Wpisy archiwalne w kategorii
Samotnie
| Dystans całkowity: | 175754.50 km (w terenie 3302.00 km; 1.88%) |
| Czas w ruchu: | 6556:08 |
| Średnia prędkość: | 26.42 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 750.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 2024461 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 205 (179 %) |
| Maks. tętno średnie: | 198 (101 %) |
| Suma kalorii: | 3763302 kcal |
| Liczba aktywności: | 2724 |
| Średnio na aktywność: | 64.52 km i 2h 26m |
| Więcej statystyk | |
Trening 86
Czwartek, 23 lipca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa
| Km: | 141.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 06:05 | km/h: | 23.18 |
| Pr. maks.: | 65.00 | Temperatura: | 19.0°C | HRmax: | 181181 ( 92%) | HRavg | 133( 68%) |
| Kalorie: | 3830kcal | Podjazdy: | 3020m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Ciekawa a zarazem spontaniczna trasa zaliczona. Ostatecznie zrezygnowałem ze startu w Mamut Tour, powodów jest kilka a przede wszystkim pogarszająca się sytuacja epidemiologiczna w Czechach. Nie chciałem marnować kolejnego dnia urlopu wiec zaplanowałem trasę z wieloma podjazdami w okolicy Istebnej. Z taką myślą wyjechałem na ten trening. Pierwszy raz od dawna miałem przejechać trasę spokojnie z zaledwie kilkoma mocniejszymi akcentami. Było dosyć późno wiec odpuściłem jazdę głównymi drogami i do Mikuszowic dojechałem bocznymi drogami z kilkoma dodatkowymi podjazdami. Było chłodno i nie było słońca, nie są to moje wymarzone warunki ale zawsze może być gorzej. Bielsko przejechałem sprawnie, później też było znośnie, samochodów jakby mniej niż zwykle. Dopiero przed Szczyrkiem zorientowałem się, że jadę z wiatrem w plecy, wcześniej tego nie czułem a wiało dosyć mocno. Pierwszy podjazd na trasie to Orle Gniazdo ale tylko do sanktuarium, cały podjazd minął na omijaniu dziur i samochodów których było sporo. Bardzo spokojnie wjechałem i dlatego czas wyszedł gorszy niż zazwyczaj o niecałą minutę. Zjazd spokojny i dopiero w końcówce jak poczułem się pewniej to jechałem nieco szybciej. Powrót na główną drogę nie był tak szybki jak myślałem, zatrzymało mnie czerwone światło a następnie kierowca który postanowił zatrzymać się na środku skrzyżowania. Zbytnio nie utrudniło to ruchu ale było co najmniej niewłaściwe. Z wiatrem jechało się przyjemnie, nawet kilka sytuacji w których musiałem się zatrzymać nie wybiły mnie z rytmu. Podjazd na Salmopol rozpocząłem bardzo spokojnie, później jechałem nieco mocniej ale wciąż nie było to nawet średnie tempo. Wjechałem w dokładnie 17 minut, blisko 5 wolniej niż ostatnio, to jest przepaść ale dla mnie nie ma to znaczenia bo w rzeczywistości to dwa inne podjazdy, jeden na maksa a drugi, byle wjechać. Na Białym Krzyżu pierwszy postój na trasie, niezbyt długi i po chwili już zjeżdżałem, nie umiałem się dobrze poukładać i zjazd wyglądał słabo technicznie. Po zjeździe czekał mnie chyba najgorszy odcinek na trasie, nie spodziewałem się jednak, że i tam spotkam kilkanaście samochodów. Podjazd na Cieńków zacząłem wyjątkowo spokojnie, gdy zrobiło się stromiej wrzuciłem najlżejsze możliwe przełożenie i zdecydowałem się na jazdę na stojąco. Starałem się wykonywać jak najmniej zbędnych ruchów aby nie tracić sił i nawet to wychodziło. Pierwsze dwa samochody wyprzedziły mnie dosyć pewnie, zjeżdżające z góry też nie miały problemu by mnie minąć, mniej więcej w połowie podjazdu gdy na całej szerokości drogi były płyty dwa samochody próbowały się minąć. Mnie pozostało znalezienie najbardziej optymalnego miejsca na wypięcie się z pedałów, udało się to bezpiecznie zrobić i musiałem się zatrzymać. Ponowne ruszenie nie było możliwe i musiałem zrobić sobie spacer, dosyć długi bo nachylenie jeszcze przez około 300 metrów było zbyt duże aby ruszyć. Ta sytuacja wybiła mnie z rytmu i wtedy zdecydowałem się na zmianę trasy, chciałem wyjechać z Polski jak najszybciej a w Czechach również są ciekawe i trudne podjazdy, było ich mniej ale za to dłuższe. Zanim się tam dostałem to musiałem jeszcze dostać się do Istebnej. Po asekuracyjnym zjeździe z Cieńkowa miałem do wyboru dwie drogi, Zameczek lub Czarną Wisełkę. Bliższy mojemu sercu jest Zameczek i dlatego wybrałem ten podjazd. Postanowiłem przepalić nieco nogę i na pierwszym łuku przyśpieszyłem, kilka sekund w plecy na początku okazało się kluczowe w kontekście czasu. Nie kontrolowałem stopera i byłem pewny, że jadę na 8:30-9:00, około 150 metrów od końca podjazdu zerknąłem na czas i gdy zobaczyłem, że zamiast oczekiwanych 8 minut jest 40 sekund mniej żałowałem tego, że nie jechałem mocniej, w końcówce dałem z siebie wszystko ale do maksa brakowało. Do rekordu zabrakło co prawda 15 sekund ale był to czas osiągnięty na wyścigu, podczas samotnej walki z czasem wjechałem ledwie 6 sekund szybciej. Było to dzisiaj to urwania ale zbyt spontanicznie podszedłem do tego tematu. Najważniejsze, ze moc była dobra a to przede wszystkim się liczyło. Na parkingu było sporo samochodów, ciężko byłoby się przebić w kierunku Stecówki wiec pojechałem na Kubalonkę i zjechałem do Istebnej. Na Kubalonce nieco mnie przytrzymało, zagapiłem się na skrzyżowaniu i musiałem przepuścić kilkanaście samochodów. Później na szczęście miałem pustą drogę ale znów zjazd nie wyglądał najlepiej. Przestałem o tym myśleć, chciałem szybko dostać się do Czech i droga wzdłuż Olzy wydawała się najlepszą alternatywą. Nawet na tym leśnym odcinku samochodów było co nie miara, kilka z nich zatrzymało się po drodze ale większość musiała zawrócić bo przejechać do głównej drogi się nie dało. Dojeżdżając do głównej zauważyłem spore zamieszanie na drodze, widząc radiowóz na sygnale i sporo osób wokół nie żałowałem, że nie jechałem przez Jasnowice. Zacząłem także rozglądać się za otwartym sklepem, zapasy się kończyły, jednak miało ich wystarczyć jeszcze na jeden podjazd. Najbliższy jaki mnie czekał to Bahenec. Nie byłem tam kilka lat i prawie zapomniałem jak wygląda ten odcinek. Początek w otwartym terenie niezbyt ciekawy a później sporo atrakcji, najpierw mokra droga, później piesi szukający grzybów wzdłuż szosy a na ostatnich 2 kilometrach pełno ciężkiego sprzętu do zwózki drewna, nawierzchnia też nieciekawa, każda próba jazdy w korbach kończyła się buksowaniem tylnego koła. Tempo było bardzo spokojne wiec niecałe 24 minuty minęły zanim dojechałem do bramy przy zamkniętym hotelu, do końca asfaltu jeszcze był trudny odcinek który pokonałem już mocniej ale poniżej FTP. Gdy skończył się asfalt zatrzymałem się na moment. Zjazd był katorgą ale bezpiecznie dostałem się na dół. Wróciłem się kawałek w stronę Bukowca gdzie zatrzymałem się w sklepie. Ostatnio gdy byłem w Czechach maseczki nie były konieczne ale obowiązek wrócił co oznaczało, że rzeczywiście sytuacja się pogorszyła. Blisko 2 minuty szukałem maseczki, nie wiedziałem w której kieszonce ją miałem, gdy w końcu zguba się znalazła to zorientowałem się, że korony zostały w domu ale karta płatnicza załatwiła sprawę. Pod sklepem znowu trochę siedziałem i gdy zjadłem i wypiłem to ruszyłem dalej. Łatwiejszy odcinek wcale nie był przyjemny, żeby było ciekawiej wiało w twarz aż do Gródka. Tam czekał mnie kolejny podjazd na trasie, jechałem go już 2 razy, zawsze mocno i ciekawy byłem jaka różnica będzie gdy wjadę dużo spokojniej. Z pozoru ciężko trafić do drogi z której zaczyna się podjazd, skręciłem o jedno skrzyżowanie za wcześnie ale dzięki temu zaliczyłem nowy odcinek. Podjazd zacząłem spokojnie, miejscami brakowało przełożenia i wtedy dociskałem mocniej ale wciąż poniżej progu. Podjazd dłużył mi się, monitorowałem nachylenie i sporo było odcinków około 15 % ale wypłaszczenia zaniżały średnie nachylenie. Dojechałem znów do momentu w którym kończy się asfalt i zacząłem zjazd. To najgorsze ze wszystkiego, fajnie jest wjechać na górę ale później też trzeba zjechać. Po kilku takich odcinkach nie było w tym już nawet grama przyjemności. Do ostatniego podjazdu na trasie dojechałem boczną drogą, była nawet drewniana, wąska kładka dla rowerów oraz krótki odcinek bez nawierzchni ale udało się pokonać te przeszkody. Ciemne chmury wiszące nad górami już od jakiegoś czasu wydawały się zbliżać i wahałem się czy zaczynanie niełatwego podjazdu ma sens. Anim zdążyłem się zastanowić już podjeżdżałem pod Pasieki. Podjazd prowadzący główną drogą mimo kilku fragmentów z nachyleniem 10 % jest sporo łatwiejszy niż ostatnie 2200 metrów wspinaczki. Do zwężenia dojechałem spokojnie a gdy tylko zrobiło się stromiej to ruszyłem z kopyta. To drugi mocny akcent tego dnia. W nogach nie było już jednak mocy i mimo mocnego początku później nie byłem w stanie jechać mocno. Jazda na stojąco nie była możliwa, żwiru masa i każde mocniejsze naciśniecie na pedały skutkowało uślizgiem tylnego koła. Jechałem wiec w granicach rozsądku, może byłbym w stanie dołożyć około 10 Wat. Do najlepszego czasu na tym odcinku brakło mi prawie 30 sekund. Ostatnio jak tam jechałem to warunki na podjeździe były lepsze, miałem sporo mniej w nogach i dysponowałem większą mocą. Ze szczytu nie było tak pięknych widoków jak w zeszłym roku gdy byłem tam po raz ostatni. Mimo to coś było widać i cyknąłem kilka fotek. Nie wiem dlaczego ale lubię wspinać się na ten szczyt, zwłaszcza ostatnie kilometry mimo, że bardzo trudne mi pasują. Pewnie w tym roku jeszcze raz zaliczę Loukce. Bardzo bałem się zjazdu, nie było tak tragicznie jak myślałem i co najważniejsze bezpiecznie zjechałem do miejsca w którym droga robi się szersza. Na końcowym fragmencie zjazdu warunki dyktował wiatr i dlatego poza niezłą techniką ten zjazd nie był najlepszy. Po zjeździe nogi nie pracowały jak należy, żołądek też zaczynał o sobie znać, podobnie było ostatnim razem gdy jazda przekroczyła 4 godziny. Zapowiadał się bardzo ciężki powrót do domu, po drodze wydarzyło się kilka niespodziewanych sytuacji jak zamknięty przejazd kolejowy który wymusił zmianę trasy czy zorganizowana grupa pieszych w Trzyńcu. Problemy z żołądkiem powoli mijały, musiałem ograniczyć jedzenie ale więcej piłem i jak wjeżdżałem do Polski było już lepiej. Po wizycie w sklepie jechało się ciężko, cały czas pod wiatr do Skoczowa gdzie kolejne utrudnienia. Udało się bocznymi dróżkami objechać wszystkie zatory drogowe. Skontrolowałem przy okazji postęp prac na torach kolejowych, nowe szyny już leżą, została tylko kosmetyka, pytanie jak w dalszej odległości od przejazdu. Na podjeździe nogi już lepiej pracowały ale i tak podjąłem decyzje o tym, że jadę już typowo rekreacyjnym tempem do domu. Gdy cieszyłem się już że bezpiecznie objechałem trasę to strzeliła szprycha w tylnym kole. Bicie koła nie było zbyt duże i dało się jechać. Przejechałem jeszcze kawałek po czym wstąpiłem do znajomego pożyczyć klapki by móc spokojnie dojść do domu, wzywanie wozu technicznego nie miało sensu bo zanim by dojechał ja byłem już w domu. Trasa ciekawa i trudna zarazem. Poza dwoma podjazdami jechałem spokojnie, w sumie na podjazdach straciłem ponad 15 minut do przeciętnych czasów jakie wykręcałem na tych segmentach. Drugie tyle zostawiłem na zjazdach które były wolne i asekuracyjne. Na płaskich odcinkach również nie szalałam wiec z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że przejechałem trasę w tempie turystycznym z dużymi rezerwami. Mimo wszytko to pierwszy krok w kierunku poprawy dyspozycji przed Tatra Road Race, pierwszy i może najważniejszy. Kolejne będą już łatwiejsze. W tej chwili największy problem leży po stronie organizmu, sprzęt mogę przygotować lepiej, nad techniką zamierzam pracować do ostatniego tygodnia przed wyścigiem, moc w nogach jest niezła. Powoli zaczynam odczuwać zmęczenie sezonem i dlatego plan treningowy jakiego będę chciał się trzymać będzie dostosowany wyłącznie do tego wyścigu. Kilka treningów w grupie pewnie zaliczę ale nie są one konieczne. Trasa wyścigu jest na tyle trudna, że nawet solowa jazda może dać dobry rezultat. Z takim podejściem np. podczas Mamuta przegrałbym wyścig już na starcie, a jak nie to na ostatnich kilometrach gdzie próżno szukać gór gdzie zwykle jestem w stanie wyrobić sobie przewagę nad rywalami. Dla mnie TRR to wyścig kompletny i tam nie ma miejsca na przypadki, jak nie ma pod nogą, nie ma wyniku.


