nie jest ciągła. Szybki dojazd do głównej i pierwszy powiew wiatru spowalniający mnie skutecznie. Wtedy jednoznacznie stwierdziłem, że nogi są wczorajsze i w takich warunkach oznaczało to męczarnię a nie jazdę, tak też było. Dojazd do rundy był raczej z bocznym i momentami sprzyjającym wiatrem. Dopiero w Bielowicku gdy odbiłem na południe zostałem zatrzymany przez wiatr i nawet na zjeździe musiałem kręcić i generować prawie 200 Wat aby w jakimś tempie poruszać się do przodu. Ruch był niewielki wiec nie obawiałem się samochodów pojawiających się w najmniej sprzyjających momentach. W końcu dojechałem do dziurawego Pierśćca gdzie wjechałem na pierwszą z pięciu prawie 17 kilometrowych rund. Na dobrą sprawę do tych okoliczności które powodują, że mecze się na rowerze brakowało tylko deszczu, nierówne drogi, silny wiatr którego gdy wieje w plecy nie umiem wykorzystać, gdy wieje w twarz spowalnia mnie znacznie a także temperatura wymagająca ubierania grubych ciuchów działają na moją niekorzyść a w połączeniu z słabszą nogą powodują mieszankę wybuchową. Postanowiłem mimo wszystko jechać swoje, na dziurach modliłem się o przetrwanie, z wiatrem szybko dotarłem do Landeka szukając optymalnego toru jazdy na krętej drodze. Przez las do Chyba szukałem optymalnego przełożenia a później chciałem jak najmniejszym pokładem sił dotrzeć do końca rundy. Na krętym odcinku często zmieniałem biegi a wiejący z różnych kierunków wiatr powodował, że czułem się jak pionek na szachownicy który raz po raz zmienia swoje położenie. Pierwsza runda była na rozeznanie i na kolejnych chciałem coś poprawić w swojej jeździe, noga cały czas daleka od oczekiwanej i nie chciałem nic dokładać jeżeli chodzi o tempo. Kilka razy obierałem zły tor jazdy wymuszający hamowanie przed zakrętami, kierowcy też raczej nie byli moimi sprzymierzeńcami i pojawiali się najczęściej w niesprzyjających momentach i kilka razy musiałem z dużej prędkości hamować do zera. Postanowiłem robić przerwy tylko wtedy kiedy naprawdę ich potrzebuje i na 5 rundach dwa razy zatrzymywałem się tracąc w sumie 5 minut. Ostatnia runda była najlepsza, kosztowała mnie dużo sił ale pod względem techniki nie miałem sobie wiele do zarzucenia, szybkie wchodzenie w zakręty, brak dohamowań przed nimi i dobra sylwetka podczas jazdy pod wiatr trochę wynagrodziły słabą nogę i starte czasu na początku gdy na dziurach musiałem przepuszczać samochody. Powrót do domu to już prawdziwa droga przez mękę, na 10 kilometrach 80 % czasu jechałem pod wiatr. Trzymając założoną moc rzadko przekraczałem 20 km/h a 30 km/h tylko na zjeździe. Po dotarciu do głównej wiatr już był boczny i mogłem trochę zluzować. Byłem ujechany, o wytrzymałości na razie mogę pomarzyć a podczas dzisiejszego treningu wyszły wszystkie błędy jakie popełniłem w ostatnim czasie. Ostatni kilometr do domu jechałem prawie 10 minut. Wiatr z 2% podjazdu zrobił taki który ma ok. 8 % i regeneracja w takich warunkach przy takim zmęczeniu organizmu to nic przyjemnego. Jeszcze sporo pracy mnie czeka nad poprawą dyspozycji na dystansach. Do 2 godzin jest dobrze a później zaczynają się schody.


