Trening 70
Sobota, 27 czerwca 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 56.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:04 | km/h: | 27.10 |
| Pr. maks.: | 61.00 | Temperatura: | 26.0°C | HRmax: | 164164 ( 84%) | HRavg | 137( 70%) |
| Kalorie: | 1369kcal | Podjazdy: | 820m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Słabszej dyspozycji ciąg dalszy. Nie wiem dlaczego ale wciąż nogi nie kręcą jak powinny. Nie chciało mi się za bardzo jechać ale już wczoraj niewiele pojeździłem i nie chciałem pozwolić na kolejną przerwę która znowu odbiłaby się czkawką. Wyjechałem dosyć późno ale rano to mogłem co najwyżej popływać, po kolejnej dawce deszczu ulice zamieniły się w rzeki. Nie miałem planu na trasę a czas również był mocno ograniczony więc pojechałem standardową pętlę przez Przegibek, Zarzecze, Wilkowice. Staram się nie dublować tras treningowych i musiałem zmodyfikować chociaż fragment aby różniła się od tej którą przejechałem dwa tygodnie temu. Nogi znów słabe, bez mocy i tak przez cały trening. Apogeum trafiło się na podjeździe pod Przegibek gdzie walczyłem z bezsilnością. Innym problemem tego dnia był brak współpracy, jechałem z kilkoma kolarzami fragmenty trasy i doczekałem się tylko dwóch zmian. Pierwszą z nich dostałem na finiszu podjazdu na Przegibek a drugą w Wilkowicach również na końcu podjazdu. Miałem jeszcze jeden cel treningu, sprawdzić czy jazda w bardzo jasnym i widocznym stroju coś zmieni w kulturze jazdy kierowców. Nic to nie dało, na trasie znowu przytrafiło się kilka bardzo niebezpiecznych sytuacji z których tylko jedna była moją winą a pozostałe powstały z winy kierowców łamiących przepisy ruchu drogowego. Po 2 godzinach jazdy w wysokiej jak na ostatnie tygodnie temperaturze wystarczyło abym wylał z siebie sporo potu mimo niezbyt mocnego tempa jakim jechałem. Nie na taką dyspozycje liczyłem na tym etapie sezonu i ciężko mi jest pogodzić się z tym, że jak inni szczytują ja zaczynam dołować.
Rozjazd 19
Piątek, 26 czerwca 2020 Kategoria 0-50, blisko domu, Samotnie, Szosa
| Km: | 16.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:42 | km/h: | 22.86 |
| Pr. maks.: | 50.00 | Temperatura: | 23.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | 259kcal | Podjazdy: | 170m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kolejny wyjazd o którym chciałbym szybko zapomnieć. Nie udało się przejechać zbyt wielu kilometrów ale to wystarczyło aby wydarzyło się kilka nieprzyjemnych sytuacji. Zamiast tradycyjnie jechać na Przegibek postanowiłem kręcić blisko domu z prostego powodu, zbierało się na burze. Liczyłem na to, że uda się pokręcić przynajmniej godzinę. Można powiedzieć, że jazda dla mnie skończyła się już po kilku minutach. Po wczorajszej ulewie na drogach znowu sporo żwiru i kamieni. Przy dużym ruchu ciężko było ominąć wszystkie takie miejsca i w jednym z nich dobiłem tylną oponę, było to trudne zadnie bo jechałem na wysokim ciśnieniu ale dla chcącego nic trudnego. Pomijam już fakt, że było to na skrzyżowaniu z przejściem dla pieszych i byłem wyprzedzany przez samochód i nic nie mogłem zrobić poza uderzeniem w krawężnik co nie byłoby zbyt rozsądnym działaniem. Trochę czasu straciłem na wymianę dętki, ostatniego kapcia złapałem w tym samym miejscu również podczas jazdy regeneracyjnej, tym razem skończyło się na uszkodzonej dętce. Kolejny cel jaki musiałem to stacja benzynowa i kompresor. Dopompowałem około 5 bar małą pompką i to musiało wystarczyć. Nie udało się tam dojechać bez przygód po drodze, przed jednym ze skrzyżowań na którym miałem pierwszeństwo musiałem gwałtownie hamować i byłem pewny, że mała ilość ciśnienia w tylnym kole wystarczy aby uszkodzić dętkę. Na szczęście nic się nie stało. Gdy dojechałem na stacje i dopompowałem koło zaczęło padać. W drobnym deszczu jechałem w kierunku domu, nie zmokłem ale chęci do jazdy spadły do zera wiec wróciłem do domu. Kilkanaście minut później przyszła burza z ulewnym deszczem. Chyba w tym roku nie będzie dobrej pogody, najdłuższe przerwy od deszczu trwają kilkanaście godzin a to mało aby drogi wyschły i były czyste od żwiru czy kamieni. Moja chęć do sportowej jazdy spada z każdym tygodniem a takie dni jak dzisiaj zdarzają się coraz częściej. Zawsze staram się szukać pozytywów ale tym razem ich nie znalazłem.