Trening 85
Wtorek, 21 lipca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa
| Km: | 101.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:01 | km/h: | 25.15 |
| Pr. maks.: | 65.00 | Temperatura: | 20.0°C | HRmax: | 181181 ( 92%) | HRavg | 139( 71%) |
| Kalorie: | 2705kcal | Podjazdy: | 2150m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Dawno
planowany trening, chodząc do pracy nie potrafiłem znaleźć odpowiedniej ilości
czasu a w weekendy starałem się jeździć inne, bardziej zróżnicowane trasy.
Jeszcze dwie godziny przed wyjazdem nic nie wskazywało na to, że uda się
wyjechać. Miałem rezerwowy plan i byłem pewny, że pozostanie mi wieczorny Bike
Wtorek na którym nie byłem już chyba 3 lata. Około 13 zaczęło się wypogadzać i
zdecydowałem się przygotować rower do jazdy. Założyłem znów lepsze koła i
jeszcze raz zważyłem rower, waga nie kłamie i udało się uzyskać poniżej 7 kg.
Dopompowałem powietrza, sprawdziłem co trzeba i mogłem jechać. Niestety przed
jazdą zauważyłem problem z lewym butem, zdecydowałem się jechać w starych
butach. Jakoś strasznie długo się zbierałem i wyjechałem kilka minut po 14. Do
Ustronia chciałem dojechać możliwie szybką i łatwą drogą. Początek musiał być
trudniejszy bo nie chciałem stać na wahadle przy ulicy Cieszyńskiej. Dosyć
szybko i sprawnie dojechałem jednak do głównej drogi. Na odcinku pod lekki
wiatr koła radziły sobie co najmniej dobrze. Oczywiście nie byłbym sobą jakbym
nie zaczął kombinować jakby sobie utrudnić trasę i już w Grodźcu skręciłem w
pierwszą możliwą, przelotową, boczną drogę. Później wybrałem niezbyt optymalny
łącznik z Ustroniem. Na około 1500 metrowym odcinku z wieloma zakrętami wśród
pól musiałem się minąć aż z trzema ciągnikami rolniczymi i jednym beczkowozem,
niewiele brakowało abym wylądował na poboczu. Przez to zapomniałem o jedzeniu i
przed zjazdem z Lipowca szybko nadrobiłem zaległości. Pierwszy mocniejszy
podjazd to dobrze mi znana ulica Źródlana. Wjechałem w niezłym tempie z równą
mocą. Później by minąć centrum Ustronia skręciłem w ulice Sanatoryjną. Przed
właściwymi podjazdami miałem już prawie 400 metrów przewyższenia, to pozwalało
na wybranie łatwiejszej trasy powrotnej do domu. Pierwszy podjazd to Poniwiec,
dawno tam nie byłem i zupełnie zapomniałem jak wygląda ten odcinek. W głowie
świtało mi, że jest krótki fragment płyt. Trochę problemów miałem z przedostaniem
się przez dwupasmówkę ale później niemal pustą drogę do końca podjazdu.
Zacząłem spokojnie i w pewnym momencie przyśpieszyłem. Zrobiłem to zbyt
pochopnie i szybko i zamiast 5 minut na progu jechałem ponad 7. Można
powiedzieć, że im dalej w las tym gorsza droga. Nawierzchnia nie była zła ale
bardzo zanieczyszczona a w lesie dodatkowo mokra, szytki radziły sobie dobrze
ale kilka razy nie byłem w stanie ominąć wszystkich kamieni, na szczęście nic
się nie stało. Byłem pewny, że podjazd poszedł mi słabo ale tak źle nie było,
po prostu ostatnim razem jak jechałem na rekord dawałem z siebie znacznie
więcej i stąd różnica. Zjazd to katorga, najpierw omijanie dziur i skupisk
żwiru a później jedzenie i picie. Tym razem główną drogę do Wisły przekroczyłem
sprawnie i bez postojów. Przed pierwszym wjazdem na Równice zatrzymałem się na
moment, w tym czasie minęło mnie kilkanaście samochodów. To była zapowiedź tego
co zobaczyłem prawie 20 minut później na szczycie. Podjazd nie był najlepszy w
moim wykonaniu, strasznie źle mi się podjeżdżało, zwykle odpuszczałem początek
którego nie lubię a później dawałem z siebie ile mogłem. Tym razem jechałem
równo cały czas, sam podjazd zajął mi około 17:30 czyli nie najgorzej, już po
wyjeździe z lasu zauważyłem samochody czekające na zaparkowanie, na samym
podjeździe wyprzedziło mnie ich kilkanaście. Chciałem dojechać do schroniska,
jeszcze 30 sekund darłem mocno a później już spokojnie, ludzi masa, samochodów
mniej niż się wydawało ale i tak próżno było szukać wolnych miejsc postojowych.
W tym tłoku ciężko było złapać oddech i uzupełnić energie wiec musiałem to
zrobić na początku zjazdu. Bardzo wolno zjeżdżałem w dół, samochodów było dużo
ale większość jechała w górę. W końcu dojechałem do Jaszowca. Już ostatnio
miałem jechać podjazd zaczynający się od bruku ale jakoś brakło motywacji. Tym
razem nie znalazłem wymówki i ruszyłem po kostce. Jechałem dosyć spokojnie,
miejscami było tak nierówno, że rower podskakiwał, nie poddałem się jednak i
nie skorzystałem z chodnika. Nawet na tym około kilometrowym odcinku
przejechało koło mnie kilkanaście samochodów, później było ich jeszcze więcej ale
wyprzedzały lub wymijały mnie w takich miejscach, że nie wybijało mnie to z
rytmu jak za pierwszym razem. Dojeżdżając do wypłaszczenia już czułem rekordowy
czas, mimo tego, że odpuściłem ostatnie 300 metrów to poprawiłem swój poprzedni
wynik o prawie 40 sekund i wskoczyłem na pierwsze miejsce w rankingu Strava. Tej
wersji podjazdu prawie nikt nie jeździ i dlatego jestem tak wysoko. Czekał mnie
jeszcze jeden podjazd wiec szybko ruszyłem w dół. Na zjeździe znów jadłem i
dopiero w drugiej połowę jechałem szybciej i lepiej technicznie. Trzeci podjazd
zacząłem w Jaszowcu i tym razem główną drogą kierowałem się w kierunku Skalicy.
Początek był szybki ale później zacząłem gubić sekundy i już w połowie
wspinaczki wiedziałem, że tego dnia rekordu nie będzie. Utrzymałem równe tempo
do końca podjazdu i postanowiłem zatrzymać się na dłuższą chwilę. To był jeden
z niewielu popełnionych błędów tego dnia. Po przerwie trudno było ruszyć, na
zjeździe znów pełno samochodów i pieszych których nie zawsze dało się minąć
szybko wiec znów sporo czasu na tym straciłem. Później zatrzymałem się w sklepie
po wodę i próbowałem rozkręcić nogi które nie pracowały tak dobrze jak wcześniej.
Trzy rozkręcenia na FTP niewiele pomogły i ostatnie 25 kilometrów to była walka
o dojechanie do domu. Nogi odmawiały współpracy, głowa też protestowała i nie
czułem żadnej przyjemności z jazdy. Mimo to postanowiłem dokręcić do 100 kilometrów
a następnie do 4 godzin. Wybrałem nawet trudniejszy wariant powrotny aby nie kręcić
się wokół domu. W statystykach lepiej wyglądają równe liczby chociaż dla mnie większego
znaczenia to nie ma. Pozostałe parametry na których mi zależało wyszły dobre.
Tego dnia moje nogi nie były takie jakich bym oczekiwał. Brakowało kilku Wat na
podjeździe ale mimo wszystko założenia zrealizowałem. Rozgrzewka była odrobinę za
mocna ale za to moc na powtórzeniach bardzo równa co zwykle mi się nie zdarzało.
Dawno nie robiłem długich powtórzeń i był to także test dla głowy. Zaliczyłem
go więc teraz powinno być łatwiej.