Już po wyjeździe stwierdziłem, że wieje bardzo mocno z południa i jedyny słuszny wybór to trening na rundzie gdzie styczność z czołowym wiatrem występuje cyklicznie co kilkanaście minut a nie jest ciągła. Szybki dojazd do głównej i pierwszy powiew wiatru spowalniający mnie skutecznie. Wtedy jednoznacznie stwierdziłem, że nogi są wczorajsze i w takich warunkach oznaczało to męczarnię a nie jazdę, tak też było. Dojazd do rundy był raczej z bocznym i momentami sprzyjającym wiatrem. Dopiero w Bielowicku gdy odbiłem na południe zostałem zatrzymany przez wiatr i nawet na zjeździe musiałem kręcić i generować prawie 200 Wat aby w jakimś tempie poruszać się do przodu. Ruch był niewielki wiec nie obawiałem się samochodów pojawiających się w najmniej sprzyjających momentach. W końcu dojechałem do dziurawego Pierśćca gdzie wjechałem na pierwszą z pięciu prawie 17 kilometrowych rund. Na dobrą sprawę do tych okoliczności które powodują, że mecze się na rowerze brakowało tylko deszczu, nierówne drogi, silny wiatr którego gdy wieje w plecy nie umiem wykorzystać, gdy wieje w twarz spowalnia mnie znacznie a także temperatura wymagająca ubierania grubych ciuchów działają na moją niekorzyść a w połączeniu z słabszą nogą powodują mieszankę wybuchową. Postanowiłem mimo wszystko jechać swoje, na dziurach modliłem się o przetrwanie, z wiatrem szybko dotarłem do Landeka szukając optymalnego toru jazdy na krętej drodze. Przez las do Chyba szukałem optymalnego przełożenia a później chciałem jak najmniejszym pokładem sił dotrzeć do końca rundy. Na krętym odcinku często zmieniałem biegi a wiejący z różnych kierunków wiatr powodował, że czułem się jak pionek na szachownicy który raz po raz zmienia swoje położenie. Pierwsza runda była na rozeznanie i na kolejnych chciałem coś poprawić w swojej jeździe, noga cały czas daleka od oczekiwanej i nie chciałem nic dokładać jeżeli chodzi o tempo. Kilka razy obierałem zły tor jazdy wymuszający hamowanie przed zakrętami, kierowcy też raczej nie byli moimi sprzymierzeńcami i pojawiali się najczęściej w niesprzyjających momentach i kilka razy musiałem z dużej prędkości hamować do zera. Postanowiłem robić przerwy tylko wtedy kiedy naprawdę ich potrzebuje i na 5 rundach dwa razy zatrzymywałem się tracąc w sumie 5 minut. Ostatnia runda była najlepsza, kosztowała mnie dużo sił ale pod względem techniki nie miałem sobie wiele do zarzucenia, szybkie wchodzenie w zakręty, brak dohamowań przed nimi i dobra sylwetka podczas jazdy pod wiatr trochę wynagrodziły słabą nogę i starte czasu na początku gdy na dziurach musiałem przepuszczać samochody. Powrót do domu to już prawdziwa droga przez mękę, na 10 kilometrach 80 % czasu jechałem pod wiatr. Trzymając założoną moc rzadko przekraczałem 20 km/h a 30 km/h tylko na zjeździe. Po dotarciu do głównej wiatr już był boczny i mogłem trochę zluzować. Byłem ujechany, o wytrzymałości na razie mogę pomarzyć a podczas dzisiejszego treningu wyszły wszystkie błędy jakie popełniłem w ostatnim czasie. Ostatni kilometr do domu jechałem prawie 10 minut. Wiatr z 2% podjazdu zrobił taki który ma ok. 8 % i regeneracja w takich warunkach przy takim zmęczeniu organizmu to nic przyjemnego. Jeszcze sporo pracy mnie czeka nad poprawą dyspozycji na dystansach. Do 2 godzin jest dobrze a później zaczynają się schody.