Trening 69
Czwartek, 25 czerwca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa
| Km: | 121.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:26 | km/h: | 27.29 |
| Pr. maks.: | 62.00 | Temperatura: | 24.0°C | HRmax: | 183183 ( 93%) | HRavg | 141( 72%) |
| Kalorie: | 3108kcal | Podjazdy: | 1860m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dawno planowałem przejechać tą trasę, ciągle coś nie pasowało, albo nie było czasu, pogody czy chęci. Dzisiaj trafił się idealny moment wic pojechałem. Na początek postanowiłem objechać zalaną przez wodę drogę, później wjechałem na stałą trasę do Bielska. W porównaniu do wczoraj ruch był mniejszy ale jechało się strasznie ciężko. Pogoda wreszcie letnia, kiedyś taką preferowałem a dzisiaj od samego startu się gotowałem, zupełnie odwykłem od jazdy w upale. Nie takiej dyspozycji się spodziewałem ale jechałem dalej licząc się z tym, że ten dzień może być dla mnie kryzysowy. Z Bielska chciałem wyjechać jak najszybciej, nie udało się, przytrzymały mnie wszystkie skrzyżowania z sygnalizacjami. Dopiero gdy wjechałem do Bystrej nie traciłem czasu na postojach. Do pierwszego konkretniejszego podjazdu na trasie było daleko co nie znaczy, że miałem łatwo. Pagórkowaty odcinek dał mi nieźle w kość. Cały czas zastanawiałem się gdzie podziały się moje nogi sprzed 1-2 tygodni, czułem się jakbym kilka tygodni nie siedział na rowerze. Dziwne uczucie ale prawdziwe, i towarzyszyło mi przez cały dzień. Na zjeździe myślałem trochę odpocząć ale czy tak się stało, to nie wiem, chciałem szybko przedostać się przez ruchliwą drogę Żywiec-Milówka, samochodów nie było zbyt dużo i sprawnie znalazłem się w Wieprzu. Od tego momentu miałem już pod górę przez prawie 12 kilometrów. Dopiero 4 ostatnie kilometry podjazdu są bardziej wymagające. Nim tam dojechałem musiałem się na moment zatrzymać, źle oceniłem początek podjazdu i nie zdążyłem skonsumować całego batona. Chciałem poprawić swój czas na tym podjeździe, głównie ze względu na to, że ma już prawie 8 lat. Rozpocząłem dosyć spokojnie, kilka razy musiałem zwalniać przez wolno jadące samochody. Z każdą minutą jechałem mocniej i ostatnie 3 były już na limicie, nie miałem już z czego dołożyć, czas poprawiłem o ponad minutę a jakieś rezerwy jeszcze były zwłaszcza patrząc na wskazania mocy. Na zjeździe nie miałem za bardzo możliwości przyjąć dawki węglowodanów. Zrobiłem to dopiero w Sopotni, przez nieuwagę prawie pomyliłem drogę i w ostatniej chwili powstrzymałem się od skręcenia w lewo a miałem jechać prosto. Obiema drogami dojechałbym w to samo miejsce, ta którą wybrałem była krótsza. Po chwili dojechałem do skrzyżowania z drogą do Sopotni Wielkiej. Już dawno chciałem tam pojechać, ostatni raz byłem tam kilkanaście lat temu, nigdy nie dojechałem jednak do końca drogi. Na mapie droga asfaltowa miała prawie 10 kilometrów, jeden z dłuższych podjazdów w okolicy. Niestety moje wcześniejsze spostrzeżenia okazały się trafne, na ciągnącym się odcinku złapał mnie kryzys, walczyłem z samym sobą. Udało się wjechać bez postojów, niestety asfalt kończy się nagle, nic ciekawego w tym miejscu nie było i nie zatrzymywałem się. Postój zrobiłem przy wodospadzie gdzie panował przyjemny chłodek, w potoku płynącym wzdłuż szosy poziom wody był wysoki, adekwatny do ilości opadów jakie zanotowano przez ostatnie dni. Nie miałem ustalonej drogi powrotnej i jechałem na spontana, przestrzeliłem jedno skrzyżowanie, nawet nie wiem kiedy i dojechałem do miejsca z którego zaczynałem podjazd. Odbiłem w prawo i pagórkowatą drogą dojechałem do Jeleśni. Później znowu trochę zjazdu i postój w sklepie. Uzupełniłem bidony, 500 ml wody wypiłem na miejscu i ogień pod kolejną górę. Zapomniałem, że wybierając alternatywny podjazd pod Rychwałdek czeka mnie ściana, dałem z siebie prawie maksa, upał zrobił swoje i nieźle się ujechałem poprawiając swój najlepszy czas o kilkanaście sekund. Dwa rekordy na podjazdach to jedne z niewielu plusów jakie mogę wyciągnąć z tego dnia. Myślałem, że uda się zaliczyć jeszcze przynajmniej 2 podjazdy ale moja dyspozycja siadła na tyle, że wybrałem najkrótszą drogę do domu. Podjazd na Przegibek dłużył mi się strasznie, pokonałem go już na oparach. Nogi nie pozwoliły na więcej, brakowało dodatkowego chłodzenia i skutkiem był dosyć słaby czas. Na zjeździe trochę technicznej jazdy a później walka z upierdliwymi pieszymi a w końcówce samochodami. Zbliżając się do domu zbierało się na burze ale udało się dojechać na sucho. Patrząc na trzy ostatnie dni mogę powiedzieć, że może być tylko lepiej. Widać światło w tunelu w postaci dobrych podjazdów ale do dyspozycji sprzed kilkunastu dni brakuje sporo, spodziewałem się tego ale liczyłem, że nogi będą ze mną współpracować. Liczę na to, że kolejne treningi będą lepsze.
Podjazdy:


Podjazdy:

Trening 68
Środa, 24 czerwca 2020 Kategoria 0-50, Samotnie, Szosa
| Km: | 40.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:41 | km/h: | 23.76 |
| Pr. maks.: | 62.00 | Temperatura: | 15.0°C | HRmax: | 152152 ( 77%) | HRavg | 126( 64%) |
| Kalorie: | 943kcal | Podjazdy: | 780m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Jedna niezbyt intensywna jazda wystarczyła aby stwierdzić, że w ostatnim czasie za dużo odpoczywałem. Nogi zupełnie się nie zregenerowały, były twarde i za bardzo nie chciało mi się wyjeżdżać bo wiedziałem, że jazda na pewno nie będzie przyjemna. Ostatecznie wyjechałem z myślą, że w trakcie jazdy nogi puszczą i będzie lepiej. Już po starcie duży problem, ostatnie deszcze znowu zalały okoliczne drogi i musiałem przejechać przez dwie duże kałuże, na moje szczęście nie było wtedy żadnych samochodów i mogłem zwolnić prawie do zera i tylko lekko zbrudzić rower. Później kilka akcji kierowców przez które musiałem awaryjnie hamować, dwa razy zablokowało mi koło i cudem uniknąłem bliskiego spotkania z asfaltem. Nie wiem czy kierowcy jeszcze myślą, wyprzedzanie na wąskiej niewidocznej drodze a później gwałtowne hamowanie zdarza się już któryś raz, na razie miałem dużo szczęścia i z każdej sytuacji wyszedłem cało. Później próbowałem jechać ścieżką rowerową ale i tam kierowcy nie dawali mi spokoju, najpierw jeden zatrzymał się i otworzył drzwi, na szczęście było pod górę i jechałem wolno, dalej wyjeżdżający z posesji samochód strąbił mnie po czy z impetem wjechał na drogę wprost pod jadący samochód, mało brakowało aby był dzwon. Dalej zrezygnowałem z jazdy ścieżką, naliczyłem chyba 5 samochodów zaparkowanych na ścieżce na odcinku 700 metrów. Te samochody stoją tam dosyć często, było to już zgłaszane odpowiednim służbom i zero reakcji. Straciłem na tym sporo czasu i nerwów ale jechałem dalej. Po raz pierwszy od dawna na bulwarze w Straconce były pustki, niepewna pogoda i odpowiednia godzina miały wpływ na taki stan rzeczy. Trochę czasu zyskałem ale chyba tylko po to aby stracić na podjeździe. Męczyłem się niemiłosiernie na podjeździe pod Przegibek, w międzyczasie okazało się, że mam jednak mniej czasu i muszę skrócić trasę. Jak wdrapałem się na opustoszały Przegibek podjąłem decyzje, że po 3 kilometrach zjazdu zawracam. Początek zjazdu wyglądał bardzo dobrze od strony technicznej, po 1000 metrach dojechałem do wolno jadących samochodów i dobra jazda się skończyła. Dosyć wolno dojechałem do miejsca w którym chciałem zawrócić, niestety samochody wymusiły na mnie zmianę decyzji, było ich tak dużo, że musiałem pokonać 500 metrów dodatkowego zjazdu a później także podjazdu. Drugi podjazd poszedł lepiej ale nie znaczy, że dobrze. Nogi jakie były na stracie takie były przez cały trening. Słabszą dyspozycje próbowałem sobie powetować na zjeździe, można powiedzieć, że zjazd był bliźniaczy do poprzedniego. Po obiecującym początku dojechałem do samochodów które wyprzedziły mnie na przełęczy i wlekłem się połowę zjazdu, dopiero na ostatnich 500 metrach przed Straconką samochody jechały dużo szybciej i ja również. Na Bulwarach znowu pustki i dlatego szybko przejechałem, w porę kapnąłem się, że lepiej będzie wrócić inną drogą aby minąć te dwie kałuże. Tak też zrobiłem ale żałowałem, lepiej było przejechać mniej ruchliwą drogą z utrudnieniami niż być strąbionym z góry na dół za tamowanie ruchu na bocznej, wąskiej, dziurawej drodze którą sporo osób jeździ z Bielska do Jaworza. Po krótkim przerywniku ścieżki rowerowej znowu walczyłem z samochodami także na lokalnych dróżkach. Była to kolejna męcząca jazda, na słabe nogi niewiele mogłem poradzić a sytuacja na drogach jest jaka jest i trzeba się do tego przyzwyczaić, lepiej raczej w najbliższym czasie nie będzie.