Podjazdy:



Podjazdy:

Rozjazd 22
Poniedziałek, 20 lipca 2020 Kategoria blisko domu, Samotnie, Szosa
| Km: | 31.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:27 | km/h: | 21.38 |
| Pr. maks.: | 61.00 | Temperatura: | 29.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | 515kcal | Podjazdy: | 510m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Spokojny wyjazd na początek kolejnego tygodnia. Wyjeżdżałem w najwyższej możliwej temperaturze gdy na termometrze było ponad 30 stopni. Bardzo liczyłem, że w porze obiadowej na drogach będą pustki ale tak nie było. Początek był spokojny ale później sporo samochodów i utrudnień. Wreszcie zreperowano kładkę nad rzeką, brakowało już dwóch desek i wystawały śruby na których można było rozwalić sobie oponę. Na pierwszym podjeździe dojechałem do wolniej jadących rowerzystów, wrzuciłem przełożenie jakim dysponowałem i pilnowałem aby nie jechać za mocno. Gdy podjazd się skończył na moment rozpędziłem się do niezłej prędkości, szybko pokonałem zjazd ale później musiałem hamować. Przed skrzyżowaniem pieszy wszedł wprost pod koła samochodu, nie wiem jak udało się uniknąć wypadku ale nikomu nic się nie stało. Kolejne kilometry były dosyć spokojne, pomijając fakt, ze po raz kolejny samochody były zaparkowane na ścieżce rowerowej to nic się nie działo. W pewnym momencie gdy sobie jechałem ścieżką z bocznej drogi wyjechał samochód, nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że jechał pod prąd bo ta droga była jednokierunkowa. Po awaryjnym hamowaniu zatrzymałem się i jeszcze dostałem ochrzan, że nie interesuje się tym co wokół się dzieje. Pozostawiłem to bez komentarza i jechałem dalej. Na ścieżce w kierunku Straconki było spokojnie i tym razem bezpiecznie i szybko dojechałem do miejsca gdzie zaczyna się podjazd na Przegibek. Na samym początku wyprzedziły mnie 2 osoby na rowerach elektrycznych z wypożyczalni, celowo nie użyłem słowa kolarze, bo m.in. nie miały kasków. Równym spokojnym tempem wjechałem na szczyt. Nie zatrzymywałem się na przełęczy, zawróciłem na wypłaszczeniu i zacząłem zjeżdżać. Powtórzyła się sytuacja sprzed tygodnia gdy zaraz na początku zjazdu wyprzedził mnie samochód a później jechał dużo wolniej. Po dobrym początku zjazdu później było gorzej. Ten fragment zjazdu na którym zwykle radziłem sobie najlepiej teraz spisałem się fatalnie. Musiałem hamować by nie wjechać w zderzak samochodu. Byłem zły, nie idzie mi dobrze na zjazdach i nawet nie jestem w stanie tego potrenować. Kilka takich sytuacji i już motywacja do startów w zawodach spada. Wracając do domu było jeszcze więcej samochodów, dużo pieszych i kilka niebezpiecznych sytuacji. Na zjazdach znowu musiałem hamować a na prostych również nie byłem w stanie jechać równo. Starałem się zbytnio nie szarpać tempa ale było to niemal niemożliwe. Mimo wysokiej temperatury, regularnie piłem i nie czułem gorąca, czasami już przy 23 stopniach gotowałem się a tym razem tak nie było.