Trening 9
Niedziela, 9 lutego 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 101.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:31 | km/h: | 28.72 |
| Pr. maks.: | 54.00 | Temperatura: | 3.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | 1711kcal | Podjazdy: | 410m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Bardzo solidny trening zrealizowany. Analizując prognozy pogody wiedziałem, że będzie wiało a rano jeszcze może być ujemna temperatura. Planowałem wyjechać o 9:30. Gdy wstałem i było już powyżej 0 na termometrze maksymalnie przyśpieszyłem godzien wyjazdu bo z każdą godzina podmuchy wiatru miały być silniejsze. Szybko się przygotowałem wszystkie potrzebne rzeczy, od ubioru poprzez jedzenie i picie po dokumenty, telefon i licznik. Rower przygotowałem już wczoraj i dlatego czas przygotowań w stosunku do poprzednich wyjazdów był dużo krótszy. O 9:10 wyjechałem z domu, już po chwili musiałem się zatrzymać, coś przyczepiło mi się do opony i tarło o ramę. Przy okazji skalibrowałem miernik mocy. Dopiero za trzecim razem się udało i już nic nie stało na przeszkodzie aby skupić się na jeździe. Przedostałem się przez plątaninę ścieżek rowerowych i szybko wyjechałem z Bielska. Pierwszy podjazd potraktowałem z marszu, starałem się trzymać równą kadencję i ten cel został zrealizowany. W głowie miałem trzy trasy długości 100-105 kilometrów na około 3 i pół godziny jazdy. Wybór miał być spontaniczny i miałem dosyć dużo czasu do namysłu bo pierwsze 17 kilometrów wszystkich tras było identyczne. Po podjeździe i szybkim zjeździe do Międzyrzecza ruszyłem już z realizacją założeń. Takie miałem dwa, utrzymywanie kadencji 90-100 i mocy około 180 Wat. O dziwo dosyć szybko wskoczyłem na obroty i skupiając się jedynie na tych dwóch elementach nie rozpraszał mnie wiatr wiejący ze zmienną prędkością i z najgorszego z możliwych kierunku. Często zmieniałem przełożenia, po ostatnich treningach podregulowałem przerzutki i wyczyściłem cały napęd wiec przełożenia zmieniają się bardzo płynnie. Jedyna rzecz jaka mogła mnie trochę irytować to wyciąganie jedzenia z kieszonek, ta czynność zwykle sprawia mi problem. Po kilkunastu minutach jazdy pojawił się też katar którego nie miałem dawno i wymusiło to częste sięganie do kieszeni po chusteczki. Dojeżdżając do miejsca w którym miałem do wyboru dwie drogi nie zastanawiałem się i wybrałem taką z której miałem jeszcze dwie opcje wyboru, skręcając w Landeku na Skoczów za bardzo opcji zmiany już nie było. Po raz kolejny nie zabrałem bidonu tylko plecak z bukłakiem i dlatego picie cały czas miało stałą temperaturę i dużo łatwiej przyjmowałem płyny niż co jakiś czas sięgając po bidon. Walka z wiatrem na trasie do Strumienia nie była przyjemna, dopiero po przejechaniu na drugą stronę Wisły mogłem skorzystać z pomocy wiatru. Zdecydowałem się na krótki postój w celu wyczyszczenia nosa. Temperatura cały czas oscylowała około 3 stopni ale wiatr skutecznie ją obniżał i odczuwalne było około 0 stopni. Droga do Pszczyny minęła szybko, wiatr pozwalał na jazdę ponad 30 km/h a bardzo mały ruch pojazdów sprawił, że nie musiałem ani razu użyć hamulców. W Pszczynie znowu miałem wybór czy jechać dalej w kierunku Bierunia czy skręcić na Goczałkowice. Zbliżając się do skrzyżowania zapaliło się czerwone światło na zwężeniu, impuls sprawił, że zjechałem na chodnik a następnie ścieżkę rowerową do Goczałkowic. Już wtedy byłem niemal pewny, że za ponad godzinę pojadę tą drogą jeszcze raz. Boczny wiatr zaczął dawać się we znaki, im bliżej Zabrzega tym bardziej. Na zaporze względnie mało ludzi, bez hamowania dojechałem do miejsca w którym musiałem zejść z roweru. Po zejściu schodami do drogi w kierunku centrum Zabrzega znów zrobiłem krótki postój. To był błąd o czym przekonałem się kilka minut później dojeżdżając do kolejki samochodów do skrzyżowania. Trafiłem na koniec Mszy w kościele i ludzie akurat wyjeżdżali. Nie chciało mi się czekać i znowu skorzystałem z chodnika. Później już bez problemów wydostałem się z Zabrzega. Oznaczało to, że znowu musiałem walczyć z wiatrem, na otwartych przestrzeniach