Cube Litening C:62 Pro 2017
Wtorek, 23 czerwca 2020 Kategoria Przegląd sprzętu
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | min/km: | ||
| Pr. maks.: | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | |||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | ||||

Niedawno rama karbonowa którą użytkowałem ponad 3 lata uległa poważnemu uszkodzeniu. W 2017 roku rower przewrócił się na tylną przerzutkę która od tego czasu nie działała jak należy co doprowadziło do uszkodzenia mocowania haka w ramie. Udało się to naprawić ale nic nie jest wieczne. Po dwóch latach intensywnego użytkowania przez problemy ze szwankującym napędem rama uległa ponownemu uszkodzeniu, mocowanie haka puściło całkowicie, do tego pojawiło się pękniecie na tylnych widełkach co jest raczej nienaprawialne a gwarancji na to nie ma. Mogłem inwestować w tą ramę i próbować to naprawić ale uznałem, że lepiej dołożyć i mieć nową, nienaruszoną ramę. Wybrałem większy rozmiar aby rama miała większe zastosowanie, ma służyć nie tylko do sportowej jazdy ale i turystycznej na którą z czasem się przerzucę. Ciężko dostać dobrą ramę nie wydając majątku i na razie nie znalazłem takiej którą dałoby się kupić w komplecie z widelcem. Najważniejsze, że rama ma dożywotnią gwarancje a widelec wcale nie musi być do kompletu, ważne aby był kompatybilny z ramą a stary nie pasuje, rama posiada inne stery a większy rozmiar wymusił zastosowanie przedłużki widelca, takie rozwiązanie na jakiś czas jest dobre ale na dłuższą metę może doprowadzić nawet do uszkodzenia ramy w tym miejscu. Później okazało się, że potrzebna jest też redukcja do przedniej przerzutki, stara rama miała średnice rury 34,9 mm a nowa ma 31,8 mm. Hak tylnej przerzutki ma inny kształt i jest łatwiej dostępny na rynku. Montując komponenty stwierdziłem, że ucierpiała też tylna przerzutka ale na szczęście konieczna jest tylko wymiana wózka, przerzutka działa dobrze i prawidłowo zmienia biegi a tylko wózek jest krzywy i uszkodzony. To są drobiazgi nie wymagające dużego wkładu finansowego. Liczyłem się z tym, że rower na tej ramie będzie cięższy niż na starej ze względu na rozmiar. Ostatecznie okazało się, że waga nieco spadła co jednak nie ma dla mnie znaczenia. Po kilku modyfikacjach w ciągu 6 miesięcy złożyłem praktycznie nowy rower, ze starego zostały tylko kierownica, mostek, sztyca, siodło i koszyki na bidony. Mam nadziej, że kilka lat obędzie się bez takich inwestycji, czeka mnie dużo innych wydatków, cały czas oszczędzam finanse ale one mają być przeznaczone na inny cel.
Pełna specyfikacja roweru:

Z ciekawości zważyłem rower. Na kołach karbonowych, z koszykami na bidony, uchwytem na licznik i pompkę, bez pedałów wyszło około 6,9 kg. Z kołami aluminiowymi 7,5 kg. Na poprzedniej ramie rower ważył kolejno 7,3 kg i 7,9 kg. Nie pamiętam czy ta waga była z pedałami czy nie. Jak widać masa nie odbiega od tej jaką mają rowery na ramach bardziej znanych i cenionych marek.