Trening 84
Niedziela, 19 lipca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, w grupie
| Km: | 106.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:11 | km/h: | 25.34 |
| Pr. maks.: | 66.00 | Temperatura: | 15.0°C | HRmax: | 187187 ( 95%) | HRavg | 138( 70%) |
| Kalorie: | 2785kcal | Podjazdy: | 2000m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Pierwszy tegoroczny trening z Bielską grupą. Złożyło się kilka rzeczy i udało się pojawić o 6 na miejscu zbiórki. Wstałem już przed 5 ale wyjechałem dopiero po 5:30. Pogoda nie bardzo zachęcała do jazdy ale później miało być lepiej. Brakowało tylko dobrej nogi, pierwsze kilometry przez opustoszałe miasto były bardzo męczące. Przy ulicy Górskiej pojawiłem się dokładnie o 6:00. Po chwili czekania ruszyliśmy w kierunku pierwszego podjazdu na trasie. Po drodze miały dołączyć kolejne osoby wiec tempo było spokojne, po kilku minutach jazdy na najgorszym możliwym odcinku jeden z zawodników złapał kapcia. W tym czasie dojechały trzy osoby, po szybkiej wymianie już bez przeszkód ruszyliśmy dalej. Pojawiła się spora mgła z której w końcu zaczął siąpić drobny deszcz, nie czyściłem wczoraj roweru i nie martwiłem się tym, że znowu będę musiał to robić. Koledzy poprowadzili mnie zupełnie nieznaną mi drogą, w tej mgle niewiele było widać, pamiętam tylko tyle gdzie trzeba skręcić i gdzie kończy się ta droga a tego co było pomiędzy nie byłem w stanie zapamiętać. Im bliżej Szczyrku tym wyższe tempo, towarzysze nieźle pracowali na czele niewielkiego peletonu i gdy przyszła kolej na moją zmianę nie chciałem być gorszy i również trzymałem mocne tempo. Jechałem na czele aż do Soliska a w zasadzie do samej przełęczy Salmopolskiej. Przy wyciągu z przyzwyczajenia ruszyłem mocniej, peletonik szybko podzielił się, na moim kole po 400 metrach podjazdu były 2-3 osoby a po 1500 metrach już zostałem sam, wtedy też podkręciłem tempo, nie jechałem na rekord, ale gdy zbliżałem się do szczytu i pojawiła się szansa wykorzystałem ją, osiągnięty w Maju czas poprawiłem o 10 sekund, niewiele to zmieniło w rankingu ale potwierdziło solidną nogę która jednak się rozkręciła po słabym początku. Na przełęczy tradycyjnie spotkałem sprzedawcę oscypków który dopingował mnie na ostatnich metrach. Końcówka podjazdu była bardzo mocna, potwierdziło to tętno które po raz pierwszy od dawna przekroczyło 185. Czekając na wszystkich zauważyłem problem ze sztycą a dokładnie śrubą mocującą która popuściła i sztyca opadła o dobry centymetr, skorygowałem ustawienie, dokręciłem ile byłem w stanie i jechałem dalej. Zjazd był mokry, zimny i prawie cały we mgle, na Salmopolu błękit nieba i piękne słońce a w drodze do Wisły „inny świat”. Na zjeździe jechałem asekuracyjnie, nie żałowałem, że wczoraj zmieniłem koła na aluminiowe bo klocki hamulcowe znowu dostały w dupę a na karbonie zużywają się znacznie szybciej niż na zwykłych obręczach. Na trasie znalazł się także odcinek do Wisły Czarne z dwoma sekcjami szutru, po ostatnich deszczach zrobiło się niezłe bagno, przejechaliśmy ten fragment bardzo ostrożnie i wolno. Było bezpiecznie i nikt nie złapał gumy. Przed kolejnym podjazdem znowu musiałem się zatrzymać, drugi raz dokręciłem sztycę ale problem się powtarzał i nasilał w dalszej części trasy. Ta przerwa zrobiła różnice i musiałem gonić grupę, to jednak mi nie zaszkodziło, dogoniłem peletonik na skrzyżowaniu gdzie skręcaliśmy w prawo na Stecówkę. Niespodzianką był nowy fragment asfaltu na podjeździe, jechałem spokojnym tempem i czołówka była daleko z przodu. Ostatecznie dojechałem d dwójki jadącej tuż za czołową trójką i w takim składzie dojechaliśmy do Szarculi. Tam kompletowanie składu i zjazd który zacząłem jako pierwszy i dopiero na ostatniej prostej przed wjazdem w teren zabudowany zostałem wyprzedzony. Dopiero przy rondzie zebraliśmy się w jedną grupę i można było jechać dalej. Jechałem z tyłu, byłem trochę zdezorientowany i za późno zorientowałem się, że jedziemy w kierunku rynku i na główną drogę. Stan prac tam niewiele się posunął do przodu, na pierwszym wahadle udało się przejechać, za drugim odbiliśmy w kierunku rynku. Jadąc boczną drogą byłoby spokojniej ale niekoniecznie szybciej. Dalsze wahadła na trasie nas już nie dotyczyły, w planie była Tokarnia. Podjazd który zawsze daje w kość, dosyć szybko zacząłem i była szansa na rekordowy czas. Poprzedni nie był wyśrubowany, jako jedyny jechałem całość ko kostce i nie korzystałem z chodnika. Nikt nie mówił, że nie wolno ale nie poszedłem na łatwiznę. Gdy zrobiło się stromo wrzuciłem możliwie lekkie przełożenie i jechałem mocno ale z rezerwą. Symbolicznie poprawiłem swój czas ale możliwości są dużo większe. Na górze nie czekałem, zacząłem powoli zjeżdżać, do czasu gdy wypadł mi bidon nic się nie działo. Druga połowa zjazdu już lepsza, nie zagrzałem obręczy ale znów musiałem podnieść siodełko. Dokręciłem ile się dało, przelałem picie z brudnego do czystszego bidonu i czekałem na towarzystwo. Ostatni podjazd na trasie to kultowa Równica. Zacząłem jako jeden z ostatnich ale po chwili wyszedłem już na czoło. Jechałem spokojnie, założenia na ten dzień już zrealizowałem i ten podjazd chciałem wjechać takim tempem aby jak najwięcej osób utrzymało mi koło do końca podjazdu. Jechałem cały czas równo, gdy zrobiło się stromiej to nieco podkręciłem tempo a około 3 kilometry przed końcem podjazdu dołożyłem kolejne 10 Wat i tak jechałem do samego końca. Na 1500 metrów przed kreską na czele były 4 osoby a ostatni kilometr przejechaliśmy w trójkę. Na samym finiszu koledzy mi nieco odjechali ale nie chciałem podkręcać tempa i nie miałem zamiaru ich gonić. Widziałem, że walczą na finiszu ale nie wiem który z nich wjechał jako pierwszy. Przy schronisku postój i znowu poprawa ustawienia sztycy, zauważyłem też słaby stan baterii w Di2, liczyłem, że ten trening uda się przejechać przekraczając 1500 kilometrów od ostatniego ładowania ale jakiś niepokój się pojawił. Niestety mocowanie sztycy trzymało coraz słabiej i już po zjeździe sztyca opadła dobre 2 centymetry. Zjazd był dobry w moim wykonaniu, znowu zjeżdżałem jako pierwszy i dopiero przy skręcie na Zawodzie dojechały kolejne osoby. Wszystkich nie było i dlatego w niezbyt szybkim tempie pokonaliśmy ulice Sanatoryjną, później krótki podjazd i zjazd ulicą Źródlaną. Po zjeździe zatrzymałem się by poprawić sztycę, nie miało to już większego sensu ale kilkaset metrów przejechałem bez zmiany pozycji siodła. Gdy tylko ruszyłem usłyszałem sygnał który oznaczał wyłączenie się przedniej przerzutki. Pozostała mi jazda na małej co w połączeniu z tym, że musiałem jechać w większości na stojąco nie było niczym przyjemnym. Podjazd w Lipowcu i zjazd do Górek Wielkich jakoś przejechałem nie tracąc kontaktu z grupą, później było różnie. Mocny zryw w Grodźcu odseparował mnie od grupy, nie wiedziałem którędy pojada i widząc jednego z uczestników treningu wyjeżdżającego z drogi na Biery przekonałem się, że grupa podzieliła się na dwie mniejsze. Szybko dojechałem do tej która jechała przez Biery do Jaworza. Brakowało mi niewiele do 2 kilometrów w pionie i grzechem byłoby nie dokręcić. W tym celu wybrałem trudniejszy wariant powrotu, ostatnio jadąc tamtędy wyszło 120 metrów przewyższenia na 6 kilometrach, brakowało mi 110 co oznaczało, że nie będzie trzeba dokręcać po bocznych drogach. Tak się niestety nie stało i na szczycie ostatniego wzniesienia brakowało 6 metrów do pełnej liczby, musiałem zaliczyć dwie boczne drogi aby tego dokonać. Przed ostatnim zjazdem przednia przerzutka obudziła się na moment i wrzuciłem dużą tarcze z przodu, nie na długo jednak i ostatnie kilkaset metrów to już jazda bez kręcenia głownie na stojąco, sztyca opadła już praktycznie do końca. Planowałem być w domu o 11, byłem wcześniej, gdyby nie problemy techniczne z rowerem może bym jeszcze zaliczył kilka podjazdów w Jaworzu. Wszystkie założenia na ten dzień wypełniłem, spory dystans w grupie, 100 kilometrów, 2000 metrów przewyższenia, ponad 200 TSS, dwa kolejne rekordy na podjazdach i niezłe generowane moce. Drobne defekty nie zmieniły niczego. Bardzo przyjemna niedziela, oby więcej takich.