hulał bardzo mocno. Trzymałem się założeń i musiałem mocno zredukować przełożenie aby trzymać właściwą moc i kadencję. Dojeżdżając do ronda w Ligocie miałem za sobą już połowę trasy. Druga runda zapowiadała się na trudniejszą, zmęczenie oraz silniejszy wiatr miały znacznie utrudnić jazdę. Nie było jednak tak źle jak się spodziewałem i można powiedzieć, że jechałem bardzo podobnie jak kilkadziesiąt minut wcześniej. Jedzenia w kieszonkach ubywało, wody w bukłaku również, miałem zapas w plecaku ale na razie nie musiałem z niego korzystać. Najbardziej wymęczający odcinek prowadził z Landeka do Strumienia, teoretycznie jechałem ze sprzyjającym wiatrem ale wiało bardziej z boku i ciężko było się rozpędzić. Po raz drugi bez zatrzymania przejechałem przez Chybie. Postój był dopiero przed mostem w Strumieniu. Czas oczekiwania na zielone się przedłużał, jak już ruszyłem to rozpędziłem się dosyć mocno i musiałem użyć hamulców przed wjazdem na drogę w kierunku Pszczyny, wydawało mi się, że jadę szybciej niż za pierwszym razem i chyba około 30 sekund zyskałem na prawie 13 kilometrowym odcinku. Co tam zyskałem straciłem w Goczałkowicach, zarówno na ścieżce jak i zaporze było dużo ludzi i kilka razy musiałem użyć hamulców. Z zapory tym razem zjechałem terenowym odcinkiem. Szersze opony pozwoliły utrzymać przyczepność na bruku który znajduje się na samym końcu zjazdu. Wtedy też nadszedł moment na wyciągniecie zapasów jedzenia i picia z plecaka. Jadłem i piłem często i o braku energii czy oznakach kryzysu nie było mowy. Ostatnią dawkę energii przyjąłem w Zabrzegu. Ostatnie kilkanaście kilometrów do Bielska to ciągła walka z wiatrem. Trzymałem się wcześniejszych założeń i przez cały odcinek do Międzyrzeca borykałem się z problemem z doborem przełożenia. Trzymanie mocy około 180 Wat powodowało, ze albo musiałem trzymać kadencje prawie 100 albo mniej niż 90. Kilka razy zmieniałem przełożenie i balansowałem na granicy. Więcej czasu trzymałem się wyższej kadencji. Na koniec treningu czekał mnie podjazd, dosyć dobrze go pokonałem i zredukowałem obciążenie. Ostatnie kilka kilometrów to już jazda na najlżejszych przełożeniach i prędkościach około 15 km/h co i tak momentami było za mocno. Po trzech i pół godzinach treningu odpuściłem już zupełnie i w luźnym tempie dojechałem do domu.
Odczucia po treningu są pozytywne. Zaczynając od faktu, że aura pozwala na jazdę na zewnątrz w całkiem przyjemnych jak na luty temperaturach, poprzez realizacje założeń treningowych kończąc na rosnącej dyspozycji mimo faktu, że jest to dopiero trzecia jazda tlenowa w tym roku. Oby tak dalej.


Odczucia po treningu są pozytywne. Zaczynając od faktu, że aura pozwala na jazdę na zewnątrz w całkiem przyjemnych jak na luty temperaturach, poprzez realizacje założeń treningowych kończąc na rosnącej dyspozycji mimo faktu, że jest to dopiero trzecia jazda tlenowa w tym roku. Oby tak dalej.


Trening 8
Sobota, 1 lutego 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 88.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:01 | km/h: | 29.17 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Nie planowałem takiego treningu w tym dniu. Przedpołudnie miałem zajęte i czas na trening zarezerwowałem dopiero popołudniu. Nie byłem przygotowany do takiej jazdy pod względem energetycznym, nie zjadłem odpowiednio zbilansowanych posiłków potrzebnych przy treningu wytrzymałościowym. Czynnikiem który zdecydował o wyjeździe była dużo gorsza prognoza pogody na niedziele. Zmieniłem niedzielny trening z sobotnim. Co prawda zjadłem odpowiedni posiłek przed jazdą ale brakowało węglowodanów w poprzednich dwóch i to dało o sobie znać na trasie. Wyjechałem dosyć późno i musiałem liczyć się z tym, że ostatnia godzina jazdy będzie już w zapadającym zmroku. Przygotowałem lampki i sprzęt do jazdy. Nie chciało mi się zmieniać opon i znów skorzystałem z rezerwowego koła. Drobny błąd popełniłem przy ubiorze, sądziłem, że odczuwalna temperatura będzie niższa i zamiast ubrać się na temperatury 4-8 stopni wybrałem ciuchy na 0-4 stopnie. To drobne błędy nie wpływające na jakość treningu.
