Piotr92blog rowerowy

informacje

baton rowerowy bikestats.pl

Znajomi

wszyscy znajomi(13)

wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy PiotrKukla2.bikestats.pl

linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Szosa

Dystans całkowity:187286.50 km (w terenie 620.00 km; 0.33%)
Czas w ruchu:6907:58
Średnia prędkość:26.88 km/h
Maksymalna prędkość:750.00 km/h
Suma podjazdów:2094254 m
Maks. tętno maksymalne:205 (179 %)
Maks. tętno średnie:198 (101 %)
Suma kalorii:3940603 kcal
Liczba aktywności:2748
Średnio na aktywność:68.15 km i 2h 32m
Więcej statystyk

Trening 80

Niedziela, 12 lipca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa, w grupie
Km: 129.00 Km teren: 0.00 Czas: 04:41 km/h: 27.54
Pr. maks.: 62.00 Temperatura: 15.0°C HRmax: 184184 ( 94%) HRavg 138( 70%)
Kalorie: 3152kcal Podjazdy: 2190m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Myślałem, że ostatnio poranki były chłodne, zmieniłem zdanie widząc dzisiejsze 8 stopni na termometrze co pośrednio wymusiło na mnie zmianę trasy. Wstałem o odpowiedniej porze aby przejechać zaplanowany odcinek ale bałem się bardzo zbytniego wychłodzenia na zjazdach co nie jest mi potrzebne. Ciężko było się zmobilizować, najchętniej poleżałbym w łóżku dłużej, przez ostatnie kilkanaście dni wstawałem wcześnie rano i jakaś odmiana jest potrzebna ale będę musiał z tym poczekać minimum do kolejnej soboty. Wszystkie sprawy dopiąłem na ostatni guzik, zjadłem solidne śniadanie, napełniłem bidony, przygotowałem jedzenie, rower już wczoraj był gotowy wiec nie musiałem się o to martwić. Jedyny dylemat to strój, ostatecznie wybrałem cieplejsze ciuchy bo lepiej mieć co zdejmować niż marznąć. Pierwszy raz założyłem nowy strój Martombike, na pierwszy rzut oka nie poczułem, żadnej różnicy w odniesieniu do innych strojów w jakich jeżdżę. Po wyjściu na zewnątrz faktycznie było zimno ale liczyłem, że na rowerze chociaż trochę się zagrzeje. Wyjechałem kilka minut przed 7 ze sporym zapasem ale nie planowałem zbyt pokręconej trasy tylko możliwie najkrótszą przez Leszną do Czech. Na początek Jaworze i już pierwsze oznaki dobrego dnia, zwykle gdy czuje się nieźle mam wysokie tętno, taki paradoks, zazwyczaj wysokie tętno oznacza brak formy ale u mnie jest inaczej. Wysoki rytm serca współgrał z dobrze kręcącą od samego startu nogą. Jazda opustoszałymi drogami ma w sobie jakiś urok, zwykle co niedziele tego doświadczam wiec tym razem nie zrobiło to na mnie wrażenia. Kilometry szybko uciekały, jechałem cały czas ze sprzyjającym wiatrem. Miałem dobry czas przejazdu mimo spokojnej jazdy. Na trasie do granicy kilka niespodzianek, jedna z nich to spory odcinek nowej nawierzchni w Goleszowie, druga już nie tak przyjemna która wymusiła postój zaraz za granicą. Zauważyłem drobny problem z pompką a dokładnie jej uchwytem który bardzo niepewnie trzymał pompkę, miałem ze sobą więcej opasek zaciskowych i jedną musiałem użyć aby pompka pewnie trzymała się w uchwycie. Po tym postoju nastąpił zjazd na którym zmarzłem, perspektywa postoju nie bardzo mi się uśmiechała wiec pojechałem kawałek w stronę Cieszyna, po nawrocie jechałem bardzo wolno ale i tak na rondzie 5 minut musiałem odczekać zanim dojechała grupa. Pojawiło się kilkanaście osób ale spodziewałem się, że jeszcze kolejni zawodnicy dołączą przed startem. Po dojechaniu do grupy podobnie jak tydzień temu trzymałem się z tyłu, dopiero po kilku kilometrach przesunąłem się do przodu aby dać przynajmniej jedną zmianę. Współpraca w grupie układała się dobrze, momentami tempo było trochę zbyt wysokie ale poziom zawodników jest tak zróżnicowany, że takie sytuacje się zdarzają. Po zejściu ze zmiany, im bliżej Jabłonkowa i Bukowca tym gorzej to wyglądało ale sytuacja na drodze nie była też tak klarowna jak wcześniej, dużo pieszych czy skrzyżowań nie sprzyjało grupowej jeździe. W końcu jednak dojechaliśmy na miejsce startu. Sporo czasu minęło zanim nastąpił start, dojeżdżając byłem dobrze rozgrzany a później już miałem wątpliwości czy moje nogi będą pracowały właściwie. Po długim postoju w końcu ruszyliśmy w kierunku Ochodzitej. Pierwszy sprawdzian formy w bezpośredniej rywalizacji z innymi zawodnikami stał się faktem. Mi nie pozostało nic innego jak obserwacja zachowania dwóch najsilniejszych zawodników w stawce. Moja forma uprawniała mnie do walki o czołowe lokaty wiec od samego startu byłem czujny. O spokojnej jeździe mogłem zapomnieć już 300 metrów po starcie, jak tylko zaczął się trudniejszy podjazd Patryk zaatakował, byłem najbliżej niego wiec szybko się zebrałem i skoczyłem za nim. W międzyczasie to samo zrobił Amadeusz i już nastąpił podział na grupki. Patryk mocno pracował aż do wypłaszczenia, ja dopiero łapałem rytm a Amadeusz męczył się na tym podjeździe. Mimo to Patryk nie potrafił nam odskoczyć na więcej niż kilka metrów. Na wypłaszczeniu Patryk odpuścił nieco i przewodnictwo objął Amadeusz. Na zjeździe nieco odstałem od towarzyszy, szybko jednak nadrobiłem straty i dyktowałem tempo na podjeździe po wjeździe do Polski. Moja zmiana była odrobinę za długa, jednak wielkiego wpływu na dalszy przebieg rywalizacji to nie miało. Na kolejnym kilometrze z rondem pracowali towarzysze a moja zmiana przypadła na kolejnym trudniejszym odcinku. Generowałem dobre waty, mimo wyraźnie utrudniającego jazdę wiatru jechaliśmy dosyć szybko. Po zejściu ze zmiany miałem znów problem z blokiem, już wiem jaka była tego przyczyna. Ta