Trening 67
Wtorek, 23 czerwca 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 91.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 03:06 | km/h: | 29.35 |
| Pr. maks.: | 66.00 | Temperatura: | 17.0°C | HRmax: | 159159 ( 81%) | HRavg | 138( 70%) |
| Kalorie: | 2091kcal | Podjazdy: | 870m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Po kilku nieprzyjemnych dniach wreszcie wyszło słońce i można było z czystym sumieniem wyjechać na szosę. Czekałem na ten dzień z tego względu, że miałem w planie przetestowanie roweru na nowej ramie. Przed wyjazdem jeszcze kilka poprawek m.in. delikatna korekta ustawienia siodła czy montaż miernika mocy i w drogę. Nie mam ostatnio zaufania do prognoz pogody i wolałem ubrać się cieplej niż zmarznąć i dlatego ubrałem potówek, rękawki i rękawiczki których w okresie letnim zazwyczaj nie używam. Ostatnio wymieniałem bloki i coś jest z nimi nie tak bo potrafią się wypinać podczas jazdy w najmniej oczekiwanym momencie i już na starcie miałem z nimi problem. Pierwsze metry na tym rowerze wystarczyły aby stwierdzić, że rama jest niesamowicie sztywna, poprzednia w porównaniu z tą była miękka. Wiedziałem, że po drodze może mnie czekać wiele przerw na zmianę ustawień i pierwsza nastąpiła już po kilometrze. Za nisko ustawiłem siodło i musiałem podnieść sztycę o około 1 centymetr. Brak klucza dynamometrycznego spowodował, że musiałem bardzo ostrożnie dokręcać śrubę by zarówno trzymała sztycę jak i nie była dociągnięta za mocno. Udało się bo nie miałem już później problemów z opadającą sztycą. Znowu dopisało mi szczęście i od samego początku jechałem z wiatrem wiejącym w twarz. Dzielenie sobie radziłem z warunkami obserwując zachowanie roweru. Przez pierwsze 40 minut wyszły kolejne niedociągnięcia, zapomniałem sprawdzić zaciski kół przed jazdą a tylny nie trzymał zbyt dobrze i musiałem go poprawić. Drugi problem to poprowadzenie przewodu od Di2, musiałem go owinąć wokół pancerza bo latał na boki wydając irytujące dźwięki. Później nic się nie działo, wybrałem wymagającą trasę z wieloma podjazdami oraz odcinkami o złej nawierzchni. Kilka razy kierowcy podnieśli mi ciśnienie wykonując niebezpieczne manewry przez które musiałem awaryjnie hamować. Na kilku odcinkach dróg ruch był spory i żałowałem, że tamtędy jechałem. Noga nie była zbyt dobra i ogólnie jazda nie układała się po mojej myśli. Jadłem regularnie i dużo piłem przez co musiałem zrobić awaryjny postój w niezbyt komfortowym miejscu. Na jednym z wielu dziurawych odcinków najpierw wypadła mi pompka, zapomniałem zabezpieczenia i zdecydowałem się schować ją do kieszeni, później podczas konsumpcji batona jego połowa wylądowała na jezdni, podbiło mi rower i to wystarczyło, niby tylko połowa batona ale miałem wszystko wyliczone na styk i tego później brakowało. Kolejny dziurawy odcinek znowu mnie załatwił, popuściły stery a w dodatku wyprzedziło mnie kilku kolarzy z taką prędkością, ze wydawało mi się, że stoję w miejscu. Nim przedostałem się na drugą stronę Wisły zatrzymałem się ostatni raz i dokręciłem stery, widocznie zapomniałem dokręcić jedną ze śrub kluczem dynamometrycznym i przy pełnej nierównych i dziurawych odcinków trasie stery poluzowały się. Później mimo tego, że jeszcze towarzyszyły mi gorsze nawierzchnie nic się niepokojącego nie działo. Nie byłem zdecydowany którą drogą wrócić do domu i skierowałem się na Chybie. Po drodze dojechałem do ciągnika rolniczego, nie wiem czemu nie wyprzedziłem go, trochę odpocząłem jadąc za nim ale gdy skręcił na stacje benzynową przyśpieszyłem po to aby zwolnić przed skrzyżowaniem. Zjadłem ostatnią dawkę węglowodanów która musiała wystarczyć jeszcze na minimum 40 minut jazdy. Jechałem cały czas znanymi drogami, trochę na pamięć i dopiero gdy na rondzie w Ligocie skręciłem w prawo zorientowałem się, że lepiej było jechać na Mazańcowice. Pojechałem jednak na Międzyrzecze i później na Jasienicę. Dopiero
wtedy poczułem, że wiatr mi sprzyja, wcześniej walczyłem z bocznymi i
przeciwnymi podmuchami. Na podjeździe mocy już brakowało, czułem, ze bomba nadchodzi ale udało się bez niej dojechać do Jaworza skąd już blisko miałem do domu. Wracałem do domu z myślą, że za 2 godziny będę już w pracy a okazało się, że już dzisiaj mam wolne, gdybym wiedział to rano to wybrałbym się na dłuższą trasę. Po pierwszej jeździe jestem zadowolony, nie podoba mi się jedynie praca suportu i kilka mniejszych rzeczy które uda się poprawić. Po przyjeździe czyszczenie i dociągniecie śrub. Przez najbliższe dni zrobię kolejne testy ramy m.in. w górach czy na dłuższym dystansie. Ustawiona pozycja na początku jazdy okazała się optymalna i na razie nie będę w nią ingerował. Po dzisiejszej jeździe mam mieszane uczucia w odniesieniu do formy. Niby moc w nogach pozostała ale zmęczyłem się na tej trasie bardziej niż zwykle.
Podsumowanie 25 tygodnia 2020
Poniedziałek, 22 czerwca 2020 Kategoria Podsumowanie Tygodnia
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | min/km: | ||
| Pr. maks.: | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | |||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | ||||
Liczyłem na to, że wreszcie pogoda się ustabilizuje i będzie można normalnie jeździć w sprzyjających warunkach odpowiadających porze roku ale niestety znów pogoda dyktowała warunki i ze względów bezpieczeństwa ostatni trening na szosie zrobiłem w środę. Idąc tokiem jakim rozpoczynałem treningi w listopadzie teraz miał być najważniejszy etap sezonu, mniej treningów, więcej ważnych startów. Obciążenia wyścigowego nie da się nadrobić treningiem i dlatego ciężko będzie utrzymać formę jaką udało się wypracować, liczby wskazują na to, że nigdy tak dobrze nie było i niestety sporo rzeczy powoduje, że nie mogę cieszyć się formą tylko patrzeć jak ulatuje. Jedyne co mogę zrobić to maksymalnie spowolnić ten proces ale czy to będzie możliwe to pokażą następne tygodnie. Ostatnio ciężko znaleźć motywacje, jak nie ma czasu to jest pogoda do jazdy, gdy pojawia się czas to znów nie ma pogody. Do tego problemy ze sprzętem odcisnęły swoje piętno na samopoczuciu. Przez poprzednie miesiące gdy również nie wszystko się układało jakoś to wyglądało ale ten tydzień był najgorszy od ponad roku. Żadnego ładu i składu nie można było się doszukać w tym co robiłem, zwykle w końcówce czerwca sporo jeździłem w różnym tempie i terenie a tym razem treningu było znacznie mniej. Sporo mnie kosztowało dojście do miejsca w którym teraz się znajduje. Miałem przez ostatnie dni więcej czasu do przemyśleń i ostatecznie stwierdziłem, że taki reset się przyda. Ostatnio na drogach jest bardzo niebezpiecznie, kierowcy nie zawsze respektują rowerzystów i kolarzy a kolarze nie zawsze respektują przepisy ruchu drogowego i z tego nie wynika nic dobrego. Zazwyczaj kończy się to źle dla rowerzystów ale przyczyna nie zawsze leży po stronie kierowców. Brak wzajemnego zrozumienia i szacunku wzmacnia jedynie wzajemną niechęć i pogarsza bezpieczeństwo. Dobre ubezpieczenie to nie wszystko i nie zawsze rekompensuje utratę zdrowia które jest najważniejsze. Idąc tym tropem odpuściłem sobie jazdę w ten weekend, drogi po ostatnich deszczach są mokre i śliskie, widoczność znacznie gorsza i nietrudno o wypadek który jest ostatnią rzeczą której teraz potrzebuję. Na horyzoncie widać pogodne dni wiec będzie się można nacieszyć jazdą. Sprawiedliwości na Świecie nie ma i przez ostatnie miesiące można było tego doświadczyć np. przez znacznie gorszą pogodę, gdy u nas padało na północnym-zachodzie było sucho i pogodnie, w innych rejonach można od tygodnia przekraczać granice a na Śląsku dopiero po tygodniu zezwolono wjazd na Słowację a Czechy dalej zamknięte i aby pojechać w przyległe granicy tereny trzeba nadłożyć drogi. Ludzie mieszkający na Śląsku są tacy sami jak gdzie indziej, wobec przepisów i prawa powinniśmy być równi a tak nie jest. Pomijam już fakt tego co Państwo robi dla określonych grup społeczeństwa a reszta za to płaci bo z tym nigdy się nie pogodzę, nie mam na to wpływu i dlatego nie chce zawracać sobie tym głowy. Myślę, że lepsze czasy nadchodzą i w ciągu najbliższych tygodni potrzeba jazdy na rowerze będzie zaspokojona w dwójnasób, ostatnie dwa tygodnie były słabsze w moim wykonaniu, dużo odpoczywałem i sił mi nie brakuje.
1.Waga w ostatnim czasie:

Mała ilość jazdy w końcówce tygodnia wpłynęła na wzrost wagi.
2.Obciążenie treningowe:

Słabszy okres zaowocował spadkiem wartości ATL i CTL.
3.Najlepsze wartości mocy:

Brak bardzo intensywnych treningów i powtórzeń spowodował, że najlepsze wartości mocy odbiegają od rekordowych.
4.Intensywność treningów:

Nie skupiając się na intensywności i ćwiczeniach analiza danych pod tym kątem nie ma większego sensu. Dominowały wysiłki tlenowe z krótkimi wstawkami na większej intensywności oraz jedna próba czasowa z dobrym rezultatem
5.Dane liczbowe:

Czas w strefach:

Dane szczegółowe:

6.Podjazdy:

Słaby to był tydzień również pod względem podjazdów. Jeden z nich mógł być rekordowy ale zabrakło kilku sekund. Sprawdziłem się w rywalizacji na segmencie i zgodnie z przypuszczeniami straciłem sporo do czołówki. Na innym podjeździe o równiejszym nachyleniu zapewne byłbym bliżej najlepszych.
7.Wstępny rozpis na kolejny tydzień:
W dalszym ciągu nie będę trenował według schematu. Mam nadzieje, że pogoda pozwoli na więcej niż w ostatnim czasie. W ciągu tygodnia może uda się ustalić kalendarz startów w tym roku. Jak się uda to wystartuje w kilku czasówkach. Dłuższe wyścigi raczej odpuszczam w tym sezonie.
1.Waga w ostatnim czasie:

Mała ilość jazdy w końcówce tygodnia wpłynęła na wzrost wagi.
2.Obciążenie treningowe:

Słabszy okres zaowocował spadkiem wartości ATL i CTL.
3.Najlepsze wartości mocy:

Brak bardzo intensywnych treningów i powtórzeń spowodował, że najlepsze wartości mocy odbiegają od rekordowych.
4.Intensywność treningów:

Nie skupiając się na intensywności i ćwiczeniach analiza danych pod tym kątem nie ma większego sensu. Dominowały wysiłki tlenowe z krótkimi wstawkami na większej intensywności oraz jedna próba czasowa z dobrym rezultatem
5.Dane liczbowe:

Czas w strefach:

Dane szczegółowe:

6.Podjazdy:

Słaby to był tydzień również pod względem podjazdów. Jeden z nich mógł być rekordowy ale zabrakło kilku sekund. Sprawdziłem się w rywalizacji na segmencie i zgodnie z przypuszczeniami straciłem sporo do czołówki. Na innym podjeździe o równiejszym nachyleniu zapewne byłbym bliżej najlepszych.
7.Wstępny rozpis na kolejny tydzień:
W dalszym ciągu nie będę trenował według schematu. Mam nadzieje, że pogoda pozwoli na więcej niż w ostatnim czasie. W ciągu tygodnia może uda się ustalić kalendarz startów w tym roku. Jak się uda to wystartuje w kilku czasówkach. Dłuższe wyścigi raczej odpuszczam w tym sezonie.
Licznik Bryton Aero 60
Niedziela, 21 czerwca 2020 Kategoria Inne
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | min/km: | ||
| Pr. maks.: | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | |||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | ||||
Kolejnym urządzeniem z jakiego mam okazje korzystać jest licznik Bryton Aero 60. Kupiłem go w miejsce wysłużonego już Garmina Edge 800. Mam go od niedawna ale poznałem już jego plusy i minusy.

Pierwszy argument jaki mnie przekonał do zakupu tego licznika to cena. Nie zależało mi na wersji z czujnikami i sam licznik z mocnym uchwytem, kablem do ładowania, instrukcjami i folią ochronną miałem za 600 złotych. Za Wahoo Elemnt Bolt musiałbym zapłacić 300 złotych więcej a za Garmina Edge 530 ponad 1000 złotych. Myślałem najpierw o Bryton Rider 530 lub 420. Przeciwko 530 stał fakt, że nie jest już wspierany aktualizacja oprogramowania, a 420 nie miał wszystkich funkcji na których mi zależało.
Drugi argument za tym licznikiem był taki, że nie lubię iść za modą i trendami i wybieram często niezbyt popularne rzeczy. Blisko 80 % osób korzysta z Garmina lub Wahoo a ledwie 20 % z produktów innych producentów.
Trzeci argument jaki zadecydował to fakt, że lubię eksperymentować i testować nieznane produkty. Miałem już licznik Mio Cyclo 105 który okazał się niewypałem, miałem Garmina Edge 800 który mi pasował ale często się zawieszał i wymagał przywracania ustawień fabrycznych. Mało popularny Bryton kusił mnie już przy poprzedniej zmianie licznika ale wtedy postawiłem na używanego Garmina.
Czwarty argument jest taki, że nie będzie mi go szkoda wyrzucić gdy nie będzie już nadawał się do użytku. Wydając 1000 złotych na licznik mam dużo większe obawy, że będę żałował wydanych pieniędzy za coś co w sumie nie jest tego warte a w momencie jakiejś poważniejszej awarii gorzej jest się pogodzić z tym faktem. Wydając 60 % tej ceny żal przy uszkodzeniu lub wyrzuceniu licznika będzie mniejszy.
Kolejny argument to solidny i unikatowy uchwyt który kosztuje około 150 złotych a tutaj był w zestawie. Uchwyt nie pasuje do innego licznika a jego kształt pozwala dodatkowo zabezpieczyć licznik przed wypadnięciem.
Mógłbym wymienić jeszcze kilka innych argumentów ale powyższe w zupełności mnie przekonały.
Licznik w podstawowej wersji, z uchwytem aero i instrukcją można już mieć za 550 złotych. Za wersje z czujnikami należy dopłacić ale mi nie były one potrzebne, urządzenie bez problemu działa z innymi czujnikami łączącymi się w standardzie Ant+ oraz Bluetooth.