Już po wyjeździe czułem, że nogi są „wczorajsze”, nie czułem mocy pod noga co w wietrznych warunkach jakie panowały zapowiadało bardzo ciekawy powrót do domu. Jechałem swoje, trzymałem się założeń czyli pilnowałem kadencje i moc. Już pierwszy podjazd na trasie pozwolił stwierdzić, że nie jest to optymalny dzień na jazdę. Po prawie 2 kilometrowym zjeździe zaczął się długi odcinek bez dłuższego podjazdu. Dobrałem przełożenie i jechałem w miarę równym tempem. Po chwili dojechałem do jakiegoś kolarza. Szybko go wyprzedziłem i nawet nie złapał koła, drugi był w zasięgu wzroku, systematycznie zmniejszałem dystans i w Chybiu do niego dojechałem. Przy sporym ruchu nie byłem w stanie wyprzedzić go od razu i jechałem kawałek za nim, obejrzał się do tyłu i mnie widział, mimo to mijając przeszkodę zrobił mi „ rybkę” i naprawdę milimetry dzieliły mnie od liźnięcia koła. Zjechałem na pobocze i musiałem się zatrzymać aby wrócić na szosę. Kolejny postój na przejeździe kolejowym. Drugi raz kolarza dogoniłem przed Zabłociem, złapał koło i jechał za mną do skrzyżowania z drogą na Drogomyśl. Dalej jechałem już sam, na odcinku kilkudziesięciu kilometrów straciłem sporo czasu. Najpierw kilka zwężeń na drodze Pawłowice-Pszczyna, później zakorkowana Pszczyna i przedzieranie się na drugą stronę „Gierkówki” aż w końcu delikatny defekt roweru. Jadąc drogą w kierunku Brzeszcz poczułem, że rower zaczyna pływać, pierwsza myśl była taka, że złapałem kapcia. Po zatrzymaniu okazało się, że przyczyny są inne. Pierwsza to luźny zacisk a druga szprychy. Dokręciłem zacisk i było lepiej. Zdecydowałem się już na załączenie lampek dla bezpieczeństwa. Skończyła się przyjemniejsza cześć treningu gdy wiatr w dużej mierze pomagał. Pierwsze 60 kilometrów przejechałem w czasie poniżej 2 godzin i zostało mi ponad godzinę czasu na niecałe 30 kilometrów. Dopiero wtedy poczułem jak silny jest wiatr, „niemoc” w nogach była bardziej zauważalna. Starałem się trzymać podobną moc i kadencje jak wcześniej i to się udawało. Około 20 kilometrów od domu przestała działać przednia lampka, nic z tym nie mogłem zrobić, podłączenie power-banka nic nie dało bo lampka nie może jednocześnie świecić i się ładować. Została mi jazda bez przedniego światła, zdjąłem opaskę odblaskową z roweru i dałem na kierownicę. Na tym nie koniec przygód, zacisk tylnego koła znów popuścił, nie wiem dlaczego. Kolejny przymusowy postój spowodowany nie tylko problemem z kołem ale także nieodpowiedzialnym kierowcą który postanowił w terenie zabudowanym z dużą ilością skrzyżowań jechać sobie 100 km/h na godzinę i gdybym nie odbił w prawo na chodnik to może by ze mnie nic nie zostało. Żeby wrócić na drogę musiałem czekać aż przejedzie około 40 samochodów. Chciałem jak najszybciej być w domu ale trzymałem się założeń, wybrałem już najłatwiejszą i najszybszą drogę i już bez przeszkód dotarłem do domu już po zmroku.