sytuacja miała niewielki wpływ na układ sił, koledzy nieco odskoczyli ale byłem w stanie doskoczyć. Na wypłaszczeniu w Istebnej, przed wjazdem do Koniakowa znów byłem na zmianie, tempo nie było tak mocne jak na wcześniejszych ściankach, koledzy oszczędzili trochę sił i już na kolejnym trudniejszym fragmencie miałem problem z utrzymaniem tempa. Wytrzymałem jednak na kole do wypłaszczenia gdzie pojawiło się więcej samochodów, za Kościołem dałem ostatnią mocną zmianę, gdy Patryk dla swoją, jeszcze mocniejszą to już mnie brakło. Walczyłem jeszcze o zniwelowanie start ale różnica się powiększała. Na kolejnym wypłaszczeniu poszedł decydujący atak Amadeusza. Wykorzystał łatwiejszy fragment trasy i odjechał. Patryk już nie był w stanie odpowiedzieć a ja miałem za dużą stratę. Dawałem z siebie cały czas wszystko, kręciłem dobre waty, starałem się trzymać Patryka w zasięgu wzroku, udało się zmniejszyć stratę w momencie gdy Patryk musiał zwolnić przez wolno jadący samochód. Kilku sekundową różnice udało się utrzymać do mety. Amadeusz jechał dużo szybciej i odskoczył, na drugie miejsce miałbym szanse jakby podjazd był dłuższy, jechałem cały czas mocno, nie byłem w stanie nic dołożyć a taką moc utrzymałbym jeszcze jakiś czas. Nie wiedziałem co dzieje się z tyłu, byłem zadowolony z wywalczonego trzeciego miejsca, rywale byli dzisiaj silniejsi ale do ich poziomu brakuje mi już niewiele. Oczywiście mogłem coś dzisiaj dołożyć, zrobić kilka rzeczy lepiej ale i tak wyszło bardzo dobrze. Jeszcze rok temu o takim poziomie mogłem pomarzyć a teraz byłem przez 90 % trasy w grze o zwycięstwo i to z mocnymi zawodnikami. Sprawdzian wyszedł dobrze i jestem spokojny o pierwsze zawody w ogólnopolskiej a nawet międzynarodowej stawce. Po wjechaniu na metę od razu pojechałem się pokręcić aby nogi trochę odpoczęły. Później kolejny długi postój zanim zebraliśmy się wszyscy. Po takiej jeździe zasłużyłem na odrobinę relaksu. Chciałem jeszcze zaliczyć kilka podjazdów wiec nie zdecydowałem się na małe co nieco. Odrobina kofeiny i to co najlepsze na Ochodzitej czyli tradycyjna Szarlotka w zupełności zaspokoiły moje potrzeby. Postój był na tyle długi, że później znów było mi zimno. Zjazd tylko pogorszył sytuacje a podjazd na Kubalonkę zacząłem dosyć słabo. Dobry rytm złapałem dopiero w połowie ale przeciwny wiatr skutecznie utrudniał szybką jazdę. Mimo to w dobrym czasie wjechałem na przełęcz. W bidonach już była susza, po wolnym zjeździe rozpędziłem się tak bardzo, ze przejechałem sklep. Musiałem zwrócić, w sklepie sporo ludzi i przede mną trafił się klient robiący duże zakupy. Sporo czasu stałem w kolejce do kasy aby zapłacić za butelkę wody. Kolejny podjazd był krótki ale z nachyleniem dochodzącym do 20 %, tam trafiła się kolejna niespodzianka i nowiutka nawierzchnia na około 200 metrowym odcinku, dalej już stary ale dosyć równy asfalt. Spokojnie wdrapałem się na szczyt skąd miałem widok na całą Wisłę. Nie było jednak zbyt wiele czasu aby podziwiać widoki i ruszyłem dalej. Na zjeździe krótki postój a później błąd nawigacyjny i kluczenie wąskimi dróżkami, dojechałem jednak do głównej drogi. Znów miałem lekki kryzys ale szybko minął, niestety wiatr dawał się we znaki. Podjazd na Salmopol zacząłem nieźle, później trzymałem stałą moc ale w pełni usatysfakcjonowany przejazdem nie byłem. Ponad 16 minut walki z podjazdem to nie jest dobry czas, w tym roku wjeżdżałem już szybciej i może dlatego ten wjazd wydaje mi się słaby. Na zjeździe znów sobie kompletnie nie radziłem, dopiero ostatni kilometr wyglądał lepiej, przejazd przez Szczyrk to znowu huśtawka, raz szybciej, raz wolniej. Dojechałem do kilku kolarzy, jeden z nich trzymał się blisko mnie, nie czułem się zbyt bezpiecznie w dużym ruchu i skręciłem w równoległą drogę do Buczkowic. Później ruch się już rozładował i jechało się lepiej i luźniej. Przed wjazdem do Bielska miałem mały incydent z kierowcą, był bardzo nerwowy i nie podobało mu się, że jadę drogą. Nie miałem innego wyjścia, ścieżka zaczynała się kilkaset metrów dalej, oczywiście na nią wjechałem, jechałem szybciej niż wielu rowerzystów poruszających się drogą. Jak zwykle przystopowały mnie skrzyżowania z przejazdami dla rowerów. Nie miało to już tak dużego znaczenia bo wcześniej nie straciłem dużo czasu w Szczyrku czy jadąc pod wiatr i znów miałem lekki zapas. W Bielsku znowu trochę kluczyłem bocznymi trafiając na kolejne utrudnienia. Do domu wróciłem pagórkami, pierwszy podjazd do ronda dosyć spokojny a na kolejnym dołożyłem trochę do pieca. Spory ruch i dziurawa nawierzchnia zrobiły swoje ale poczułem pieczenie w nogach zwłaszcza na ostatnich metrach podjazdu. Później już zjazd, miałem po drodze jeszcze podjechać oddać głos ale spora ilość samochodów wyjeżdżających z drogi prowadzącej do lokalu wyborczego skutecznie mnie zniechęciła. Dojeżdżając do domu spadło na mnie kilka kropel. Po kąpieli, obiedzie i krótkim odpoczynku pojechałem oddać głos. Sporo czasu stałem w kolejce. Po powrocie tylko zdążyłem zamknąć za sobą drzwi i lunęło. Miałem dużo szczęścia. Kolejny fajny dzień się trafił. Poza plusami takimi jak dobra noga i walka do końca o rezultat pojawiły się też minusy takie jak kolejny brak adaptacji do temperatury, brak odpowiedniej rozgrzewki czy bardzo słabe zjazdy. Cały czas mam nad czym pracować i to mnie nakręca. Ostatnie tygodnie były ciężkie więc najbliższe kilka dni poświęcam a reset przed kolejną dawką treningu.


Podjazdy:

Trening 79

Sobota, 11 lipca 2020 Kategoria 0-50, Samotnie, Szosa
Km: 45.00 Km teren: 0.00 Czas: 01:51 km/h: 24.32
Pr. maks.: 60.00 Temperatura: 15.0°C HRmax: 179179 ( 91%) HRavg 129( 66%)
Kalorie: 1087kcal Podjazdy: 840m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Wczoraj dałem nogom wolne chociaż pogoda była inna niż w poprzednich dniach i zachęcała do wyjścia na rower. Sobota już tak ładnie się nie zapowiadała. Poranek był nawet całkiem przyjemny, mimo to nie chciało mi się wstawać z łóżka. Codzienne wstawanie przed 6 rano nie jest niczym przyjemnym, zwłaszcza gdy chodzi się spać późno. Pogoda miała pogorszyć się już około 9 i by pojeździć około 2 godziny wyjechałem przed 7. Ostatnio przyzwyczaiłem się do tego i dlatego szybko byłem gotowy do jazdy. Nie miałem za bardzo ochoty na kolejną tlenową jazdę i postanowiłem urozmaicić trening kilkoma mocnymi akcentami. Nie miałem pomysłu na trasę wiec pojechałem tradycyjnie na Przegibek. Nie chciało mi się kluczyć bocznymi drogami i wybrałem się przez miasto. Ruch był bardzo niewielki, dosyć szybko dostałem się na ulice Górską skąd już rzut beretem na Przegibek. Podjazd zacząłem spokojnie i dopiero ostatnie 1500 metrów pojechałem bardzo równym i mocnym tempem. Czułem, że noga podaje bardzo dobrze i znalazło to potwierdzenie w generowanej mocy. Jakieś rezerwy w nogach jeszcze były ale chciałem je wykorzystać dopiero przy drugim akcencie. Zjazd odpuściłem, złapałem oddech, uzupełniłem zapasy energii, gdy się z tym uporałem to pojawił się silniejszy wiatr który nie zachęcał do jazdy. W Międzybrodziu dojechałem aż do samego jeziora, nigdy tam nie byłem i zaskoczył mnie fakt, że droga kończy się nagle a gdy jest wysoki poziom wody to zapewne nurt przykrywa także fragment asfaltowej szosy. Jak ktoś się bardzo rozpędzi i nie wyhamuje to ląduje wprost w jeziorze. Nie miałem czasu na dłuższy postój i musiałem wracać aby zdążyć przed deszczem. Nie miałem motywacji do mocnej jazdy, cały odcinek dojazdowy przejechałem spokojnie. Trudniejszy fragment podjazdu zacząłem mocniej ale później znów tempo siadło. Na ostatnim kilometrze dałem z siebie prawie wszystko dokładając kilka Wat do tego co generowałem na pierwszym powtórzeniu. To już był prawdziwy ogień i bardzo satysfakcjonująca moc. Po raz kolejny przekonałem się, że wszystkiego mieć nie można i o szybkim zjeździe mogłem zapomnieć. Na początku próbowałem złapać oddech i jechałem wolno a później na technicznych sekcjach musiałem lawirować miedzy samochodami. W końcówce zjazd od strony technicznej wyglądał lepiej, szybko pokonywałem łuki ale na prostych brakowało szybkości. Do domu wróciłem już znanymi ścieżkami omijającymi główne drogi, w kilku miejscach skorzystałem ze ścieżek rowerowych. Tempo było spokojne, zbliżając się do domu pogoda pogarszała się i w końcu zaczęło kropić. Zdążyłem przed deszczem, solidnie przepaliłem nogę przed kolejną niedzielną wymagającą jazdą.


Podjazdy:

Trening 78

Czwartek, 9 lipca 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
Km: 56.00 Km teren: 0.00 Czas: 01:54 km/h: 29.47
Pr. maks.: 59.00 Temperatura: 15.0°C HRmax: 150150 ( 76%) HRavg 129( 66%)
Kalorie: 1140kcal Podjazdy: 700m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Trzeci z rzędu wyjazd przed 7 rano, tym razem trasa pagórkowata w spokojnym tempie. Temperatura znów dosyć niska i ten sam zestaw ciuchów co w poprzednich dniach. Trochę się guzdrałem i zapomniałem m.in. bidonu wiec musiałem się wrócić do domu. Na szczęście nie odjechałem daleko, nawet licznik nie zdążył zastartować. Początek bardzo niemrawy, pierwsze kilometry były meczące a później już z górki. Szybko przejechałem przez Jaworze a po wjeździe na główną drogę na Skoczów nie było żadnych przeszkód. Jedynie wiatr wiejący z różnych kierunków wybijał z rytmu, zdążyłem się już do tego przyzwyczaić i z tym radzić. Gdy zaczęły się podjazdy noga obudziła się na dobre, wszystkie górki wchodziły lekko w równym tempie. Zaskoczony byłem bardzo rozważną jazdą kierowców, żaden nie próbował wymuszać pierwszeństwa, nikt nie mijał mnie na centymetry ani w żadnym niebezpiecznym miejscu. Dojeżdżając do Skoczowa zauważyłem większą ilość samochodów, ominąłem rondo przy targu bocznymi drogami i na utrudnienia trafiłem dopiero przed kładką nad Wisłą. Pojawiło się więcej pieszych i rowerzystów i zrobił się mały zator, skupiłem się na bezpiecznym przejeździe. Jadąc przez Skoczów również zachowywałem dużą ostrożność. Na pewno zaoszczędziłem trochę czasu jadąc inną drogą niż główną na Międzyświeć. Na trasę w kierunku Cieszyna wjechałem przed wiaduktem nad S52. Krótki, wymagający podjazd na wiadukt dał mi w kość, później nie umiałem złapać rytmu i dosyć szarpanym ale spokojnym tempem pokonałem odcinek z gorszą nawierzchnią. Kolejny zaskakujący fakt był taki, że przez kilka kilometrów aż do Goleszowa nie minął mnie żaden samochód, mogłem się skupić wyłącznie na jeździe a nie obserwacji tego co dzieje się wokół. Kumulacja samochodów miała miejsce na skrzyżowaniu w centrum gdzie chwile czekałem zanim skręciłem w lewo. Nagrodą był kilkukilometrowy odcinek z wiatrem, jechało się bardzo przyjemnie mimo tego, że na jednym ze skrzyżowań prawie doszło do kolizji. Winny był kierowca ciężarówki który nie zatrzymał się na skrzyżowaniu i skręcając w lewo wyjechał na przeciwny pas, przytomny kierujący samochodem osobowym zjechał na pobocze i uniknął czołowego zderzenia. Wszystko działo się zanim dojechałem do skrzyżowania i jednie musiałem nieco zwolnić aby zachować bezpieczny dystans. Ta sytuacja nie miała wpływu na moje samopoczucie, dalej jechałem swoje w dobrym tempie. Miałem tego dnia dużo szczęścia i także przez Ustroń przejechałem szybko i bez zbędnych postojów na skrzyżowaniach. Bardzo polubiłem odcinek z Lipowca do Brennej i nie odmówiłem sobie przejechania go po raz kolejny, trochę mało jadłem i zapłaciłem za to niewielkim kryzysem na podjazdach w Górkach i Grodźcu. Zanim na dobre zorientowałem się, że idzie ciężej noga znów podawała lepiej. Kolejny dzień z rzędu żałowałem, że nie mam większej ilości czasu i skierowałem się do domu. Na ostatnim zjeździe jadący z przeciwka samochód zjechał na mój pas ale w porę zwolniłem i bezpiecznie przejechałem. Przed domem zrobiło mi się gorąco, temperatura wzrosła i rękawki były już zbędne. Spokojny trening zaliczony, powoli zaczyna mnie to znowu nudzić i trzeba będzie wprowadzić więcej ćwiczeń aby urozmaicić treningi. Trochę nadrobiłem braki w wytrzymałości i może to wystarczy aby w przyzwoitej formie wytrwać do końca sezonu.


Trening 77

Środa, 8 lipca 2020 Kategoria 0-50, blisko domu, Samotnie, Szosa
Km: 41.00 Km teren: 0.00 Czas: 01:40 km/h: 24.60
Pr. maks.: 60.00 Temperatura: 13.0°C HRmax: 181181 ( 92%) HRavg 130( 66%)
Kalorie: 995kcal Podjazdy: 810m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Mocniejszy trening w niskiej temperaturze. Nie bardzo mi się chciało jechać ale nigdy nie jest łatwo i trzeba być twardym. Wyjechałem znów w bardziej jesiennym niż letnim stroju. Pora dnia pozwoliła na szybki przejazd przez Bielsko łącznie z dobrą rozgrzewką. Przed podjazdem na Przegibek zatrzymałem się na moment i znów straciłem motywacje. Wiedziałem, że będzie ciężko, bardzo nie lubię treningów w krótkimi mocnymi zrywami. Postanowiłem dzisiaj spróbować robić sprinty na stojąco, zwykle jeździłem na siedząco a wtedy trudniej utrzymać moc. Po dojeździe do Straconki ruszyłem mocno, pierwszy sprint wyszedł jak należy a kolejne już nie. Większość z nich zrobiłem jednak na siedząco, nie umiałem się przestawić na stójkę i dopiero ostatnie powtórzenie w pierwszej serii pokonałem w korbach. Liczyłem na to, że uda się jeszcze złapać oddech nim zacznie się zjazd, tak się jednak nie stało i odcinek w dół musiałem odpuścić. To był czas na uzupełnienie węglowodanów i nawodnienie. Po około 10 minutach spokojnej jazdy rozpocząłem drugą i ostatnią serie sprintów. Pierwszy pokonałem w korbach a kolejne już różnie, niektóre w całości w siodle, niektóre pół na pół i dopiero 2 ostanie sprinty weszły na stojąco. Jechałem tak efektywnie, że kilku sekund brakło do rekordu, miałem takie rezerwy aby zniwelować tą różnice ale nie był to cel i nie monitorowałem czasu całego podjazdu. Na zjeździe znów starałem się jechać technicznie ale znów samochody trochę wybiły mnie z rytmu. Przejazd przez Bielsko szybki z dwoma krótkimi akcentami. Szkoda, że miałem tak mało czasu bo z chęcią bym pojeździł dłużej. Noga dosyć dobrze podawała i coraz bliżej jestem stwierdzenia, że kryzys i gorszy czas już minął.

Podjazdy:

Trening 76

Wtorek, 7 lipca 2020 Kategoria 50-100, avg>30km\h, Samotnie, Szosa
Km: 85.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:49 km/h: 30.18
Pr. maks.: 60.00 Temperatura: 14.0°C HRmax: 139139 ( 71%) HRavg 120( 61%)
Kalorie: 1459kcal Podjazdy: 470m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Pierwszy z porannych wyjazdów. Tylko na takie mogę sobie pozwolić w tym tygodniu. Dawno nie jeździłem po płaskim i stwierdziłem, że pojawił się odpowiedni moment. Przez ostatnie kilkanaście dni jeździłem bez rękawków, potówki czy rękawiczek, pogoda zmieniła się i temperatura wymusiła zaopatrzenie się w dodatkowe elementy garderoby. Kilka dodatkowych minut na przygotowanie opóźniło nieco wyjazd ale nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Na początek skierowałem się na Jaworze, na głównej wciąż trwają prace drogowe, jest odcinek z ruchem wahadłowym i wolałem to ominąć. Już od samego domu przez 1500 metrów miałem niemal cały czas pod górę, to wystarczyło aby się rozgrzać i stwierdzić, że noga podaje. Po zjeździe do ronda na Cieszyńskiej ruszyłem już w lepszym tempie, za bardzo nie miałem co się rozpędzać bo już za moment musiałem pokonać kilka skrzyżowań. Na ostatnim z nich sobie postałem przez kierowcę który chyba zasnął za kierownicą bo gdy zapaliło się zielone nie ruszył się z miejsca, tylko on przejechał przed zapaleniem się czerwonego świateł. Na szczęście zapaliła się warunkowa strzałka i mogłem wjechać wraz z kilkoma samochodami na puste skrzyżowanie. Starty czasu mogłem nadrobić na kolejnych szybkich kilometrach, trochę z rytmu wybiły mnie podjazdy w Rudzicy ale później czekało mnie wiele płaskich kilometrów, aby mi się nie nudziło musiałem zmagać się ze zmiennym wiatrem. Złapałem dobry rytm, starałem się trzymać około 200 Wat i tak uciekały kolejne kilometry. Jedyne urozmaicenie to skrzyżowania na których co jakiś czas musiałem się zatrzymywać. Liczyłem na to, że w drugiej połowie trasy wiatr będzie bardziej sprzyjał. Cały czas wiał bardziej z boku i więcej na tym traciłem niż zyskiwałem. Miałem jeszcze sporo czasu i będąc w Goczałkowicach wybrałem dłuższą ale pełną przeszkód drogę. Zupełnie nieznaną mi drogą dojechałem do torów w Goczałkowicach, za tunelem zauważyłem, że zapory są zamknięte, myślałem, że wygrałem dobry los na loterii a było zupełnie inaczej. Przyjechałem kilkanaście sekund za późno, zapory zaczęły się podnosić i zanim dojechałem do skrzyżowania samochody na Szkolnej już ruszyły. Musiałem czekać aż wszystkie przejadą, byłem cierpliwy czego nie można było powiedzieć o kierowcach samochodów stojących za mną, po chwili już zaczęły odzywać się klaksony. W końcu jednak mogłem jechać dalej w kierunku Uzdrowiska. Chciałem minąć kostkę brukową znanym mi szlakiem. Gdy już dojeżdżałem do końca i miałem wjechać na deptak w Goczałkowicach zatrzymała mnie blokada. Okazało się, że teren Uzdrowiska jest odizolowany od osób trzecich i musiałem zawrócić. Nie miałem za bardzo wyjścia i około 200 metrów pokonałem dwupasmówką. W tym czasie jednak nie minął mnie żaden samochód wiec nie był to problem. Liczyłem na to, że już nie będzie utrudnień ale w Czechowicach przypomniałem sobie o remoncie linii kolejowej i występujących utrudnieniach w rejonie. Nie chciało mi się jechać przez Czechowice i pojechałem na Zabrzeg, na drugą stronę torów dostałem się niewielkim przejściem dla pieszych które mimo remontu jest czynne. Trochę czasu straciłem na krążeniu po Goczałkowicach i Zabrzegu i musiałem się sprężyć. Wybrałem najkrótszą drogę do domu, wiatr już tak nie przeszkadzał i szybko byłem w Międzyrzeczu. Po podjeździe już zluzowałem, nawet jazda ścieżką była przyjemna. Wracając do domu widziałem ciemne chmury nad górami, żadnego deszczu z nich jednak nie było do popołudnia. Fajny trening zaliczony, nie zmienia to jednak faktu, że jazda po płaskim nie należy do moich ulubionych ale czasami trzeba się pomęczyć.


Rozjazd 20

Poniedziałek, 6 lipca 2020 Kategoria blisko domu, Samotnie, Szosa
Km: 32.00 Km teren: 0.00 Czas: 01:28 km/h: 21.82
Pr. maks.: 60.00 Temperatura: 23.0°C HRmax: HRavg
Kalorie: 532kcal Podjazdy: 530m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Spokojny wyjazd na początek nowego tygodnia. Przed jazdą wahałem się czy jechać na Przegibek czy kręcić się po okolicy. Wychodziło na to samo, w jednym i drugim przypadku musiałem pokonać kilkanaście skrzyżowań, ciasnych zakrętów czy odcinki prowadzące ścieżką rowerową. Przekonał mnie fakt, że mogę potrenować technikę zjazdu a na to Przegibek nadaje się idealnie. Po raz pierwszy od dawna nie zabrałem opaski tętna a jedynym parametrem jaki miałem pilnować była moc. Od samego domu jechałem z wiatrem, nie czułem aby pomagał a potwierdzały to liczby na liczniku, w ogóle nie jechałem szybciej niż zwykle a wskazania mocy były bardzo porównywalne. Kilka podjazdów w Bielsku pokonałem bardzo spokojnie ale z ekstremalnie niską kadencją. Wychodziłem już ze strefy komfortu. Na jednym z odcinków ścieżki musiałem gwałtownie hamować i ustąpić pierwszeństwa samochodowi wyjeżdżającemu z posesji. Kawałek dalej musiałem zjechać na drogę bo ścieżka była zablokowana przez parkujące samochody, nie jest to pierwszy raz, było to już zgłaszane odpowiednim służbom ale wciąż się powtarza. Na kolejnym odcinku ścieżki miałem już wiele przygód z samochodami wymuszającymi pierwszeństwo i tym razem nawet na niego nie wjechałem. Droga prowadziła lekko w dół wiec szybko przejechałem. Najbardziej niebezpieczne miejsca na trasie występujące bezpośrednio po sobie pokonałem sprawnie. Trzy niebezpieczne skrzyżowania ze słabym oznakowaniem i wąski mostek zawsze podnoszą mi ciśnienie. Na szczęście później już nie było takich problemów, pomijając fakt prac porządkowych na bulwarach i samochodu zaparkowanego na ścieżce nikt nie utrudniał jazdy. Mimo wielu utrudnień w Straconce byłem nieco szybciej niż zwykle, przed podjazdem na Przegibek wiatr pomagał i jechało się lekko. Sam podjazd poszedł również sprawnie, kadencja tylko momentami spadała poniżej strefy komfortu. Starałem się jechać równo i nawet to wychodziło, czas samej wspinaczki był ponad minutę lepszy niż zwykle a dwie minuty lepszy niż najwolniejsze podjazdy. Trochę się zagapiłem i zacząłem zjeżdżać do Międzybrodzia, przed pierwszym łukiem zawróciłem, miałem niecałą minutę na uzupełnienie płynów i rozpocząłem zjazd. Od strony technicznej było nieźle, w dwóch miejscach samochody wymusiły zmianę toru jazdy, wiało dosyć mocno i nie było odpowiedniej prędkości i przez to zjazd wyszedł dosyć wolny. Wracając do domu zatrzymało mnie tylko jedno skrzyżowanie na którym straciłem trochę czasu. Mimo spokojnej jazdy byłem mocno spocony, temperatura zrobiła swoje a wiatr nie chłodził odpowiednio. Najważniejsze, że noga odpoczęła po weekendowych szaleństwach.

Trening 75

Niedziela, 5 lipca 2020 Kategoria w grupie, Szosa, Samotnie, 50-100
Km: 90.00 Km teren: 0.00 Czas: 03:19 km/h: 27.14
Pr. maks.: 67.00 Temperatura: 23.0°C HRmax: 182182 ( 93%) HRavg 135( 69%)
Kalorie: 2140kcal Podjazdy: 1300m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Po kilku spokojniejszych treningach chciałem nieco przepalić nogę i zaliczyć kilka podjazdów. Czasu nie miałem zbyt wiele i nie chciało mi się wstawać po nocy aby zaliczyć dłuższy trening. Wyjechałem kilka minut po 7 i skierowałem się na Jaworze. Zaliczyłem kilka pagórków i ruszyłem na Skoczów. Dopiero w połowie drogi z Bielska do Skoczowa wjechałem na główną szosę. Jechałem bardzo spokojnie, na skrzyżowaniu byłem o 7:50 ale dosyć długo czekałem na zielone światło, przy niewielkim ruchu zwykle jest tam problem i czasami zdarza się wjechać na czerwonym. Tym razem na szczęście dojechał jakiś samochód i zapaliło się zielone. Przed wiaduktem czekały już 3 osoby. Chwila jeszcze minęła zanim dojechała grupa. Na początku nie umiałem się odnaleźć i dopiero po kilku minutach poczułem się pewniej w grupie. Wtedy też dołączyłem do szyku który jechał po zmianach. Tempo było równe i dosyć spokojne, nikt nie narzekał a kilometry szybko mijały. W Ustroniu nastąpił podział na trzy grupki, ja znalazłem się w tej najsilniejszej z najtrudniejszym wariantem trasy. Pierwszy podjazd z założenia miał być spokojny, ruszyłem mocniej niż trójka towarzyszy i jako pierwszy dojechałem do skrzyżowania na którym skręcaliśmy w lewo. Na zjeździe nieco odpuściłem ale miałem w planie krótki postój i wszystko idealnie zgrało się z momentem w którym dojechali towarzysze. Drugi podjazd na trasie nie był już taki łatwy, nie chciałem już kalkulować i pojechać bardzo mocno. Ruszyłem agresywnie ale ze zbyt twardego przełożenia, później chcąc zmienić pomyliłem guziki i jeszcze pogorszyłem swoją sytuacje, zbyt siłowa jazda poskutkowała wypięciem się bloku z prawego buta. Musze jednak kupić nowe bloki bo te nie trzymają zbyt dobrze mimo, że są prawie nowe. Pozostał mi krótki spacer do wypłaszczenia, straciłem na tym kilkadziesiąt sekund. Drugą połowę podjazdu pokonałem już mocno, trochę z rytmu wybił mnie samochód a także zanieczyszczona nawierzchnia w końcówce podjazdu. Mimo to na tym odcinku urwałem kilka sekund i gdyby nie ta pechowa sytuacja na początku wspinaczki mógłbym się cieszyć z nowego rekordu bo podjazd zacząłem efektywnie i szybko. Na zjeździe musiałem bardzo uważać i jechałem wolno ale i tak szybciej niż trójka towarzyszy, jeden z nich miał problemy z kołem i musiał jechać bardzo asekuracyjnie. Chwile czekałem po zjeździe a następnie poprowadziłem grupkę bocznymi drogami aby nie jechać przez Rynek czy wahadła na głównej drodze. Na pewno trochę czasu udało się oszczędzić i dzięki temu szybciej zaczął się podjazd dnia. Dojazd do Malinki był dosyć mocny, koledzy nieźle pracowali na zmianach, nie chciałem być gorszy i również dawałem dobre zmiany. Niewielką zadyszkę dostałem przed początkiem właściwego podjazdu. Odpuściłem lekko i kryzys szybko minął. Ruszyłem mocno ale chyba zbyt asekuracyjnie, dopiero po wypłaszczeniu na pierwszym kilometrze dołożyłem nieco mocy. Z każdym kilometrem jechałem mocniej i ostatni pokonałem już na maksa, nie było rezerw w nogach. Dużą motywacją stali się wyprzedzani zawodnicy. Do końca miałem nadzieje na rekordowy czas ale ostatecznie zabrakło 10 sekund. Rezerwa była na początku podjazdu, wtedy trochę straciłem a później urwanie więcej niż kilku sekund nie było by możliwe. Mimo wszystko mogę być zadowolony, moce wracają do tych sprzed 2-3 tygodni a nogi wyraźnie lepiej kręcą. Wszystko idzie w dobrą stronę. Nagrodą za mocne podjazdy był bufet. Po uzupełnieniu płynów ruszyłem samotnie w kierunku Bielska, miałem jeszcze trochę czasu ale nie zdecydowałem się na kolejny podjazd. Szczyrk przejechałem dosyć sprawnie a później wróciłem dłuższą drogą do Bielska. Dzięki temu minąłem kłopotliwy odcinek ze ścieżką rowerową, ostatnio jak tam jeździłem zwykle napotykałem na patrol i zjeżdżałem na ścieżkę. W domu byłem o dobrej porze i dzięki temu miałem więcej czasu na odpoczynek.


Podjazdy:

Trening 74

Sobota, 4 lipca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa
Km: 147.00 Km teren: 0.00 Czas: 05:00 km/h: 29.40
Pr. maks.: 74.00 Temperatura: 20.0°C HRmax: 154154 ( 78%) HRavg 136( 69%)
Kalorie: 3297kcal Podjazdy: 1440m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Po dwóch dniach przerwy spowodowanych głównie niepewną pogodą i frontami atmosferycznymi jakie krążyły po okolicy przynosząc opady i wyładowania atmosferyczne ruszyłem na jedną z ciekawszych tras jakie miałem okazje zaliczyć w tym roku. Idealnie pasowała na ten dzień. Zwykle w pierwszą sobotę lipca odbywała się tradycyjna Pętla Beskidzka, od kilku lat startująca z Wisły i prowadząca wieloma trasami. Objazd Beskidu Śląskiego planowałem już w zeszłym roku ale brakowało czasu, wybrałem prawie najłatwiejszy wariant który mogłem przejechać spokojnym tempem. Wyraźnie brakuje mi w tym roku wytrzymałości i nadrobienie braków w tym elemencie może wpłynąć na solidną formę w dalszej części sezonu. Już dzień wcześniej byłem przygotowany do jazdy, sprawdziłem rower, przygotowałem odpowiednią ilość jedzenia oraz napoje izotoniczne czy wszystkie potrzebne rzeczy, takie jak finanse czy dętki. Organizm działał jak w zegarku i obudziłem się minutę przed nastawionym budzikiem. Gotowy do jazdy byłem szybciej niż zamierzałem i na trasę ruszyłem 7 minut wcześniej. Gdyby była to niedziela to nie musiałbym się martwić o to, czy będzie ruch na drodze. Już w Bielsku miałem sporo utrudnień i postojów na skrzyżowaniach. Odcinek spokojnej jazdy wydłużyłem do 20 minut. Sprawdziłem prognozy pogody i miało wiać z północy wiec pierwsza połowa trasy miała być szybka. Pojawił się jeden problem, wiatru praktycznie nie było i dosyć ciężko jechało mi się przez Wilkowice. Później było więcej w dół niż w górę, ostatecznie noga się rozkręciła i przez Żywiec przejechałem bardzo szybko. Później zauważyłem pierwszy problem z rowerem, przykręcając koszyk na bidon zastosowałem za krótkie śruby które podczas ostatnich treningów na nienajlepszych nawierzchniach popuściły. Po niecałych 30 kilometrach zatrzymałem się by dokręcić koszyk, nie umiałem później złapać rytmu. W Węgierskiej Górce wydarzyło się to czego najbardziej się obawiałem czyli wjechałem w korek, na szczęście był on spowodowany samochodami które chciały skręcić w lewo i później się zluzowało. Do samej Rajczy ruch był niewielki a ja złapałem dobry rytm. Później zaczęły się schody, gorsza nawierzchnia, więcej podjazdów i samochodów. Najwięcej z nich wyprzedzało mnie tam, gdzie było najwięcej dziur. Pojawił się też delikatny kryzys który jednak szybko zażegnałem. Podjazd na Myto dłużył mi się niemiłosiernie, pilnowałem tempa aby nie jechać za mocno. Przed przekroczeniem granicy trochę podniosło mi się ciśnienie, nie wiedziałem czego się spodziewać zwłaszcza, ze zauważyłem spory tłok. Okazało się, że to tylko służby porządkowe i żadnych służb nie było. Z ulgą zjechałem na Słowacje a tak sporo ludzi w maseczkach, zastanawiałem się, czy nie powinienem zakryć twarzy ale stwierdziłem, że chyba nie jest to konieczne. Kolejne zaskoczenie pojawiło się na drodze, krótki odcinek z ruchem wahadłowym, w Polsce może bym zaryzykował i przejechał na czerwonym a poza terytorium RP grzecznie zatrzymałem się przed sygnalizatorem. Gdy zacząłem myśleć o postoju w sklepie ktoś zaczął na mnie trąbić, okazało się, że to mój znajomy wyjeżdżający na urlop. Lotny bufet uratował mi skórę i pozwolił zaoszczędzić kilka minut i nerwów bo zapomniałem zabrać Euro. Dosyć szybko jechałem w kierunku Czech ale zatrzymało mnie kolejne wahadło. Mimo to dosyć szybko pokonałem słowacki odcinek trasy i wjechałem do Cech. Tam również miałem dylemat, czy trzymać się głównej drogi czy jechać przez stacje bo znaki nie były jednoznaczne. Wybrany wariant okazał się trafny i za stacją wjechałem na starą drogę do Jabłonkowa. Był to idealny moment na kolejny postój. Niestety wjechałem w jakieś błoto które nagromadziło się miedzy widelcem a przednim hamulcem i musiałem odpiąć koło. Niezbyt dokładnie wyczyściłem ale jechało się lepiej. Podjazd w Mostach mimo że z wiatrem w twarz poszedł mi nieźle, gdy błoto trochę przyschło to odpadło i pełny komfort jazdy wrócił. Bidony to nie jest studnia bez dna i zbliżałem się do kolejnego postoju. Wolałem to zrobić w bardziej odludnym miejscu niż Jabłonków i dlatego dojechałem aż do Gródka gdzie zatrzymałem się pod sklepem. Postój był dłuższy bo poza napełnieniem bidonów wypiłem 500 ml Kofoli na miejscu i zjadłem dobrą drożdżówkę. Ruszając było już bardzo gorąco ale przeciwny wiatr przyjemnie chłodził. Jakoś znowu nie mogłem się rozruszać a kolejny kryzysowy moment trafił się przed samym wjazdem do Polski. Liczyłem, że uda się dojechać do Cisownicy bez przygód ale było inaczej. W Dzięgielowie zauważyłem pechowca z rozciętą oponą, zawsze wożę kawałek starej opony na takie sytuacje i zdecydowałem się go poratować. Pomogłem mu naprawić defekt i wspólnie ruszyliśmy dalej. Ja potrzebowałem po raz kolejny uzupełnić bidony a towarzysz pojechał w kierunku Cieszyna. Od postoju znowu jechało się lepiej, trochę czasu straciłem w kolejce do kasy i zdążyłem odpocząć. Nie sądziłem, że tak wymierzę trasę aby jazda trwała dokładnie 5 godzin. Ostatnie 15 minut już odpuściłem, całkiem nieźle noga podawała i mogę być zadowolony z tego dnia. Dawno nie przejechałem takiego dystansu, w nie najłatwiejszym terenie i w dobrym czasie. Pogoda była dobra i gdyby normalnie odbył się wyścig Pętla Beskidzka byłbym w stanie walczyć o coś więcej niż tylko dotarcie do mety. Wygląda na to, że najgorsze dni mam już za sobą. Daje sobie kolejny tydzień aby to potwierdzić.

Trening 73

Środa, 1 lipca 2020 Kategoria 50-100, Samotnie, Szosa
Km: 79.00 Km teren: 0.00 Czas: 02:52 km/h: 27.56
Pr. maks.: 60.00 Temperatura: 30.0°C HRmax: 158158 ( 81%) HRavg 136( 69%)
Kalorie: 1873kcal Podjazdy: 960m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Nowy miesiąc, nowe nadzieje, nowe możliwości. Z taką myślą wyjechałem na ten trening. Ostatnio bardzo nie lubię jazd tlenowych, są po prostu nudne, zazwyczaj staram się je urozmaicić podjazdami lub ciekawymi drogami i staram się nie dublować tras. Dzisiaj wyrysowałem ciekawie wyglądającą trasę którą nawigacja trochę poprawiła. Po raz pierwszy od dawna wgrałem ślad i zamierzałem się nim kierować. Miało być ciekawie również ze względu na warunki atmosferyczne a konkretnie wiatr który w pierwszej części trasy miał mnie spowalniać. Na starcie byłem już zmęczony wiec było jeszcze trudniej zwłaszcza, że miałem do wyboru basen lub prażenie się na rowerze. Zwykle łatwo się nie poddaje więc ruszyłem z niewielkim opóźnieniem na trasę. Już po starcie tętno osiągnęło wysokie wartości czyli norma zwłaszcza gdy wyjeżdżam w godzinach popołudniowych. Tętno było odwrotnie proporcjonalne do nogi, ta była całkiem niezła. Nawet silny wiatr w twarz przeszkadzał mniej niż zwykle, dużo większy problem to duży ruch na pierwszych kilometrach. Na szczęście w Jaworzu zniknęły kupy żwiru i można było bezpiecznie i pewnie przejechać. Całkiem nieźle radziłem sobie w tych warunkach, jedynie picia w bidonach szybko ubywało, to dobry znak, bo często odwadniałem się w wysokich temperaturach. Niestety na drogach panował istny chaos, kierowcy wyprzedzali się na centymetry, nawet na przejściach dla pieszych, dało się normalnie jechać chociaż z dużą ostrożnością i niezbyt wysoką prędkością aż do Skoczowa gdzie zauważyłem korek. Na skrzyżowaniu z drogą na Landek była stłuczka, postanowiłem ominąć newralgicznie miejsce bocznymi drogami i w tym celu musiałem zawrócić. Później też sporo utrudnień aż do wyjazdu ze Skoczowa. Podjazdy tego dnia były jeszcze trudniejsze, ze względu na silny wiatr. Musiałem się bardzo pilnować aby nie przekraczać progu FTP. Brakowało mi przełożeń aby pokonywać podjazdy z komfortową dla mnie kadencją. Gdy dojechałem do Iskrzyczyna zacząłem zastanawiać się czy wziąłem odpowiedni rower, jakość dróg pozostawiała sporo do życzenia, do tego sporo żwiru, żałowałem, że wziąłem koła na szytki. Taka nawierzchnia towarzyszyła mi przez wiele kilometrów z niewielkimi przerywnikami. Za Kostkowicami skręciłem w zupełnie nieznaną mi drogę, momentami wyglądało, że twardsza nawierzchnia jest podbudową do wierzchniej warstwy żwiru i kamieni, koła dostały nieźle w kość. Na zjeździe jechałem niewiele szybciej niż pod górę. Dwa rwące potoki przepływające przez drogę dodały uroku trasie. Z ulgą dojechałem do centrum Zamarsk, nawigacja kierowała mnie na Cieszyn wiec udałem się w tym kierunku. Po drodze jeszcze sporo słabej jakości nawierzchni a później znów większy ruch. Dojazd nad Olzę zajął mi dokładnie 7 minut więcej niż zakładałem, zacisnąłem żeby i ruszyłem w kierunku domu. Powrót wyglądał podobnie, pierwsze kilometry za Cieszynem to znów nierówna nawierzchnia a gdy tylko robiło się lepiej to pojawiało się więcej samochodów i tak w kółko. Już myślałem, że za mało pije, zwykle już po godzinie potrzebowałem się zatrzymać a tym razem dopiero 40 minut później pojawiły się sygnały. Bałem się, że moja wydajność w tych warunkach spadnie ale nic takiego nie zauważyłem. Po 2 godzinach zatrzymałem się na moment ale wiedziałem, ze kolejna przerwa jest blisko, w bidonie już były resztki. Nie musiałem wjeżdżać do centrum Ustronia wiec szybko przedostałem się przez Lipowiec do Brennej gdzie planowana przerwa na uzupełnienie płynów. Po kilku minutach ruszyłem na ostatnie 40 minut jazdy. Noga do końca podawała nieźle, delikatny kryzysy miałem na podjeździe ale to również skutek jazdy na wysokiej kadencji za czym także poszła wyższa moc i dlatego wydawało mi się, że idzie ciężej. Zbliżając się do domu zauważyłem, że niewiele mi brakuje do 3 godzin ale nie zdecydowałem się na krążenie po okolicy w celu dołożenia około 10 minut. Trening całkiem niezły, swoje zrobiły warunki, nawierzchnia na trasie oraz sprzęt który jeszcze ze mną nie współpracuje w 100 % i stąd dłuższy o kilka minut przejazd tej trasy.

Trening 71

Niedziela, 28 czerwca 2020 Kategoria 100-200, Samotnie, Szosa
Km: 112.00 Km teren: 0.00 Czas: 04:28 km/h: 25.07
Pr. maks.: 61.00 Temperatura: 25.0°C HRmax: 180180 ( 92%) HRavg 140( 71%)
Kalorie: 3087kcal Podjazdy: 2470m Sprzęt: Litening C:62 Pro Aktywność: Jazda na rowerze
Dzisiaj moja bezradność sięgnęła już zenitu. Wreszcie miałem czas, byłem przygotowany mentalnie na ciekawą i długą trasę z nowymi dla mnie podjazdami. W nocy nie spałem za dobrze i byłem pewny, że obudzi mnie budzik. Stało się inaczej, kilka minut przed planowaną pobudką przyszła burza i kolejna dawka deszczu. Nie zanosiło się na szybką poprawę pogody wiec poszedłem spać dalej. Jak już wstałem to było znów strasznie mokro. Na ta trasę mogłem jechać tylko wcześnie rano ze względu na ruch na drogach który z każdą godziną wzrasta. W tej sytuacji pozostało mi krążenie po okolicznych wzniesieniach. Nie miałem ochoty na przedzieranie się przez Szczyrk czy Wisłę i wybrałem Beskid Mały. Plan zastępczy był ambitny, jak najwięcej przewyższeń. Wyjechałem już dosyć późno i wysoki ruch i duża liczba turystów towarzyszyły mi już od samego początku. Na starcie wydawało mi się, że nogi są lepsze niż w ostatnich dniach. Takie uczucie miałem do podjazdu na Przegibek który brutalnie zweryfikował możliwości moich nóg. Na dodatek wiatr wiał ze wschodu czyli dokładnie z przeciwnego kierunku jaki był w prognozach. Po zjeździe do Międzybrodzia myślałem o zaliczeniu podjazdu na Nowy Świat, z tej drogi leciała normalna rzeka wiec pojechałem prosto, podobnie wyglądał podjazd na Hrobaczą Łąkę i liczyłem, że może do Targanic uda się dojechać lepszą drogą. Przejazd przez Wielką Puszcze dłużył mi się strasznie, żeby nie było nudno to musiałem mijać spore ilości naniesionego żwiru i luźnych kamieni. Jakoś dojechałem do ostatnich 700 metrów gdzie znów sporo wody i żwiru. Wjechałem nieco mocniej i poprawiłem najlepszy tegoroczny czas, chociaż do rekordowego zabrakło 30 sekund. Na zjeździe trochę nadrobiłem ale znowu straciłem przed skrzyżowaniem. Aby wjechać na główną drogę musiałem swoje odstać i przepuścić kilkadziesiąt samochodów. To ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że w kierunku Andrychowa czy Wadowic nie ma co się pchać. Ruszyłem wiec na Kocierz, podjazd dosyć wymagający z łatwiejszym początkiem na którym zwykle traciłem sporo czasu. Tym razem tam zyskałem a w końcówce już nie udało się nic zyskać i tylko dzięki dobremu początkowi wjechałem poniżej 15 minut. Dawno nie miałem sytuacji w której podjazd pod górę nawet niezłym tempem nie sprawiał mi nawet najmniejszej przyjemności. Przed podjazdem na Żar chciałem zaliczyć jeszcze dwa krótsze. Pierwszy to mało znane osiedle Wysokie w Kocierzu Moszczanickim. Jechałem tam w zeszłym roku i chciałem poprawić czas. Jechałem równo, mocno i mimo tego, że kręciłem dzisiaj wyłącznie głową jechałem nie tylko po rekord ale i najlepszy czas w rankingu Strava, nawet wypięty blok po drodze mnie nie zatrzymał. Niestety segment jest tak ulokowany, że kończy się w środku osiedla już po zjeździe, byłem pewny, że tak nie jest i przed zjazdem zawróciłem tracąc pierwszego Koma w tym roku. Do kolejnego podjazdu było stosunkowo blisko ale najpierw trzeba było zjechać, gdyby nie rowki odprowadzające wodę które skutecznie utrudniają jazdę pewnie ta droga byłaby cała zalana wodą i nie miałbym możliwości tam wjechać. Udało się całkowicie bezpiecznie zjechać i wjechać spowrotem na główną. Na kolejnym wzniesieniu również chciałem atakować rekord. Podjazd sprawdziłem 4 tygodnie temu i wiedziałem, że najtrudniej jest w drugiej części. Zanim tam dojechałem to przyjąłem kolejną dużą dawkę węglowodanów. Moje zapędy już skutecznie zostały zweryfikowane na początku podjazdu gdzie musiałem zwolnić by minąć dużą grupę pieszych. Później również mogłem dać z siebie więcej, gdy zrobiło się stromiej to nie zostawiłem już żadnych rezerw, resztkami sił utrzymałem dobre tempo do końca, wcześniejszy czas poprawiłem o ponad 40 sekund. Po wartościach mocy widziałem, że przy dobrej nodze stać mnie na więcej. Przed zjazdem musiałem złapać oddech. Po chwili ruszyłem w dół a następnie w kierunku kolejnego podjazdu. Znowu coś zjadłem, picia w bidonie ubywało i zacząłem myśleć o wizycie w sklepie. Popełniłem błąd i zamiast zatrzymać się przy najbliższej okazji czekałem do momentu gdy moja dyspozycja jeszcze spadła. Przed podjazdem na Żar zaliczyłem jeszcze jeden krótszy na którym symbolicznie poprawiłem rekord. Na Żar ruszałem z niewielką ilością picia i celem był bufet na szczycie. Podjazd był męczarnią, kiedyś zwykle miałem problemy na tym podjeździe. Mimo wszystko w dobrym czasie pokonałem podjazd ale to co zobaczyłem na szczycie skłoniło mnie do natychmiastowego zjazdu. Na zjeździe jechałem slalomem mijając pieszych i w końcu mogłem zatrzymać się przy wodopoju. Niestety lokal był zamknięty i musiałem zadowolić się napojami ze sklepu. Napełniłem bidony, uzupełniłem kalorie, wypiłem ponad 500 ml płynów na miejscu i ruszyłem w dalszą drogę. Trochę odżyłem ale dyspozycja była daleka od oczekiwanej i zrezygnowałem z trzech podjazdów jakie chciałem jeszcze zaliczyć. Dwa z nich to ściany które pewnie by mnie pokonały i ruszyłem w kierunku Przegibka. Na ostatnich 3 kilometrach przepaliłem trochę nogę. Wiele rezerw już nie było a czas i moc jak na ten dzień wyszła niezła. Po mocnym podjeździe odpuściłem zjazd i już myślałem o odpoczynku który czekał mnie za kilkadziesiąt minut. Musiałem jeszcze przejechać przez Bielsko i pokonać kilka podjazdów. Poszły dosyć dobrze biorąc pod uwagę wcześniejsze problemy na trasie. Musze coś zrobić z nogami bo dopiero połowa sezonu a takie nogi miałem zwykle w końcówce sierpnia lub września i rzadko coś z nich później wyciskałem. Trening mimo wszystko udany, chciałoby się więcej ale nie zawsze jest to możliwe.

Podjazdy:

kategorie bloga

Moje rowery

TCR Advanced 2 2021 15170 km
Zimówka 9414 km
Litening C:62 Pro 18889 km
Triban 5 54529 km
Astra Chorus 2022 17496 km
Evo 2 10004 km
Hercules 13228 km
Ital Bike 9476 km
Trek 17743 km
Agree GTC SL 21960 km
Cross Peleton 44114 km
Scott 9850 km

szukaj

archiwum