Podjazdy:



Podjazdy:

Trening 83
Sobota, 18 lipca 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 76.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:42 | km/h: | 28.15 |
| Pr. maks.: | 61.00 | Temperatura: | 16.0°C | HRmax: | 157157 ( 80%) | HRavg | 132( 67%) |
| Kalorie: | 1673kcal | Podjazdy: | 1000m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Kolejny dzień z mokrymi drogami. Wczoraj wyczyściłem cały rower i dlatego możliwie długo zwlekałem z wyjazdem. Aby jechać wyłącznie po suchych drogach musiałbym czekać do popołudnia. Przed 10 zdecydowałem się wyjechać na wcześniej umyśloną trasę, od startu nic się nie układało. Zapomniałem naładować licznik i dlatego włączyłem aplikacje w telefonie która jednak nie działała poprawnie i ciągle gubiła sygnał z czujników. Pierwsze kilometry były bardzo ciężkie, nie umiałem wskoczyć na obroty. Gdy jechałem ścieżką wzdłuż lotniska wypadła mi pompka. Nie wiedziałem gdzie dokładnie poleciała i gdy ją odnalazłem od razu schowałem do kieszonki aby sytuacja się nie powtórzyła. Trochę wybiło mnie to z rytmu a był to dopiero początek serii dziwnych zdarzeń jakie wydarzyły się podczas prawie 3 godzinnej jazdy. Pierwsze skrzyżowanie przejechałem bez zatrzymania i to jedna z niewielu takich sytuacji na trasie. Na kolejnym już musiałem zwolnić i cały zjazd pokonać na klamkach, trafił się wolno jadący samochód którego w żaden sposób nie byłem w stanie wyprzedzić. Już wtedy żałowałem, że wybrałem tą drogę, jadąc bocznymi może bym mniej tracił na skrzyżowaniach czy zjazdach, chociaż jest ich tam więcej. Drugi zjazd na trasie wyglądał lepiej ale musiałem na końcu hamować by zatrzymać się na skrzyżowaniu. Do kolejnego skrzyżowania dojechałem szybko ale sytuacja się powtórzyła. Dalej nie było lepiej, duży ruch, ciągłe zmiany prędkości i kolejne przymusowe hamowania zużywające okładziny hamulcowe. Nawet zbliżający się podjazd na Przegibek niewiele zmienił, ciągle moja jazda nie wyglądała tak efektywnie jak zazwyczaj. Na podjeździe męczyłem się strasznie, w momencie gdy wyprzedziło mnie dwóch młodych kolarzy z KS AVATAR poczułem się staro i nawet przez głowę przeszły myśli o odpuszczeniu sportowej jazdy na rzecz całkowitej turystyki rowerowej. Nie chciałem rywalizować z młodymi i w założonym tempie dojechałem do szczytu. Zjazd znów fatalny, pojawił się wolno jadący samochód który skutecznie mnie blokował, nie chciałem łamać przepisów i za wszelką cenę go wyprzedzać wiec jechałem kilkanaście metrów za nim. Odjechał mi dopiero po wjeździe do Międzybrodzia. Tam kolejna niewytłumaczalna sytuacja, jechałem przepisowo prawą stroną jezdni gdy zostałem strąbiony przez nerwowego kierowcę który nazwał mnie zawalidrogą, bezpośrednim skutkiem tej sytuacji był fakt, że odruchowo zjechałem do samej krawędzi, podbiło mi rower na nierównej drodze, upadek był bliski ale na szczęście wypadł tylko bidon. Wróciłem się po niego ale zguby nie znalazłem, czekała mnie jazda na jednym bidonie i umiejętne dawkowanie picia aby go nie brakło. Wizyty w sklepie nie planowałem i dlatego nie wziąłem niczego zakrywającego twarz. Dalsza cześć zjazdu do skrzyżowania już bez werwy. Później gdy poczułem, że wiatr jest odrobine sprzyjający motywacja wróciła. Szybko pokonałem ruchliwy odcinek wzdłuż jezior. Podjazd w Tresnej poszedł sprawnie ale czułem, że nogi nie pracują idealnie. Odcinek w kierunku Oczkowa pełny pagórków dał mi nieźle w kość. Później było raz lepiej raz gorzej, gdy czułem wiatr w plecy rozwijałem duże prędkości ale prawie na każdym skrzyżowaniu musiałem się zatrzymać. Drugi dłuższy i trudniejszy podjazd na trasie poszedł mi lepiej niż Przegibek. Duży wpływ na to miał także sprzyjający wiatr i dobra nawierzchnia. Na zjeździe chciałem poćwiczyć technikę, z rytmu wybiła mnie nierówna, miejscami dziurawa nawierzchnia a w końcówce pojawił się bardzo wolno jadący samochód, grzecznie za nim jechałem aż do skrzyżowania przy Kościele. Tam musiałem mocno zwolnić a samochód w tym czasie odjechał wyjeżdżając przed samochód dostawczy jadący od strony Ślemienia. Już wtedy nie czułem się bezpiecznie na drodze a najgorsze czekało mnie za kilkanaście minut. Droga do Żywca poszła bardzo szybko, lekko w dół i z wiatrem sprzyjającym. Koncentrowałem się na bezpieczeństwie ale nie zawsze to było możliwe, na wyprzedzanie na centymetry czy na podwójnej ciągłej, pod prąd, z telefonem w ręku to była rzeczywistość. Ruch na tej drodze był ogromny, przy wjeździe do Żywca odrobine się uspokoiło, by później zmienić się w drogowy chaos. W końcu nie wytrzymałem i wjechałem na nierówną ścieżkę rowerową. Aby tam się dostać musiałem pokonać wysoki krawężnik, ciekawe kto takie coś wykonał lub zaprojektował, w Czechach jakoś mają ścieżki na które wjeżdża się bez uskoków kilkucentymetrowych. Jadąc tą ścieżka zastanawiałem się gdzie mnie zaprowadzi, dojechałem do ronda za którym musiałem skręcić w prawo, kawałek jeszcze jechałem w kierunku centrum, przy próbie zrzucenia z blatu łańcuch spadł a dokładnie w momencie gdy się zatrzymałem i przestałem kręcić. Błąd był po mojej stronie, gdy nałożyłem łańcuch to odrobinę rozładował się ruch i bezpiecznie dojechałem do ronda i mogłem ruszyć w kierunku kolejnego na którym skręciłem w prawo. Do Łodygowic znów w dużym ruchu ze sporą ilością niewłaściwych manewrów, wyprzedzanie na centymetry, przejścia w miejscach niebezpiecznych czy wolna jazda slalomem rowerzystów to tylko niektóre sytuacje jakie występowały na drodze. Czułem się jak w dżungli gdzie również można się wszystkiego spodziewać. Bezpieczniej zrobiło się w Wilkowicach gdzie cały ruch skierował się na Bystrą. Do pełni szczęścia brakowało tylko postoju na przejeździe kolejowym. Jedyny przejazd jaki miałem po drodze do domu zatrzymał mnie, tam również ciekawa sytuacja, stojący za mną samochód postanowił zawrócić, wjechał w boczną drogę, tam nawrócił i w momencie w którym przejechał pociąg jednak zmienił zdanie i ruszył w tym kierunku co ja. Bezpośrednio za przejazdem musiałem pokonać bardzo nierówny odcinek, nie liczyło się nic poza bezpiecznym przejazdem. Później byłem w stanie rozpędzić się i osiągnąć fajne prędkości mimo bocznego wiatru. Ostatni odcinek w mieście o dziwo był bezpieczny, mały ruch i postój tylko na jednym z wielu skrzyżowań. Dojeżdżając do domu brakowało kilku metrów do 1 kilometra w pionie, zdecydowałem się dojechać do skrzyżowania i osiągnąłem dokładnie 1000 metrów przewyższenia. To już trzecia taka sytuacja w tym roku, okrągła wartość lepiej wygląda niż np. 996 metrów. Mimo wszystko był to dobry dzień i dobre rozpoczęcie urlopu. Niestety pandemia znów atakuje i w Czechach już odwołali jeden wyścig, to tam głownie miałem startować i zastanawiam się czy nie odpuścić startu w Mamut Tour, z drugiej strony pojawiła się szansa na start w Tatra Road Race i mając do wyboru te dwa wyścigi stawiam na Zakopiańskie Piekło. Jak się nie uda startować w Czechach to liczba starów spadnie do 5-6 ale to niewiele zmienia i cele jakie sobie stawiam są podobne. Na razie jednak jest jeszcze czas na to by myśleć o startach, priorytetem jest utrzymanie dobrej nogi i kolejne treningi już będą bardziej specjalistyczne.