Mimo wszystko nie żałuje, że pojechałem. Nawet mimo słabego dnia i masy przygód zrobiłem dobry i całkiem przyjemny trening. Liczę, że w następnych tygodniach uda się również w weekend wyjechać na szosę. Niedzielny trening z czystym sumieniem mogę wykonać na trenażerze.

Już po wyjeździe czułem, że nogi są „wczorajsze”, nie czułem mocy pod noga co w wietrznych warunkach jakie panowały zapowiadało bardzo ciekawy powrót do domu. Jechałem swoje, trzymałem się założeń czyli pilnowałem kadencje i moc. Już pierwszy podjazd na trasie pozwolił stwierdzić, że nie jest to optymalny dzień na jazdę. Po prawie 2 kilometrowym zjeździe zaczął się długi odcinek bez dłuższego podjazdu. Dobrałem przełożenie i jechałem w miarę równym tempem. Po chwili dojechałem do jakiegoś kolarza. Szybko go wyprzedziłem i nawet nie złapał koła, drugi był w zasięgu wzroku, systematycznie zmniejszałem dystans i w Chybiu do niego dojechałem. Przy sporym ruchu nie byłem w stanie wyprzedzić go od razu i jechałem kawałek za nim, obejrzał się do tyłu i mnie widział, mimo to mijając przeszkodę zrobił mi „ rybkę” i naprawdę milimetry dzieliły mnie od liźnięcia koła. Zjechałem na pobocze i musiałem się zatrzymać aby wrócić na szosę. Kolejny postój na przejeździe kolejowym. Drugi raz kolarza dogoniłem przed Zabłociem, złapał koło i jechał za mną do skrzyżowania z drogą na Drogomyśl. Dalej jechałem już sam, na odcinku kilkudziesięciu kilometrów straciłem sporo czasu. Najpierw kilka zwężeń na drodze Pawłowice-Pszczyna, później zakorkowana Pszczyna i przedzieranie się na drugą stronę „Gierkówki” aż w końcu delikatny defekt roweru. Jadąc drogą w kierunku Brzeszcz poczułem, że rower zaczyna pływać, pierwsza myśl była taka, że złapałem kapcia. Po zatrzymaniu okazało się, że przyczyny są inne. Pierwsza to luźny zacisk a druga szprychy. Dokręciłem zacisk i było lepiej. Zdecydowałem się już na załączenie lampek dla bezpieczeństwa. Skończyła się przyjemniejsza cześć treningu gdy wiatr w dużej mierze pomagał. Pierwsze 60 kilometrów przejechałem w czasie poniżej 2 godzin i zostało mi ponad godzinę czasu na niecałe 30 kilometrów. Dopiero wtedy poczułem jak silny jest wiatr, „niemoc” w nogach była bardziej zauważalna. Starałem się trzymać podobną moc i kadencje jak wcześniej i to się udawało. Około 20 kilometrów od domu przestała działać przednia lampka, nic z tym nie mogłem zrobić, podłączenie power-banka nic nie dało bo lampka nie może jednocześnie świecić i się ładować. Została mi jazda bez przedniego światła, zdjąłem opaskę odblaskową z roweru i dałem na kierownicę. Na tym nie koniec przygód, zacisk tylnego koła znów popuścił, nie wiem dlaczego. Kolejny przymusowy postój spowodowany nie tylko problemem z kołem ale także nieodpowiedzialnym kierowcą który postanowił w terenie zabudowanym z dużą ilością skrzyżowań jechać sobie 100 km/h na godzinę i gdybym nie odbił w prawo na chodnik to może by ze mnie nic nie zostało. Żeby wrócić na drogę musiałem czekać aż przejedzie około 40 samochodów. Chciałem jak najszybciej być w domu ale trzymałem się założeń, wybrałem już najłatwiejszą i najszybszą drogę i już bez przeszkód dotarłem do domu już po zmroku.
Mimo wszystko nie żałuje, że pojechałem. Nawet mimo słabego dnia i masy przygód zrobiłem dobry i całkiem przyjemny trening. Liczę, że w następnych tygodniach uda się również w weekend wyjechać na szosę. Niedzielny trening z czystym sumieniem mogę wykonać na trenażerze.