Na pierwszy rzut oka urządzenie wygląda dosyć licho, wykonane jest z miękkiego tworzywa które łatwo jest uszkodzić i to niewątpliwie jedna z wad tego urządzenia. Bardzo ciężko znaleźć silikonowe etui które w przypadku np. Garmina dostępne jest od ręki.
Według producenta licznik wytrzymuje ponad 30 godzin. Ta wartość jest przeszacowana. Po kilku tygodniach użytkowania licznik rozładowywał się po 20-25 godzinach pracy. Z reguły nie korzystałem z podświetlenia ekranu, jeździłem wyłącznie za dnia, zazwyczaj w dobrych warunkach pogodowych. Korzystałem z dwóch czujników, miernika mocy i pomiaru tętna, kilka razy użyłem czujnika prędkości ale nie jest on niezbędny do prawidłowego pomiaru prędkości. Czasami również włączałem powiadomienia z telefonu i Bluetooth. Na trasie robiłem mało przerw i licznik ładowałem średnio co 10-12 dni. Na dłuższym czasie pracy baterii zależało mi bardzo ponieważ Garmin potrafił się rozładować na trasie po kilku godzinach jazdy z użyciem czujników. Licznik można podładować po drodze z użyciem Powerbanka co zadowoli długodystansowców.
Produkt jest w wersji guzikowej. Na początku ciężko było mi się przestawić z urządzenia dotykowego którego użytkowałem przez ostatnie 2 lata. Licznik posiada aż 7 guzików, w Garminie były trzy i to spore utrudnienie. Trochę trwało zanim załapałem który guzik za co odpowiada i wciąż zdąża mi się, że nacisnę nie ten co trzeba. Garmin po kilku godzinach w deszczu zawsze miał jakieś odchyłki, zazwyczaj nie działał poprawnie wysokościomierz. W tym liczniku na razie nie zauważyłem podobnych zjawisk.
Urządzenie posiada multum funkcji treningowych. Dane pochodzące z prędkości, tętna, mocy, kadencji i wysokości zadowolą nawet najbardziej wymagających użytkowników. Nie brakuje mu niczego poza nawigacją. Można korzystać z gotowych śladów lub wcześniej zapisanych kursów ale zaplanować trasy i celu podróży z poziomu urządzenia się nie da i to może być wada tego modelu. Garmin Edge 800 często służył mi jako nawigacja i może tej funkcji brakować. Do celów treningowych nie jest to konieczna funkcja. Dużym plusem jest również połączenie z czujnikiem od elektronicznego osprzętu dzięki czemu dostajemy informacje o aktualnie wybranym przełożeniu i stanie baterii.
W liczniku jest proste Menu, łatwo ustawić wszystko także z poziomu telefonu za pomocą Aplikacji Bryton Active. Ta właściwość jest zaczerpnięta z rozwiązań bardziej znanych producentów. Na początku pojawiły się niejasności, przeoczyłem polski podczas wyboru języka i sądziłem, że nie ma polskiego menu. Dosyć dobrze znam Angielski i nie miałem problemu z ustawieniem urządzenia. Dopiero po kilku tygodniach zauważyłem, że jest polskie menu.
Aktywności z urządzenia można pobierać na trzy sposoby. Pierwszy z nich jest najbardziej abstrakcyjny i podstawowy czyli ręczne zgranie aktywności poprzez podłączenie urządzenia do komputera. Drugi sposób to połączenie urządzenia z telefonem poprzez Bluetooh i przesłanie pliku. Trzeci jest najszybszy. Połączenie licznika poprzez WiFi i automatyczne przesłanie aktywności do platformy Bryton Active. W urządzeniu jest sporo miejsca i zapisując tylko aktywności jest miejsce na nawet 600 godzin.
Platformę Bryton Active można zsynchronizować z innymi platformami takimi jak TreaningPeaks czy Strava co znacznie ułatwia analizę treningów. W urządzeniu są zapisane gotowe treningi i testy w oparciu o moc czy tętno. Istnieje możliwość wgrania własnych treningów.
Za taką cenę nie można narzekać na to urządzenie mimo kilku wad jakie posiada.
Ustawienie menu trwa kilka minut. Dużo łatwiej jest zrobić to przy użyciu Smartfonu niż skakać po menu używając guzików. Włączenie licznik trwa kilka sekund po czym wchodzimy w Menu za pomocą guzika znajdującego się w prawym dolnym rogu. W menu mamy aż 6 punktów do wyboru. Pierwszy z góry to powrót do pierwszego pola treningowego. Drugi służy do przesyłania danych za pomocą WiFi. Trzecim wybieramy kurs. Kolejny to historia aktywności i podgląd każdej z nich. Piąty prowadzi do ustawień urządzenia a ostatni pozwala na wybór testów lub zapisanych treningów.

Ustawienie ekranów to już kwestia indywidualna. Możemy ustawić aż 5 stron od 4 do 10 pól danych na każdej z nich. Pola możemy dobrać według własnego uznania i potrzeby. W tej kwestii urządzenie nie odbiega od droższych modeli bardziej popularnych firm oferujących liczniki.
Dużym niedopracowaniem jest fakt, że do menu można wejść tylko wówczas gdy nie mamy włączonej aktywności. Zmienienie czegoś np. w ustawieniach ekranów można w tym czasie przeprowadzić wyłącznie z poziomu telefonu. Zmiana innych ustawień jest niemożliwa, w tym celu trzeba zakończyć aktywność i rozpocząć nowa po zmianie ustawień. Podobnie wygląda sytuacja z wyborem kursu którym chcemy podążać. To można rozwiązać w inny sposób. Włączyć kurs przed rozpoczęciem aktywności i po dojeździe do jego początku urządzenia zaczyna nawigować. Jest to spore utrudnienie a może nawet wada urządzenia ale da się do tego przyzwyczaić.
Mimo wszystko urządzenie jest warte swojej ceny. Niska popularność nie oznacza tego, że nie warto go kupić. Po kilku tygodniach testów wiem już o nim wszystko i ze swojej strony mogę polecić urządzenia tej firmy. Dla szukających kompletnego urządzenia treningowego jest to dobre rozwiązanie za niezbyt wysoką cenę.