Trening 82
Piątek, 17 lipca 2020 Kategoria blisko domu, Samotnie, Szosa
| Km: | 48.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:39 | km/h: | 29.09 |
| Pr. maks.: | 48.00 | Temperatura: | 19.0°C | HRmax: | 181181 ( 92%) | HRavg | 138( 70%) |
| Kalorie: | 1097kcal | Podjazdy: | 650m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Huśtawki pogodowej ciąg dalszy. W zasadzie miałem trenować już wczoraj ale nie trafiłem z oknem pogodowym i wpadł drugi, nieplanowany dzień przerwy, kilka tygodni temu taka sytuacja nie wpłynęła dobrze na mój organizm i teraz nie chciałem doprowadzić do powtórki. Mimo niepewnej pogody i nieciekawych prognoz wyjechałem na trening. Zamiast planowanej górskiej trasy z dwoma przepaleniami wybrałem jeden z moich ulubionych schematów czyli 3 powtórzenia w 5 strefie mocy o długości 8 minut. Poszedłem po najmniejszej linii oporu i pojechałem do Jaworza skąd w razie załamania pogody byłbym w stanie szybko wrócić do domu. Specjalnie nie czyściłem roweru przed jazdą, założyłem wreszcie nowe koła i widelec, jest trochę inny niż chciałem ale pasuje do ramy co było najważniejsze. Minimalne znaczenia ma fakt, że jest ponad 100 gram lżejszy i w całości karbonowy. Gdy wyjechałem to od razu tętno skoczyło do 2 strefy, byłem mocno wyświeżony wiec nie zwracałem uwagi na ten parametr. Noga po kilku minutach zaczęła kręcić lepiej, przy okazji wyszły jeszcze drobne niedociągnięcia w sprzęcie. Musiałem poprawić zaciski które zbyt słabo trzymały, omyłkowo nie zrobiłem tego przed jazdą. Trwało to chwile ale wystarczyło aby stracić koncentracje. Jadąc spokojnie już wiedziałem, że nie będzie łatwo, warunki wietrzne były niesprzyjające, nie lubię mocnych akcentów z wiatrem a dzisiaj nie mogłem liczyć na przeciwne podmuchy. Już w trakcie rozgrzewki gdy przystąpiłem do planowanego interwału moc była niska przy wysokiej prędkości. Do zamierzonych 3 minut brakło 20 sekund, wybrany odcinek okazał się za krótki. Celowo wydłużyłem czas odpoczynku aby przygotować się mentalnie, po kilku dniach odpoczynku i ogólnie kilku tygodniach bez trzymania reżimu treningowego bardzo ciężko się zmotywować do takiego treningu. Będąc gotowym ruszyłem efektywne, dobrałem dosyć twarde przełożenie i trzymałem założoną moc, na moje szczęście wiatr zmienił się na boczny i nie pomagał tak jak wcześniej. Jechałem równo przez 2,3, 5 minut. Dopiero na wypłaszczeniu musiałem znacznie skorygować przełożenie. Przed końcem odrobinę mnie przytkało, niewiele brakło aby podjazd skończył się szybciej niż mocna jazda. Dobrze pracujący sprzęt i noga wystarczyły aby w około 8 minut pokonać ponad 4 kilometrowy odcinek prowadzący głównie w górę. Zjazd był wolny i spokojny, nie wile trzeba było aby dłużej zjeżdżać niż podjeżdżać. Kolejne dwa podjazdy miały być nieco mocniejsze, drugi wyszedł lepiej niż pierwszy a ostatni już nie tak dobrze, w pewnym momencie wyjechał samochód i musiałem na moment odpuścić mocną jazdę, gdyby nie to moc z ostatnich minut wyszłaby najwyższa. Wystarczyło to jednak do najlepszego czasu na tym odcinku. Taki segment nie znaczy nic przy tych na których w ostatnim czasie straciłem przewodnictwo, zostało mi już bardzo niewiele wartościowych „KOMów” i powoli odchodzę w zapomnienie. Po powtórzeniach uleciało ze mnie powietrze, chciałem jeszcze przepalić nogę na kilku podjazdach ale zrezygnowałem z tego pomysłu. Zbliżając się do domu już widziałem ciemne chmury na horyzoncie, deszcz z nich spadł dopiero 2 godziny później ale jadąc zaplanowaną wcześniej trasą prawdopodobnie bym nie wrócił suchy do domu. Po kilku dniach zastoju i takim przepaleniu może być tylko lepiej. Dwa najbliższe tygodnie będą obfite w treningi a później być może czasu będzie dużo mniej niż dotychczas i konieczna będzie redukcja ilości i długości treningów.