Trening 6
Sobota, 21 grudnia 2019 Kategoria 50-100, b'Twin 2019, Samotnie, Szosa, Zima, Zima 2020
| Km: | 70.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:24 | km/h: | 29.17 |
| Pr. maks.: | 64.00 | Temperatura: | 9.0°C | HRmax: | 159159 ( 81%) | HRavg | 132( 67%) |
| Kalorie: | 942kcal | Podjazdy: | 350m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kilka razy modyfikowałem plan na
ten dzień. Długo zastanawiałem się też nad trasą, czynnikiem który zdecydował o
wyborze ostatecznej były prognozy pogody, po 12 miał się zmienić kierunek
wiatru z południowo-zachodniego na zachodni i to zdecydowało. Wyjechałem o 30
minut później niż zamierzałem. Ten dzień miał być dla mnie symboliczny, od
blisko 18 lat zapisywałem wszystkie kilometry przejechane na rowerze i 39
brakowało do granicy 200000. Na drogach spory ruch, z miasta wyjechałem całkiem
sprawnie ale dalej były problemy. Na początek wyprzedził mnie traktor którego
dogoniłem na zjeździe i przez duży ruch nie byłem w stanie go wyprzedzić. Za Międzyrzeczem
zacząłem pierwszą tempówkę. Robiłem ją na trzy razy, pierwszy raz zatrzymać się
musiałem na rondzie w Ligocie, później zatrzymało mnie skrzyżowanie w Zabrzegu.
Gdy skończyłem 14 minutową jazdę na wysokiej kadencji to z kolei trafiłem na zamknięty
szlaban na przejeździe kolejowym. Trochę czasu tam straciłem, później nie
mogłem się skoncentrować i kilka razy zgubiłem drogę próbując nadrobić stracony
czas. W miarę sprawnie przedostałem się przez drogę krajową i zaczynałem myśleć
o drugiej tempówce. Regularnie przyjmowałem ustalone dawki węglowodanów i nawadniałem
organizm. Na bocznej drodze zacząłem drugą tempówkę tym razem na niższej kadencji,
rzędu 75-80. Po kilku minutach pojawił się krótki podjazd wymuszający zmianę przełożenia.
Przy wjeździe na drogę w kierunku Oświęcimia musiałem zwolnić, ale nie zatrzymywałem
się. Zacząłem już odczuwać wpływ wiatru, aby trzymać się w 3 strefie mocy
musiałem jechać 40-45 km/h. Sielanka trwała aż do mostu na Wiśle łączącym Śląsk
z Małopolską. Później już odpuściłem, dalej byłem w stanie jechać szybko i
dopiero gdy pojawił się delikatny podjazd zwolniłem znacznie. Przez Brzeszcze
standardowo przejechałem boczną drogą i wyjechałem na drodze łączącej
Jawiszowice z Kaniowem. Po około kilometrze pękła granica 200000 kilometrów.
Zatrzymałem się na moment, sfotografowałem to miejsce i ruszyłem dalej. Chwile
później zacząłem trzecią tempówkę. Nie było łatwo, prawie cały czas walczyłem z
wiatrem w twarz, starałem się przy tym trzymać wysoką kadencje ale nie wychodziło
to idealnie. Spory odcinek jazdy pod wiatr zaliczyłem podczas tempówki. Później
zostało tylko 5 kilometrów morderczej walki z wiatrakami. W Czechowicach
musiałem się zatrzymać co pozwoliło na krótki odpoczynek. Zwykle po prawie 2
godzinach jazdy już miałem dość a tym razem noga była chyba lepsza niż na
początku, nieźle wyglądała moja jazda na ostatnich 15 kilometrach. Mimo niezłej
nogi nie zrezygnowałem z tradycyjnej jazdy w 1 strefie na koniec treningu. Pod względem
dyspozycji był to najlepszy trening w ostatnim czasie. Forma powoli idzie do
góry, nie mam problemów z dostosowaniem się do obciążeń ale z drugiej strony
nie czuje potrzeby zwiększania obciążenia treningowego. Mam jasny cel przed
sobą, wymagający sezon mnie czeka i nie ma sensu za wszelką cenę zajeżdżać organizmu
w grudniu.