Pierwszy argument jaki mnie przekonał do zakupu tego licznika to cena. Nie zależało mi na wersji z czujnikami i sam licznik z mocnym uchwytem, kablem do ładowania, instrukcjami i folią ochronną miałem za 600 złotych. Za Wahoo Elemnt Bolt musiałbym zapłacić 300 złotych więcej a za Garmina Edge 530 ponad 1000 złotych. Myślałem najpierw o Bryton Rider 530 lub 420. Przeciwko 530 stał fakt, że nie jest już wspierany aktualizacja oprogramowania, a 420 nie miał wszystkich funkcji na których mi zależało.
Drugi argument za tym licznikiem był taki, że nie lubię iść za modą i trendami i wybieram często niezbyt popularne rzeczy. Blisko 80 % osób korzysta z Garmina lub Wahoo a ledwie 20 % z produktów innych producentów.
Trzeci argument jaki zadecydował to fakt, że lubię eksperymentować i testować nieznane produkty. Miałem już licznik Mio Cyclo 105 który okazał się niewypałem, miałem Garmina Edge 800 który mi pasował ale często się zawieszał i wymagał przywracania ustawień fabrycznych. Mało popularny Bryton kusił mnie już przy poprzedniej zmianie licznika ale wtedy postawiłem na używanego Garmina.
Czwarty argument jest taki, że nie będzie mi go szkoda wyrzucić gdy nie będzie już nadawał się do użytku. Wydając 1000 złotych na licznik mam dużo większe obawy, że będę żałował wydanych pieniędzy za coś co w sumie nie jest tego warte a w momencie jakiejś poważniejszej awarii gorzej jest się pogodzić z tym faktem. Wydając 60 % tej ceny żal przy uszkodzeniu lub wyrzuceniu licznika będzie mniejszy.
Kolejny argument to solidny i unikatowy uchwyt który kosztuje około 150 złotych a tutaj był w zestawie. Uchwyt nie pasuje do innego licznika a jego kształt pozwala dodatkowo zabezpieczyć licznik przed wypadnięciem.
Mógłbym wymienić jeszcze kilka innych argumentów ale powyższe w zupełności mnie przekonały.
Licznik w podstawowej wersji, z uchwytem aero i instrukcją można już mieć za 550 złotych. Za wersje z czujnikami należy dopłacić ale mi nie były one potrzebne, urządzenie bez problemu działa z innymi czujnikami łączącymi się w standardzie Ant+ oraz Bluetooth.

Na pierwszy rzut oka urządzenie wygląda dosyć licho, wykonane jest z miękkiego tworzywa które łatwo jest uszkodzić i to niewątpliwie jedna z wad tego urządzenia. Bardzo ciężko znaleźć silikonowe etui które w przypadku np. Garmina dostępne jest od ręki.
Według producenta licznik wytrzymuje ponad 30 godzin. Ta wartość jest przeszacowana. Po kilku tygodniach użytkowania licznik rozładowywał się po 20-25 godzinach pracy. Z reguły nie korzystałem z podświetlenia ekranu, jeździłem wyłącznie za dnia, zazwyczaj w dobrych warunkach pogodowych. Korzystałem z dwóch czujników, miernika mocy i pomiaru tętna, kilka razy użyłem czujnika prędkości ale nie jest on niezbędny do prawidłowego pomiaru prędkości. Czasami również włączałem powiadomienia z telefonu i Bluetooth. Na trasie robiłem mało przerw i licznik ładowałem średnio co 10-12 dni. Na dłuższym czasie pracy baterii zależało mi bardzo ponieważ Garmin potrafił się rozładować na trasie po kilku godzinach jazdy z użyciem czujników. Licznik można podładować po drodze z użyciem Powerbanka co zadowoli długodystansowców.
Produkt jest w wersji guzikowej. Na początku ciężko było mi się przestawić z urządzenia dotykowego którego użytkowałem przez ostatnie 2 lata. Licznik posiada aż 7 guzików, w Garminie były trzy i to spore utrudnienie. Trochę trwało zanim załapałem który guzik za co odpowiada i wciąż zdąża mi się, że nacisnę nie ten co trzeba. Garmin po kilku godzinach w deszczu zawsze miał jakieś odchyłki, zazwyczaj nie działał poprawnie wysokościomierz. W tym liczniku na razie nie zauważyłem podobnych zjawisk.
Urządzenie posiada multum funkcji treningowych. Dane pochodzące z prędkości, tętna, mocy, kadencji i wysokości zadowolą nawet najbardziej wymagających użytkowników. Nie brakuje mu niczego poza nawigacją. Można korzystać z gotowych śladów lub wcześniej zapisanych kursów ale zaplanować trasy i celu podróży z poziomu urządzenia się nie da i to może być wada tego modelu. Garmin Edge 800 często służył mi jako nawigacja i może tej funkcji brakować. Do celów treningowych nie jest to konieczna funkcja. Dużym plusem jest również połączenie z czujnikiem od elektronicznego osprzętu dzięki czemu dostajemy informacje o aktualnie wybranym przełożeniu i stanie baterii.
W liczniku jest proste Menu, łatwo ustawić wszystko także z poziomu telefonu za pomocą Aplikacji Bryton Active. Ta właściwość jest zaczerpnięta z rozwiązań bardziej znanych producentów. Na początku pojawiły się niejasności, przeoczyłem polski podczas wyboru języka i sądziłem, że nie ma polskiego menu. Dosyć dobrze znam Angielski i nie miałem problemu z ustawieniem urządzenia. Dopiero po kilku tygodniach zauważyłem, że jest polskie menu.
Aktywności z urządzenia można pobierać na trzy sposoby. Pierwszy z nich jest najbardziej abstrakcyjny i podstawowy czyli ręczne zgranie aktywności poprzez podłączenie urządzenia do komputera. Drugi sposób to połączenie urządzenia z telefonem poprzez Bluetooh i przesłanie pliku. Trzeci jest najszybszy. Połączenie licznika poprzez WiFi i automatyczne przesłanie aktywności do platformy Bryton Active. W urządzeniu jest sporo miejsca i zapisując tylko aktywności jest miejsce na nawet 600 godzin.
Platformę Bryton Active można zsynchronizować z innymi platformami takimi jak TreaningPeaks czy Strava co znacznie ułatwia analizę treningów. W urządzeniu są zapisane gotowe treningi i testy w oparciu o moc czy tętno. Istnieje możliwość wgrania własnych treningów.
Za taką cenę nie można narzekać na to urządzenie mimo kilku wad jakie posiada.
Ustawienie menu trwa kilka minut. Dużo łatwiej jest zrobić to przy użyciu Smartfonu niż skakać po menu używając guzików. Włączenie licznik trwa kilka sekund po czym wchodzimy w Menu za pomocą guzika znajdującego się w prawym dolnym rogu. W menu mamy aż 6 punktów do wyboru. Pierwszy z góry to powrót do pierwszego pola treningowego. Drugi służy do przesyłania danych za pomocą WiFi. Trzecim wybieramy kurs. Kolejny to historia aktywności i podgląd każdej z nich. Piąty prowadzi do ustawień urządzenia a ostatni pozwala na wybór testów lub zapisanych treningów.

Ustawienie ekranów to już kwestia indywidualna. Możemy ustawić aż 5 stron od 4 do 10 pól danych na każdej z nich. Pola możemy dobrać według własnego uznania i potrzeby. W tej kwestii urządzenie nie odbiega od droższych modeli bardziej popularnych firm oferujących liczniki.
Dużym niedopracowaniem jest fakt, że do menu można wejść tylko wówczas gdy nie mamy włączonej aktywności. Zmienienie czegoś np. w ustawieniach ekranów można w tym czasie przeprowadzić wyłącznie z poziomu telefonu. Zmiana innych ustawień jest niemożliwa, w tym celu trzeba zakończyć aktywność i rozpocząć nowa po zmianie ustawień. Podobnie wygląda sytuacja z wyborem kursu którym chcemy podążać. To można rozwiązać w inny sposób. Włączyć kurs przed rozpoczęciem aktywności i po dojeździe do jego początku urządzenia zaczyna nawigować. Jest to spore utrudnienie a może nawet wada urządzenia ale da się do tego przyzwyczaić.
Mimo wszystko urządzenie jest warte swojej ceny. Niska popularność nie oznacza tego, że nie warto go kupić. Po kilku tygodniach testów wiem już o nim wszystko i ze swojej strony mogę polecić urządzenia tej firmy. Dla szukających kompletnego urządzenia treningowego jest to dobre rozwiązanie za niezbyt wysoką cenę.
Trenażer 65
Niedziela, 21 czerwca 2020 Kategoria Trenażer
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:00 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | 1668kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wczoraj nie zdecydowałem się na trening rowerowy i wykonałem tylko kilka ćwiczeń stabilizacyjnych i poświeciłem więcej czasu na rolowanie mięśni. Od piątku dni najdłuższa przerwa w opadach trwała kilka minut, nic nie przekonało mnie do wyjścia z domu i po raz kolejny siadłem na trenażer. Podobnie jak ostatnio postawiłem go pod zadaszeniem na świeżym powietrzu i było idealnie. Sesje poniżej 100 TSS nie są dla mnie treningiem, trzymając się 2 strefy musiałbym wysiedzieć minimum 2,5 godziny co obecnie jest zbyt dużym obciążeniem dla głowy i musiałem zmodyfikować założenia tak aby w czasie 2 godzin wskoczyło 100 TSS. Długie powtórzenia też nie są idealnym rozwiązaniem ponieważ organizm oddałby dużo potu czego chciałem uniknąć. Rozwiązanie przyszło szybciej niż myślałem, wybrałem jeden gotowy trening z dostępnej bazy wielu platform treningowych. Przy budowie formy taki rozkład obciążeń nie ma większego sensu, w przypadku utrzymania już jest bardziej przydatny. Już wcześniej przygotowałem miejsce treningu, dwa miesiące temu trenowałem tak dzień w dzień wiec problemu z tym nie było. Przygotowałem 4 bidony po 500 ml i 150 gram węglowodanów, do tego ręcznik i bluza na rozgrzewkę i schłodzenie organizmu po wysiłku. Bałem się, że padający deszcz w połączeniu z wiatrem będzie mnie dodatkowo chłodził ale nie było tak źle. Sam trening szybko przeleciał, w aplikacji treningowej miałem wgrany trening i ustawioną funkcje automatycznych okrążeń. Nie było to najlepsze rozwiązanie o czym przekonałem się podczas treningu. Kilka razy zmieniałem obciążenie zbyt późno. Największy problem miałem wówczas gdy podczas powtórzenia zdecydowałem się trzymać kadencje 55-60. Nie znoszę siłowej jazdy i to samo mówiły moje kolana, dużo lepiej czułem się kręcąc z kadencją ponad 100. Zrezygnowałem z pomiaru tętna podczas treningu, miałem zbyt dużo parametrów do pilnowania i tętno było tutaj zbyteczne. Byłem trochę zaskoczony, że bez większych problemów dotrwałem do końca treningu. Nie był to tak solidny trening jaki powinienem sobie dzisiaj zaaplikować ale lepsze to niż nic. Ten rok jest pierwszym w którym nie było jak na razie miesiąca kiedy nie korzystałem z trenażera. Pogoda w tym roku jest wyjątkowo kapryśna, niewiele wskazuje na to, że może się to zmienić w najbliższym czasie.




Trenażer 64
Piątek, 19 czerwca 2020 Kategoria Trenażer
| Km: | 0.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:30 | km/h: | 0.00 |
| Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | °C | HRmax: | 137137 ( 70%) | HRavg | 125( 64%) |
| Kalorie: | 1230kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Triban 5 | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Myślałem, że na początku tygodnia była zła pogoda ale to co dzieje się obecnie to jest kpina. Liczyłem że w czerwcu będzie już ciepło i pogodnie ale znów się przeliczyłem. Dzisiaj wracając z pracy co prawda nie padało ale i tak wróciłem mokry od pasa w dół, wcześniej przeszła taka ulewa, że drogi zamieniły się w rzeki i nawet błotniki nie pomogły. W minimalnym stopniu humor poprawił mi kierowca który próbował zajechać mi drogę i ściągło go przez rozmoknięte pobocze do głębokiego rowu i na 90 % uszkodził zawieszenie. Od ostatniego treningu minęły już 2 dni i na taką przerwę nie chciałem sobie pozwolić i zmusiłem się do wyciągnięcia trenażera. Nie miałem motywacji do mocnej jazdy i głowa pozwoliła na 90 minut jazdy w strefach 1-2. Noga podawała całkiem fajnie ale co z tego jak przez cały czas patrzyłem jak deszcz pada, momentami przestawało ale drobne krople ciągle z nieba leciały. Ciężko szukać pozytywów wiedząc, że w czasie kiedy będzie miał czas na więcej jazdy to pogoda będzie raczej barowa. W weekend miałem w planie zaliczyć kilka nowych podjazdów w Beskidzie Żywieckim i Makowskim m.in. Makowską Górę. W tym roku albo skracałem trasy albo zupełnie rezygnowałem z jazdy w górach. Może druga połowa roku będzie lepsza i uda się zaliczyć kilka ciekawych tras i nowe podjazdy. Wciąż mam nadzieje na chociaż jedną jazdę w weekend, jak się nie uda to spróbuje znów wsiąść na trenażer.