Trening 80
Niedziela, 12 lipca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, w grupie
| Km: | 129.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 04:41 | km/h: | 27.54 |
| Pr. maks.: | 62.00 | Temperatura: | 15.0°C | HRmax: | 184184 ( 94%) | HRavg | 138( 70%) |
| Kalorie: | 3152kcal | Podjazdy: | 2190m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Myślałem, że ostatnio poranki były chłodne, zmieniłem zdanie widząc dzisiejsze 8 stopni na termometrze co pośrednio wymusiło na mnie zmianę trasy. Wstałem o odpowiedniej porze aby przejechać zaplanowany odcinek ale bałem się bardzo zbytniego wychłodzenia na zjazdach co nie jest mi potrzebne. Ciężko było się zmobilizować, najchętniej poleżałbym w łóżku dłużej, przez ostatnie kilkanaście dni wstawałem wcześnie rano i jakaś odmiana jest potrzebna ale będę musiał z tym poczekać minimum do kolejnej soboty. Wszystkie sprawy dopiąłem na ostatni guzik, zjadłem solidne śniadanie, napełniłem bidony, przygotowałem jedzenie, rower już wczoraj był gotowy wiec nie musiałem się o to martwić. Jedyny dylemat to strój, ostatecznie wybrałem cieplejsze ciuchy bo lepiej mieć co zdejmować niż marznąć. Pierwszy raz założyłem nowy strój Martombike, na pierwszy rzut oka nie poczułem, żadnej różnicy w odniesieniu do innych strojów w jakich jeżdżę. Po wyjściu na zewnątrz faktycznie było zimno ale liczyłem, że na rowerze chociaż trochę się zagrzeje. Wyjechałem kilka minut przed 7 ze sporym zapasem ale nie planowałem zbyt pokręconej trasy tylko możliwie najkrótszą przez Leszną do Czech. Na początek Jaworze i już pierwsze oznaki dobrego dnia, zwykle gdy czuje się nieźle mam wysokie tętno, taki paradoks, zazwyczaj wysokie tętno oznacza brak formy ale u mnie jest inaczej. Wysoki rytm serca współgrał z dobrze kręcącą od samego startu nogą. Jazda opustoszałymi drogami ma w sobie jakiś urok, zwykle co niedziele tego doświadczam wiec tym razem nie zrobiło to na mnie wrażenia. Kilometry szybko uciekały, jechałem cały czas ze sprzyjającym wiatrem. Miałem dobry czas przejazdu mimo spokojnej jazdy. Na trasie do granicy kilka niespodzianek, jedna z nich to spory odcinek nowej nawierzchni w Goleszowie, druga już nie tak przyjemna która wymusiła postój zaraz za granicą. Zauważyłem drobny problem z pompką a dokładnie jej uchwytem który bardzo niepewnie trzymał pompkę, miałem ze sobą więcej opasek zaciskowych i jedną musiałem użyć aby pompka pewnie trzymała się w uchwycie. Po tym postoju nastąpił zjazd na którym zmarzłem, perspektywa postoju nie bardzo mi się uśmiechała wiec pojechałem kawałek w stronę Cieszyna, po nawrocie jechałem bardzo wolno ale i tak na rondzie 5 minut musiałem odczekać zanim dojechała grupa. Pojawiło się kilkanaście osób ale spodziewałem się, że jeszcze kolejni zawodnicy dołączą przed startem. Po dojechaniu do grupy podobnie jak tydzień temu trzymałem się z tyłu, dopiero po kilku kilometrach przesunąłem się do przodu aby dać przynajmniej jedną zmianę. Współpraca w grupie układała się dobrze, momentami tempo było trochę zbyt wysokie ale poziom zawodników jest tak zróżnicowany, że takie sytuacje się zdarzają. Po zejściu ze zmiany, im bliżej Jabłonkowa i Bukowca tym gorzej to wyglądało ale sytuacja na drodze nie była też tak klarowna jak wcześniej, dużo pieszych czy skrzyżowań nie sprzyjało grupowej jeździe. W końcu jednak dojechaliśmy na miejsce startu. Sporo czasu minęło zanim nastąpił start, dojeżdżając byłem dobrze rozgrzany a później już miałem wątpliwości czy moje nogi będą pracowały właściwie. Po długim postoju w końcu ruszyliśmy w kierunku Ochodzitej. Pierwszy sprawdzian formy w bezpośredniej rywalizacji z innymi zawodnikami stał się faktem. Mi nie pozostało nic innego jak obserwacja zachowania dwóch najsilniejszych zawodników w stawce. Moja forma uprawniała mnie do walki o czołowe lokaty wiec od samego startu byłem czujny. O spokojnej jeździe mogłem zapomnieć już 300 metrów po starcie, jak tylko zaczął się trudniejszy podjazd Patryk zaatakował, byłem najbliżej niego wiec szybko się zebrałem i skoczyłem za nim. W międzyczasie to samo zrobił Amadeusz i już nastąpił podział na grupki. Patryk mocno pracował aż do wypłaszczenia, ja dopiero łapałem rytm a Amadeusz męczył się na tym podjeździe. Mimo to Patryk nie potrafił nam odskoczyć na więcej niż kilka metrów. Na wypłaszczeniu Patryk odpuścił nieco i przewodnictwo objął Amadeusz. Na zjeździe nieco odstałem od towarzyszy, szybko jednak nadrobiłem straty i dyktowałem tempo na podjeździe po wjeździe do Polski. Moja zmiana była odrobinę za długa, jednak wielkiego wpływu na dalszy przebieg rywalizacji to nie miało. Na kolejnym kilometrze z rondem pracowali towarzysze a moja zmiana przypadła na kolejnym trudniejszym odcinku. Generowałem dobre waty, mimo wyraźnie utrudniającego jazdę wiatru jechaliśmy dosyć szybko. Po zejściu ze zmiany miałem znów problem z blokiem, już wiem jaka była tego przyczyna. Ta sytuacja miała niewielki wpływ na układ sił, koledzy nieco odskoczyli ale byłem w stanie doskoczyć. Na wypłaszczeniu w Istebnej, przed wjazdem do Koniakowa znów byłem na zmianie, tempo nie było tak mocne jak na wcześniejszych ściankach, koledzy oszczędzili trochę sił i już na kolejnym trudniejszym fragmencie miałem problem z utrzymaniem tempa. Wytrzymałem jednak na kole do wypłaszczenia gdzie pojawiło się więcej samochodów, za Kościołem dałem ostatnią mocną zmianę, gdy Patryk dla swoją, jeszcze mocniejszą to już mnie brakło. Walczyłem jeszcze o zniwelowanie start ale różnica się powiększała. Na kolejnym wypłaszczeniu poszedł decydujący atak Amadeusza. Wykorzystał łatwiejszy fragment trasy i odjechał. Patryk już nie był w stanie odpowiedzieć a ja miałem za dużą stratę. Dawałem z siebie cały czas wszystko, kręciłem dobre waty, starałem się trzymać Patryka w zasięgu wzroku, udało się zmniejszyć stratę w momencie gdy Patryk musiał zwolnić przez wolno jadący samochód. Kilku sekundową różnice udało się utrzymać do mety. Amadeusz jechał dużo szybciej i odskoczył, na drugie miejsce miałbym szanse jakby podjazd był dłuższy, jechałem cały czas mocno, nie byłem w stanie nic dołożyć a taką moc utrzymałbym jeszcze jakiś czas. Nie wiedziałem co dzieje się z tyłu, byłem zadowolony z wywalczonego trzeciego miejsca, rywale byli dzisiaj silniejsi ale do ich poziomu brakuje mi już niewiele. Oczywiście mogłem coś dzisiaj dołożyć, zrobić kilka rzeczy lepiej ale i tak wyszło bardzo dobrze. Jeszcze rok temu o takim poziomie mogłem pomarzyć a teraz byłem przez 90 % trasy w grze o zwycięstwo i to z mocnymi zawodnikami. Sprawdzian wyszedł dobrze i jestem spokojny o pierwsze zawody w ogólnopolskiej a nawet międzynarodowej stawce. Po wjechaniu na metę od razu pojechałem się pokręcić aby nogi trochę odpoczęły. Później kolejny długi postój zanim zebraliśmy się wszyscy. Po takiej jeździe zasłużyłem na odrobinę relaksu. Chciałem jeszcze zaliczyć kilka podjazdów wiec nie zdecydowałem się na małe co nieco. Odrobina kofeiny i to co najlepsze na Ochodzitej czyli tradycyjna Szarlotka w zupełności zaspokoiły moje potrzeby. Postój był na tyle długi, że później znów było mi zimno. Zjazd tylko pogorszył sytuacje a podjazd na Kubalonkę zacząłem dosyć słabo. Dobry rytm złapałem dopiero w połowie ale przeciwny wiatr skutecznie utrudniał szybką jazdę. Mimo to w dobrym czasie wjechałem na przełęcz. W bidonach już była susza, po wolnym zjeździe rozpędziłem się tak bardzo, ze przejechałem sklep. Musiałem zwrócić, w sklepie sporo ludzi i przede mną trafił się klient robiący duże zakupy. Sporo czasu stałem w kolejce do kasy aby zapłacić za butelkę wody. Kolejny podjazd był krótki ale z nachyleniem dochodzącym do 20 %, tam trafiła się kolejna niespodzianka i nowiutka nawierzchnia na około 200 metrowym odcinku, dalej już stary ale dosyć równy asfalt. Spokojnie wdrapałem się na szczyt skąd miałem widok na całą Wisłę. Nie było jednak zbyt wiele czasu aby podziwiać widoki i ruszyłem dalej. Na zjeździe krótki postój a później błąd nawigacyjny i kluczenie wąskimi dróżkami, dojechałem jednak do głównej drogi. Znów miałem lekki kryzys ale szybko minął, niestety wiatr dawał się we znaki. Podjazd na Salmopol zacząłem nieźle, później trzymałem stałą moc ale w pełni usatysfakcjonowany przejazdem nie byłem. Ponad 16 minut walki z podjazdem to nie jest dobry czas, w tym roku wjeżdżałem już szybciej i może dlatego ten wjazd wydaje mi się słaby. Na zjeździe znów sobie kompletnie nie radziłem, dopiero ostatni kilometr wyglądał lepiej, przejazd przez Szczyrk to znowu huśtawka, raz szybciej, raz wolniej. Dojechałem do kilku kolarzy, jeden z nich trzymał się blisko mnie, nie czułem się zbyt bezpiecznie w dużym ruchu i skręciłem w równoległą drogę do Buczkowic. Później ruch się już rozładował i jechało się lepiej i luźniej. Przed wjazdem do Bielska miałem mały incydent z kierowcą, był bardzo nerwowy i nie podobało mu się, że jadę drogą. Nie miałem innego wyjścia, ścieżka zaczynała się kilkaset metrów dalej, oczywiście na nią wjechałem, jechałem szybciej niż wielu rowerzystów poruszających się drogą. Jak zwykle przystopowały mnie skrzyżowania z przejazdami dla rowerów. Nie miało to już tak dużego znaczenia bo wcześniej nie straciłem dużo czasu w Szczyrku czy jadąc pod wiatr i znów miałem lekki zapas. W Bielsku znowu trochę kluczyłem bocznymi trafiając na kolejne utrudnienia. Do domu wróciłem pagórkami, pierwszy podjazd do ronda dosyć spokojny a na kolejnym dołożyłem trochę do pieca. Spory ruch i dziurawa nawierzchnia zrobiły swoje ale poczułem pieczenie w nogach zwłaszcza na ostatnich metrach podjazdu. Później już zjazd, miałem po drodze jeszcze podjechać oddać głos ale spora ilość samochodów wyjeżdżających z drogi prowadzącej do lokalu wyborczego skutecznie mnie zniechęciła. Dojeżdżając do domu spadło na mnie kilka kropel. Po kąpieli, obiedzie i krótkim odpoczynku pojechałem oddać głos. Sporo czasu stałem w kolejce. Po powrocie tylko zdążyłem zamknąć za sobą drzwi i lunęło. Miałem dużo szczęścia. Kolejny fajny dzień się trafił. Poza plusami takimi jak dobra noga i walka do końca o rezultat pojawiły się też minusy takie jak kolejny brak adaptacji do temperatury, brak odpowiedniej rozgrzewki czy bardzo słabe zjazdy. Cały czas mam nad czym pracować i to mnie nakręca. Ostatnie tygodnie były ciężkie więc najbliższe kilka dni poświęcam a reset przed kolejną dawką treningu.


Podjazdy:


Podjazdy:
Trening 79
Sobota, 11 lipca 2020 Kategoria 0-50, Samotnie, Szosa
| Km: | 45.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:51 | km/h: | 24.32 |
| Pr. maks.: | 60.00 | Temperatura: | 15.0°C | HRmax: | 179179 ( 91%) | HRavg | 129( 66%) |
| Kalorie: | 1087kcal | Podjazdy: | 840m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Wczoraj dałem nogom wolne chociaż pogoda była inna niż w poprzednich dniach i zachęcała do wyjścia na rower. Sobota już tak ładnie się nie zapowiadała. Poranek był nawet całkiem przyjemny, mimo to nie chciało mi się wstawać z łóżka. Codzienne wstawanie przed 6 rano nie jest niczym przyjemnym, zwłaszcza gdy chodzi się spać późno. Pogoda miała pogorszyć się już około 9 i by pojeździć około 2 godziny wyjechałem przed 7. Ostatnio przyzwyczaiłem się do tego i dlatego szybko byłem gotowy do jazdy. Nie miałem za bardzo ochoty na kolejną tlenową jazdę i postanowiłem urozmaicić trening kilkoma mocnymi akcentami. Nie miałem pomysłu na trasę wiec pojechałem tradycyjnie na Przegibek. Nie chciało mi się kluczyć bocznymi drogami i wybrałem się przez miasto. Ruch był bardzo niewielki, dosyć szybko dostałem się na ulice Górską skąd już rzut beretem na Przegibek. Podjazd zacząłem spokojnie i dopiero ostatnie 1500 metrów pojechałem bardzo równym i mocnym tempem. Czułem, że noga podaje bardzo dobrze i znalazło to potwierdzenie w generowanej mocy. Jakieś rezerwy w nogach jeszcze były ale chciałem je wykorzystać dopiero przy drugim akcencie. Zjazd odpuściłem, złapałem oddech, uzupełniłem zapasy energii, gdy się z tym uporałem to pojawił się silniejszy wiatr który nie zachęcał do jazdy. W Międzybrodziu dojechałem aż do samego jeziora, nigdy tam nie byłem i zaskoczył mnie fakt, że droga kończy się nagle a gdy jest wysoki poziom wody to zapewne nurt przykrywa także fragment asfaltowej szosy. Jak ktoś się bardzo rozpędzi i nie wyhamuje to ląduje wprost w jeziorze. Nie miałem czasu na dłuższy postój i musiałem wracać aby zdążyć przed deszczem. Nie miałem motywacji do mocnej jazdy, cały odcinek dojazdowy przejechałem spokojnie. Trudniejszy fragment podjazdu zacząłem mocniej ale później znów tempo siadło. Na ostatnim kilometrze dałem z siebie prawie wszystko dokładając kilka Wat do tego co generowałem na pierwszym powtórzeniu. To już był prawdziwy ogień i bardzo satysfakcjonująca moc. Po raz kolejny przekonałem się, że wszystkiego mieć nie można i o szybkim zjeździe mogłem zapomnieć. Na początku próbowałem złapać oddech i jechałem wolno a później na technicznych sekcjach musiałem lawirować miedzy samochodami. W końcówce zjazd od strony technicznej wyglądał lepiej, szybko pokonywałem łuki ale na prostych brakowało szybkości. Do domu wróciłem już znanymi ścieżkami omijającymi główne drogi, w kilku miejscach skorzystałem ze ścieżek rowerowych. Tempo było spokojne, zbliżając się do domu pogoda pogarszała się i w końcu zaczęło kropić. Zdążyłem przed deszczem, solidnie przepaliłem nogę przed kolejną niedzielną wymagającą jazdą.


Podjazdy:



Podjazdy:

Trening 78
Czwartek, 9 lipca 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
| Km: | 56.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:54 | km/h: | 29.47 |
| Pr. maks.: | 59.00 | Temperatura: | 15.0°C | HRmax: | 150150 ( 76%) | HRavg | 129( 66%) |
| Kalorie: | 1140kcal | Podjazdy: | 700m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Trzeci z rzędu wyjazd przed 7
rano, tym razem trasa pagórkowata w spokojnym tempie. Temperatura znów dosyć
niska i ten sam zestaw ciuchów co w poprzednich dniach. Trochę się guzdrałem i
zapomniałem m.in. bidonu wiec musiałem się wrócić do domu. Na szczęście nie
odjechałem daleko, nawet licznik nie zdążył zastartować. Początek bardzo
niemrawy, pierwsze kilometry były meczące a później już z górki. Szybko
przejechałem przez Jaworze a po wjeździe na główną drogę na Skoczów nie było
żadnych przeszkód. Jedynie wiatr wiejący z różnych kierunków wybijał z rytmu,
zdążyłem się już do tego przyzwyczaić i z tym radzić. Gdy zaczęły się podjazdy
noga obudziła się na dobre, wszystkie górki wchodziły lekko w równym tempie.
Zaskoczony byłem bardzo rozważną jazdą kierowców, żaden nie próbował wymuszać
pierwszeństwa, nikt nie mijał mnie na centymetry ani w żadnym niebezpiecznym
miejscu. Dojeżdżając do Skoczowa zauważyłem większą ilość samochodów, ominąłem
rondo przy targu bocznymi drogami i na utrudnienia trafiłem dopiero przed
kładką nad Wisłą. Pojawiło się więcej pieszych i rowerzystów i zrobił się mały
zator, skupiłem się na bezpiecznym przejeździe. Jadąc przez Skoczów również zachowywałem
dużą ostrożność. Na pewno zaoszczędziłem trochę czasu jadąc inną drogą niż główną
na Międzyświeć. Na trasę w kierunku Cieszyna wjechałem przed wiaduktem nad S52.
Krótki, wymagający podjazd na wiadukt dał mi w kość, później nie umiałem złapać
rytmu i dosyć szarpanym ale spokojnym tempem pokonałem odcinek z gorszą
nawierzchnią. Kolejny zaskakujący fakt był taki, że przez kilka kilometrów aż
do Goleszowa nie minął mnie żaden samochód, mogłem się skupić wyłącznie na
jeździe a nie obserwacji tego co dzieje się wokół. Kumulacja samochodów miała
miejsce na skrzyżowaniu w centrum gdzie chwile czekałem zanim skręciłem w lewo.
Nagrodą był kilkukilometrowy odcinek z wiatrem, jechało się bardzo przyjemnie
mimo tego, że na jednym ze skrzyżowań prawie doszło do kolizji. Winny był
kierowca ciężarówki który nie zatrzymał się na skrzyżowaniu i skręcając w lewo
wyjechał na przeciwny pas, przytomny kierujący samochodem osobowym zjechał na
pobocze i uniknął czołowego zderzenia. Wszystko działo się zanim dojechałem do
skrzyżowania i jednie musiałem nieco zwolnić aby zachować bezpieczny dystans.
Ta sytuacja nie miała wpływu na moje samopoczucie, dalej jechałem swoje w
dobrym tempie. Miałem tego dnia dużo szczęścia i także przez Ustroń
przejechałem szybko i bez zbędnych postojów na skrzyżowaniach. Bardzo polubiłem
odcinek z Lipowca do Brennej i nie odmówiłem sobie przejechania go po raz
kolejny, trochę mało jadłem i zapłaciłem za to niewielkim kryzysem na
podjazdach w Górkach i Grodźcu. Zanim na dobre zorientowałem się, że idzie ciężej
noga znów podawała lepiej. Kolejny dzień z rzędu żałowałem, że nie mam większej
ilości czasu i skierowałem się do domu. Na ostatnim zjeździe jadący z przeciwka
samochód zjechał na mój pas ale w porę zwolniłem i bezpiecznie przejechałem. Przed
domem zrobiło mi się gorąco, temperatura wzrosła i rękawki były już zbędne. Spokojny
trening zaliczony, powoli zaczyna mnie to znowu nudzić i trzeba będzie wprowadzić
więcej ćwiczeń aby urozmaicić treningi. Trochę nadrobiłem braki w wytrzymałości
i może to wystarczy aby w przyzwoitej formie wytrwać do końca sezonu.




Trening 77
Środa, 8 lipca 2020 Kategoria 0-50, blisko domu, Samotnie, Szosa
| Km: | 41.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:40 | km/h: | 24.60 |
| Pr. maks.: | 60.00 | Temperatura: | 13.0°C | HRmax: | 181181 ( 92%) | HRavg | 130( 66%) |
| Kalorie: | 995kcal | Podjazdy: | 810m | Sprzęt: Litening C:62 Pro | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Mocniejszy trening w niskiej temperaturze. Nie bardzo mi się chciało jechać ale nigdy nie jest łatwo i trzeba być twardym. Wyjechałem znów w bardziej jesiennym niż letnim stroju. Pora dnia pozwoliła na szybki przejazd przez Bielsko łącznie z dobrą rozgrzewką. Przed podjazdem na Przegibek zatrzymałem się na moment i znów straciłem motywacje. Wiedziałem, że będzie ciężko, bardzo nie lubię treningów w krótkimi mocnymi zrywami. Postanowiłem dzisiaj spróbować robić sprinty na stojąco, zwykle jeździłem na siedząco a wtedy trudniej utrzymać moc. Po dojeździe do Straconki ruszyłem mocno, pierwszy sprint wyszedł jak należy a kolejne już nie. Większość z nich zrobiłem jednak na siedząco, nie umiałem się przestawić na stójkę i dopiero ostatnie powtórzenie w pierwszej serii pokonałem w korbach. Liczyłem na to, że uda się jeszcze złapać oddech nim zacznie się zjazd, tak się jednak nie stało i odcinek w dół musiałem odpuścić. To był czas na uzupełnienie węglowodanów i nawodnienie. Po około 10 minutach spokojnej jazdy rozpocząłem drugą i ostatnią serie sprintów. Pierwszy pokonałem w korbach a kolejne już różnie, niektóre w całości w siodle, niektóre pół na pół i dopiero 2 ostanie sprinty weszły na stojąco. Jechałem tak efektywnie, że kilku sekund brakło do rekordu, miałem takie rezerwy aby zniwelować tą różnice ale nie był to cel i nie monitorowałem czasu całego podjazdu. Na zjeździe znów starałem się jechać technicznie ale znów samochody trochę wybiły mnie z rytmu. Przejazd przez Bielsko szybki z dwoma krótkimi akcentami. Szkoda, że miałem tak mało czasu bo z chęcią bym pojeździł dłużej. Noga dosyć dobrze podawała i coraz bliżej jestem stwierdzenia, że kryzys i gorszy czas już minął.



Podjazdy:




Podjazdy:








